Psia kość! – recenzja filmu „Wyspa psów”

Powiedzieć, że kocha się kino Andersona to zadeklarować miłość do symetrycznych kadrów, pastelowych plenerów i odmierzonej od linijki scenografii. To hołdować bajkowym hotelom i wnętrzom kolorowego pociągu. Wes Anderson każdym filmem skrada kolejne, wygłodniałe precyzyjnej estetyki, serca. Cieszyć oczy. To po pierwsze. Mówić o poważnych sprawach pięknie. To drugie i równie ważne – o ile nie najważniejsze.

Tym razem reżyser zabiera nas do odległej Japonii. Liczba psów w kraju przekroczyła dopuszczalną normę, zwierzęca grypa rozprzestrzenia się w niebezpiecznym tempie. Rząd kraju podejmuje radykalne kroki – likwiduje problem epidemii poprzez zesłanie wszystkich psów, zarówno tych bezdomnych, jak i tych, które posiadają właścicieli, na Wsypę Śmieci, znacząco oddaloną od centrum państwa. Z czasem okaże się, że to paniczne zamiatanie kłopotów pod polityczny dywan. Ukochane zwierzęta są pozostawione same sobie na opustoszałej, brudnej wyspie, bez jedzenia i dostępu do czystej wody. Gdy ostatni chory pies znika z linii wzroku człowieka, problem zostaje uznany za rozwiązany. Okazuje si jednak, że nie dla wszystkich. Dwunastoletni chłopiec, adoptowany syn burmistrza, postanawia na własną rękę odzyskać swojego czworonożnego przyjaciela – Ciapka.

Japonia – wystarczająco egzotyczna dla zachodniego widza, by na podstawie kulturowych klisz, stworzyć nowe uniwersum kwitnące wiśnią. Pachnących kwiatów w tym filmie jednak nie ma, bo znaczna część akcji rozgrywa się na opustoszałej Wyspie Śmieci. Wes Anderson zabiera nas w autorski, post-apokaliptyczny, psi świat i – jak zwykle zresztą – czaruje obrazem. Niezwykle wdzięczna animacja poklatkowa broni się równie dobrze, co zrealizowany tą samą metodą Fantastyczny Pan Lis z 2009 roku. Dowcipne dialogi w wykonaniu ulubionych aktorów Andersona dopełniają perfekcyjny obrazek. Tilda Swinton, czyli mops-wyrocznia, która rozumie ludzką telewizję, ironiczny Edward Norton oraz Scarlett Johannson w roli cyrkowego pudelka… A skoro akcja dzieje się w Japonii – nie mogło zabraknąć Yoko Ono!

No właśnie, Wyspa psów zdaje się być, w pewien sposób, kalkowaniem amerykańskiego wyobrażenia o japońskości i może to być znaczący zarzut wobec tej produkcji. Trzeba przyznać, że trudno jest zrealizować animację, nie sięgając do pewnych schematów kulturowych na temat kraju, w którym rozgrywa się akcja, jednak Anderson wyciąga symbole z worka pod nazwą Japonia bez zbędnej krępacji. W filmowej opowieści spotkamy oczywiście sushi, dzieła Hokusai, a główny bohater będzie nazywać się Atari Kobayashi. Ile w tym szacunku dla Kraju Kwitnącej Wiśni, ile stereotypu – należy pozostawić pod rozwagę widzom. Koniec końców, ten strumień skojarzeń wywołuje raczej szeroki uśmiech – przynajmniej u europejskiego odbiorcy. Anderson nieustannie puszcza oko do widza, nawiązując do poprzednich filmów lub wkładając w usta (pyski) psów niezwykle trafne dialogi. Chwile rozczulenia i psiego uroku dają o sobie znać, więc wszyscy, którzy darzą psy co najmniej serdecznym uczuciem, nie raz westchną w geście przyjaznego porozumienia z włochatymi bohaterami.

Żródło: bbc.co.uk

W Wyspie Psów reżyser bierze na warsztat wątki polityczne. To film o obcych i obcości. Kwestia inności zostaje tu podkreślona przez użycie, w znacznej części opowieści, języka japońskiego. To psy mówią tu po angielsku i nie rozumieją mowy człowieka. Plotka o psich kanibalach rozprzestrzenia się szybciej od epidemii zwierzęcej grypy, co ujawnia mechanizmy powielania przez społeczeństwo nie zweryfikowanych faktów w czasach post prawdy. W końcu to też opowieść o okrutnym człowieku, który jest w stanie wykorzystać najlepszego przyjaciela, a potem go zutylizować. Odłożyć jak nie potrzebny przedmiot. Anderson konsekwentnie, pod fasadą ujmujących perfekcją kadrów, przemyca krytykujące nasze społeczeństwo treści. Animacja rzuca oskarżenia wobec zachodniego świata – o stosunek do słabszych, chorych, obcych i zadaje pytanie o to dlaczego ludzkość jest podzielona na tak wielu polach. Brzmi znajomo?

Animacja zbudowana jest ze sprawdzonych przez Andersona już wcześniej zabiegów filmowych. Reżyser nie zaskoczył niczym nowym. Może wcale nie musiał i nie zamierzał nikogo zaskakiwać, bo realizując autorski styl osiągnął, jak zwykle, wizualny master class. Reżyser zwinną narracją zmienia biegi w historii Wyspy psów z szybkością aportującego czworonoga, po drodze gubiąc odrobinę tempo.

Dla wyznawców kina spod szyldu Andersona na krytykę nie ma tu miejsca. Sceptycy, tacy jak ja, docenią polityczne zapędy reżysera, wplecione w piękną historię o przyjaźni człowieka i psa. Mamy tu wszystko, co ze stylem reżysera zwykło się utożsamiać: symetryczne zdjęcia, wszechwiedzącego narratora i Billa Murreya. Psy i Japonia. Czy może istnieć bardziej fotogeniczny duet? Pytanie tylko, czy to kupujecie.

 

Zosia Wierzcholska

Kino ją wzrusza, a pisanie o nim – porządkuje emocje. Myśli, że znajomość całej listy dialogowej z Titanica czyni ją prawdziwym filmoznawcą. W życiu, jak i w filmie, szuka prawdy, dlatego tak bardzo fascynuje ją kino dokumentalne. Kiedy nie nuci piosenek z musicali, marzy o życiu w zatłoczonym Tokio.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany