Rok poezją kwitnący

Jest styczeń, mroźny i słodki od waniliowego śniegu, a przynajmniej takim chcę go pamiętać, kiedy odkrywam Magdę Umer, a jej głos koi moje złamane serce lepiej niż zrobiłyby to jakiekolwiek lody malinowe na tym, czy na tamtym świecie. Leczę się, nucąc Oczy tej małej i przypominam sobie, że znam ten głos, te słowa, z płyty, której słuchała lata temu moja mama. I przez chwilę znowu mam kilka lat, a złote słońce tworzy małe konstelacje z ulatującego kurzu, całe galaktyki zamknięte w jednym pokoju, i czule głaszcze moje policzki, teraz wiecznie wilgotne od łez.

W jednym z moich dzienników zima to pora niewyczerpywalnych cytatów z Listów na wyczerpanym papierze Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory. Luty jest miesiącem, w którym się poznali, więc zakopana w kołdrze z kubkiem herbaty z miodem, przechodzę od wiersza do piosenki, od piosenki do wiersza. I jestem całkowicie oczarowana tym, jak wzajemnie uwodzili się kolejnymi utworami, anegdotami czy zrozumiałymi tylko dla nich żartami. Przepisuję z listu Osieckiej: Zostawiłeś mnie samą w mieście, w którym pełno jest tylko Twojej nieobecności z dopiskiem od października.

A marzec… marzec to Halina Poświatowska. Chociaż w moim kalendarzu nie ma miesiąca, który nie byłby, delikatnie chociaż, naznaczony jej słowami. To nie jest jeszcze wiosna, raczej jej subtelna zapowiedź, czuje się już świeży zapach ziemi i myśli o Tajemniczym ogrodzie. I wcale nie mogę pisać, więc tylko przepisuję wiersze i wyklejam kartki płatkami herbacianych róż, bo przecież chcę pisać o tobie.

Osiecką odkrywam cały rok, wczesną wiosną obiecuję jej solennie, że będę się witkaczyć (i dotrzymuję tej obietnicy każdego dnia), to właśnie jej dedykuję cały mój kwiecień, kiedy powtarzam za nią Jak się wyleczyć z miłości? – i zakreślam kolejne wersy w zbiorze wierszy i piosenek. Wychodzę więc wcześniej z lekcji, wybieram spacery dłuższymi drogami, dłonie mam wiecznie poplamione atramentem, a w torbie noszę nadprogramową liczbę książek i notatników. Oddycham kwietniem, słońcem, żółtymi kwiatami, których nazwy nigdy nie zapamiętam i całuję pierwsze pączki na drzewach. W dzienniku zapisuję: Byłeś moją najpiękniejszą Wiosną w samym środku zimy.

Jest trzeci maja, dzień przed moją maturą, tą najważniejszą – z języka polskiego. Idę na spacer z tomikiem wierszy Zbigniewa Herberta, siadam na zapomnianej przez ludzi ławce i czytam, chociaż przecież Przesłanie Pana Cogito znam na pamięć. Będę zabierać go ze sobą przez kolejne dwa tygodnie i to w nim zamknę liliowe kwiecie bzu, skradzione z czyjegoś ogrodu, kiedy w połowie maja wrócę do domu upojona odzyskaną wolnością. Z nim będę się włóczyć po rozzielenionych parkach i błądzić brukowanymi uliczkami jak bułhakowska Małgorzata z naręczem żółtych kwiatów, chodząc na samotne spacery, na których przecież cię nie spotkam.

Czerwiec jest ucałowany przez różanopalcą Jutrzenkę i słodki jak czereśnie. Lecę do Grecji, jest już późny wieczór, kiedy zbliżam się do końca podróży i widzę światła – odbicia gwiazd na niebie – odcinające czarne morze od lądu, poprzecinanego żyłkami oświetlonych dróg, pulsujących jak krwioobieg żywego organizmu. Przypominam sobie o wierszu Cypriana Kamila Norwida poznanym na pierwszej lekcji polskiego w liceum. Chwilę zajmuje mi odtworzenie tego konkretnego wersu i dopiero jakiś czas później znajdę ten fragment w moim zeszycie: Naród mię żaden nie zbawił ni stworzył;/Wieczność pamiętam przed wiekiem;/Klucz Dawidowy usta mi otworzył,/Rzym nazwał człekiem. Moim Rzymem okażą się Ateny.

Tamtego roku w Portofino skończyłam dziewiętnaście lat, a może to wcale nie było Portofino, kto wie? Na pewno było wtedy lato, prawdziwe lato z lazurowym niebem i zachodami słońca, mieniącymi się wszystkimi odcieniami czerwieni. Takie w sam raz na sukienki przed kolano, roztartą w pośpiechu czerwoną szminkę, upięte wysoko włosy i trochę za duże okulary przeciwsłoneczne, żeby udawać Holly Golightly ze Śniadania u Tiffany’ego, bo przecież obie jesteśmy wiecznie w podróży. Śpiewam za Krystyną Jandą: A ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Lipcowe i sierpniowe dni zlewają się w jedno kolorowe płótno utkane z rozgwieżdżonych nocy, rozgniatanych w palcach leśmianowskich malin, błądzenia po niebieskich od chabrów polach i śmiechu aż do łez w kącikach oczu.

Jesienią wracam do kojącego rytmu głosu Staffa. To jedyny tomik wierszy, jaki zabiorę ze sobą podczas przeprowadzki, bo Staff to wszytko co dobre, ciepłe i słoneczne, i chcę mieć chociaż cząstkę jego słońca ze sobą. Przypominam sobie jak siedziałyśmy nad tymi utworami, była akurat zima, a na blacie stał dzbanek gorącej herbaty z imbirem. I wracam myślami do jednego wersu, którym mnie wtedy opisałaś, uśmiechając się lekko: Uczynił z siebie jeno wschodom słońca próg. Chociaż przecież już niemal od roku nie potrafię dostrzec żadnego wschodu.

W październiku zupełnie umyślnie gubię się w nieznanych, wąskich uliczkach i trafiam do zatrzymanego w czasie antykwariatu. Kupuję tomik Poświatowskiej, żeby poczuć się tu mniej obco, suszę w nim płatki przypadkowej róży i zostawiam je za sobą odkrywając kolejne korytarze uczelni. Głos Magdy Umer rozlewa się miękko po małym pokoju, gdy śpiewa, że wszystko skończone. 

Kiedy odkrywam Kalinę Jędrusik, kończy się akurat pora na płaszcze, ale późną jesienią chcę udawać panienkę z Saskiej Kępy, więc dzielnie marznę czekając na kolejny tramwaj, autobus albo jakiś przypadek, który mnie uratuje. Nigdy nie wracam dwa razy tą samą drogą, wychodzę na spotkanie kolejnym ścieżkom. Witkaczę się po różnych mieszkaniach, kawiarniach i barach (niekoniecznie w tej kolejności) i śpiewam do pustych ulic i śpiących okien: z kim tak ci będzie źle jak ze mną?

I nadchodzi kolejna zima, akurat kiedy moje niespokojne serce już prawie zostało ukojone. Myślę o nim jak o sercu Haśki, rozdrażnionym miłością jak ciemną kawą, bo najwyraźniej w żadnym grudniu nie będzie mu dane zachować spokojny, nieprzyspieszony rytm. Atrament na pierwszych stronach dziennika zaczyna blednąć, kiedy znowu mogę pisać, oddychać i dostrzegać świat poza cieniem ciebie, ale to już opowieść na inny dzień. Najważniejsze, że jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy i wytęskniona wychodzę na spotkanie wiośnie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany