Wiosna, ach wiosna – to wiosna znów. Wiosna miłosna dla młodych serc!

Wygłodniałe społeczeństwo otrzymało ciepły podarunek – wiosnę. Teraz odżywamy, śmiejemy się i kochamy. Wiosną wszystko wydaje się piękniejsze, ciekawsze, skrojone na nasze potrzeby.

Miasto, w którym żyję nabiera barw wiosną. Wierzchnie ubrania, którymi raczyliśmy oczy przez ostatnie kilka miesięcy odczuwalnie nas przygnębiły i zmęczyły. Otuleni w całą paletę tkanin we wszystkich możliwych odcieniach szarości i czerni, jak dziecko uciechy pragnęliśmy kolorów. Miesiącami żyliśmy w ciemności, a sami – dzięki wyblakłym, przebrzydłym kurtkom, płaszczom i kożuchom – wtapialiśmy się w brzydotę miasta, tworząc z nią jeden wspólny byt. Nagłe pojawienie się promieni słońca przyjęliśmy otwartymi ramionami, tak jak wita się dawno niewidzianą, bogatą ciotkę z Ameryki, Świętego Mikołaja czy wyczekiwany  zwrot podatku. Szybko okazało się, że najbardziej na świecie kochamy kolory: cytrynową żółć, chabrowy, jaskrawą czerwień czy biskupi róż, a nie jak się nam wydawało – antracytowy, bury i palisandrowy. Uliczki miasta migiem pokolorowały się tak, jakby każdy z promieni rozkręcającego się dopiero słońca miał funkcję pędzla koloryzującego niczym wiaderko w Paincie. W sekundę wszystko się zabarwiło, a nasze oczy zaczęły chłonąć miszmasz ciepłych, szalonych połączeń wzorów i barw. Emigracja mroźnych powiewów wiatru, odczuwalne ocieplenie ziemi i nadzwyczajny odcień nieba sprawiły, że społeczeństwo z prędkością Pendolino upchnęło ciężkie kożuchy i przecenione szale z sieciówek na dno szaf i z dziecięcą radością okryło się zwiewnymi, kolorowymi materiałami. 

Miasto w którym żyję młodnieje wiosną. Pierwsze jej podrygi sprawiają, że cała masa ludzka, która do tej pory grzała ciała pod kocami z termoforem w kształcie misia z Zary Home i swoje lenistwo argumentowała mrozem i deszczem, rzuciła wełniane skarpety w kąt i wyszła brylować na miasto. Młodzi ludzie, których nie było na ulicach przez kilka miesiący, nagle ożyli i jak po dotknięciu magicznej różdżki, wybiegli na miasto w okularach przeciwsłonecznych na nosie. Jaka z nich tryska energia! Jacy oni wszyscy są głośni! Jak bardzo chcą pokazać innym, że są fantastyczni i że po zimowym śnie wracają do gry.

Miastowe gwiazdy wyruszają grupami do hipsterskich miejsc w Warszawie, zasiadają na murkach, oparciach ławek, schodkach, krzyczą w niebogłosy, świecą gołymi brzuchami, całują się beztrosko na środku przejścia dla pieszych. Człowiek patrzy i ładuje akumulatory. Młodzi na ten czas zbierali siłę miesiącami. Piją piwo na ławkach w parku, łażą po krawężnikach, śpiewając wesołe piosenki, jeżdżą na rolkach i drą się pod oknami cudzych mieszkań. Dystans szkoła-dom, uczelnia-dom, praca-dom ulega zmianie, a pomiędzy tymi dwoma punktami pojawiają się miejskie, bezcelowe wędrówki, napędzane energią słoneczną i lodami marki Grycan. Zimą to starsi rządzili miastem, bo jak się ogólnie przyjęło – im w kwestii temperatury jest wszystko jedno, a nawet żyją radośniej, kiedy za oknem plucha i chłód. Teraz ustępują miejsca młodzieży. 

Miasto, w którym żyję wiosną jest orkiestrą. Miszmasz dźwięków, który słyszy się tu przez całe dnie i noce potrafi człowieka zmęczyć, ale też sprawić przyjemność. Dźwięki ulicy, rozmowy telefoniczne, których słyszy się kilkadziesiąt każdego dnia, zapętlający się stukot kółek od walizek, uliczni handlarze, którzy wymyślają coraz to śmieszniejsze hasła i samochody trąbiące o reklamach gabinetów depilacji, nowych sklepów na Ursusie czy zachęcające do kolejnych marszów w obronie czegoś, bądź przeciw czemuś. Wszystko się miesza, rozsadza głowę, ale ma się poczucie, że życie w mieście się kręci, a ludzie kręcą się razem z nim. Wiosną słychać rowerzystów, dzieciaki pędzące na rolkach, muzykę dudniącą z samochodów, miliony przekleństw na osiedlach. Życie płynie na fali takich dźwięków. Mieszkańców niesie promieniowanie słoneczne, krzyki dzieciaków rozbrykanych na podwórkach przedszkoli i stukot młotów pneumatycznych. Życie tętni!

Miasto, w którym żyje kryje w sobie perłę. Wiosną wszyscy najmocniej na świecie kochają nie wyjazdy za granicę, egzotyczne wycieczki za miasto, czy ucieczki do ogródków działkowych na Mokotowie, ale z miłością wybierają naszą tutejszą Wisłę. Oto wiosenna gwiazda. To sens i cel wszystkich wyjść. Wiosną rozpoczyna się tu radosne piknikowanie, zaleganie na schodkach czy plaży, wygrzewanie zgrubiałych przez zimę tyłków i wielogodzinne grillowanie. Tu można czytać do woli, myśleć o niebieskich migdałach, a może i dać się ponieść wiosennemu romansowi? Życie wiosenne toczy się tutaj. Miłośnicy Wisełki odkładają wszelkie obowiązki na tak zwane jutro, szefowie przymykają oko na deadline’y, kierowcy tramwajów i autobusów jeżdżą tu jakby płynniej, a wszystko po to, aby oddać się wielkiemu szczęściu jakim jest, nazwijmy to – wisełkowanie.

Agnieszka Osiecka napisała: Wiosna, ach wiosna – to wiosna znów. Wiosna dla ptaków i wiosna dla krów. Wiosna miłosna dla młodych serc. I ach, patetyczna dla niezdobytych twierdz. Wiosna jest dla nas. Bierzcie z niej ile się da, albo i więcej niż się da!

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany