Z tęsknoty, otuchy i… kobiet układam swój świat

Cały mój świat nagle zwolnił, kiedy zobaczyłam ją wśród tłumu rozszalałego miasta. Nie widziałam jej od kilku lat, jednak wyraz oczu z jakim mnie zostawiła, wbił się w pamięć tak mocno, że poznałabym ją wszędzie – to jedna z ukochanych twarzy, to mój pierwszy zapisany adres w notesie i pierwsza prawdziwa inspiracja. Wiedziałam, że to nie mógł być przypadek i żeby nie stracić szansy, jaką wspaniałomyślnie zesłał mi tego dnia los, zaczęłam idiotycznie wymachiwać rękami. Stała w korku. Szanse na to, że zauważy moje wygibasy były w zasadzie niewielkie, a jednak odwróciła głowę i czułam, że uśmiech, jakim mnie obdarzyła, jest szczery, radosny i aż krzyczał: Mimi, to Ty! Mimi, tak właśnie mnie nazywała, kiedy to do dorosłego życia wciąż dzieliło mnie parę długich lat. Zadzwoniła niedługo później, a teraz siedzę w kawiarni, dziękując za tę możliwość spotkania, za to zauważenie, od którego zaczynają się być może wszystkie najpiękniejsze relacje i czekam. Prosiła, żebym przyniosła zdjęcia z różnych etapów życia, te z podróży, i te z artystami, ociekające opowieścią, tłumacząc, że chce mnie poznać, wiedzieć więcej niż to, co mogły pomieścić pocztówki, które jej wysyłałam. Miłymi wspomnieniami słodzę gorzką kawę i przeglądając je nieśpiesznie po raz kolejny łapię się na tym, że mój świat utkany jest z kobiet, że nawet oglądając film lub czytając książkę, najpierw zastanawiam, jak została zbudowana postać kobiety. Zauważyłam, że te, które szczególnie wielbię znacznie odbiegają od utartego kanonu piękna, jednak ich osobowość, spojrzenie, (nie)zwyczajny uśmiech, charyzma, pasja szczelnie oplatają moje serce i wprawiają w stan podobny do zakochania. Są to kobiety, przy których zatrzymywałam się na różnych etapach życia, najczęściej – stojąc na zakręcie. Zakotwiczyłam się w ich słowach, sztuce i fascynującej osobowości, a ich zaradność, wiedzę i pewność traktuję jak ogromny las, w którym ja – często zagubiona – zbieram do serca, jak do wilinowego koszyka, słowa: zawsze będę Ci kibicować, dasz sobie radę; zdałaś najlepiej; jestem z Ciebie dumna, jesteś silna.

Przeglądam dalej.

O, na tym zdjęciu mam cztery lata. Spędzam wakacje u dziadków i już od samego rana niecierpliwie wpycham się do ich łóżka, by opowiedzieć im swoje śmiałe plany na przyszłość.

Chcę być piosenkarką – rzucam pewna swego i wyskakuję z sypialni jak strzała, wracając z drewnianą łyżką, która w mojej dziecięcej głowie może być jedynie mikrofonem. Zaczynam śpiewać o bocianie, który pragnie poślubić żabę – babcia mnie nauczyła tej piosenki i jestem przekonana, że umiałabym ją powtórzyć o każdej porze dnia i nocy. Wzięłam to zdjęcie ze sobą, by opowiedzieć jej o Loli. Ona była pierwsza, to przecież szyja i kręgosłup całej rodziny, lubująca się w sztucznych kwiatach i intrygach. Złapała mnie wtedy za dłonie, odgarnęła z czoła rudą grzywkę, pocałowała w czoło ze słowami: będziesz kim chcesz, jesteś zdolna, moja mała żabko. I to zdanie utkwiło w sercu.

Kolejne zdjęcia również gładzę z czułością. Jestem na nich ja i moje nauczycielki na różnych etapach nauki – kobiety mądre, inspirujące, silne. Łatwość,  z jaką  nawiązuję kontakty z osobami o wiele ode mnie starszymi, sprawia, że świetnie się dogadujemy, pozwalam się im szlifować; rozkwitam i upadam pod ich skrzydłami, ale jedno jest pewne – dzięki nim nigdy się nie poddaję. W pierwszej gimnazjum zostaję zatrzymana po lekcjach przez jedną z nich – uśmiechając się ciepło, wręcza mi karteczkę, a na niej połyskują od świeżego atramentu trzy nazwiska: Grechuta, Bajor, German. Wydajesz się bardzo subtelna, sprawdź ich. Z podekscytowania płoną mi policzki, gdy słucham ich nieustannie przez cały tydzień. Tak zaczyna się moje nieśmiałe obcowanie z kulturą, piszę do gazetki szkolnej, sporo czytam, a koszyk ze słowami z czasem, wraz z apetytem na życie poszerza się o ulubione słowa, wersy, utwory. Subtelność? – moja wyobraźnia natychmiast podbiega do tomiku Poświatowskiej. Tuż obok biografia – Uparte serce. Cała Haśka – swoją upartą duszą malowała słowami pejzaże uczuć. Mimo że jej życie było naznaczone lękiem, świadomością ulotności, pasmem bólu, była w niej pewna pazerność na wszystkie jego uroki. Być może tylko w słowach potrafiła znaleźć ukojenie i spokój; wiedziała, że żyć można wiecznie w pamięci innych, dlatego tak bardzo kochała i pozwalała się kochać. Inspiruje swoim rozedrganym życiorysem – nierzadko pełnym sprzeczności, gdzie niesamowita zachłanność na życie, pragnienie miłości, splata się z próbą oswojenia i przezwyciężenia śmierci.

O, a na tym zdjęciu trzymam w ręku żółte kwiaty.

Żółte kwiaty? Jak Małgorzata z dzieła Bułhakowa! – myślę, a wyobraźnia znów mimowolnie przebiega po grzbietach przeczytanych książek w poszukiwaniu drugiej kobiety tak żarliwej, silnej psychicznie i zdeterminowanej. Moja Małgorzata to zbiór wszystkich cech, jakie podziwiam u ludzi i jakich wciąż szukam w sobie samej. I może faktycznie w wykreowanym świecie nie umiem znaleźć drugiej takiej, ale… za to w Warszawie już i owszem! Krystyna Janda. To od niej zaczęla się moja przygoda z teatrem. Szanuję za to, jakim  jest człowiekiem, będąc wdzięczną za każdy film, spektakl, galimatias uczuć, jaki mnie ogarnia po każdym spotkaniu z nią. Mam wrażenie, że zamieniam się wówczas w olbrzymie, drżące, choć bojowe serce. Bo któż by inny swoją niewinną sugestią, potrafiłby zrzeszyć tysiące Polek do walki o swoje prawa?

Myślę o tym, patrząc teraz na swoje zdjęcie z Czarnego Protestu. Stoję wśród kobiet w różnym wieku – są dziewczynki, które z podziwem zerkają na swoje waleczne matki, chcące trzymać transparenty z No women, no kraj i są też starsze panie, których twarze pokryła już  sieć zmarszczek, a każda z nich mogłaby mieć oddzielną historię. Założyły koszulki Polki walczącej. Wiem, że różnimy się znacząco, ale łaczy nas determinacja w oczach, zacięta mina i wspólna chęć przezwyciężenia narzucanych konwenansów. W tym momencie jestem przekonana o słuszności słów: kobiety, które wspierają inne kobiety mają już swoje miejsce w niebie.

Uśmiecham się do kolejnego zdjęcia.

Siedzę w Och- Teatrze na kanapie obok Magdy Umer. Opowiadała nam wtedy o Angieszce Osieckiej, z taką czułością, na jaką potrafi się zdobyć tylko kobieta mówiąca o drugiej kobiecie. Nie pominęła oczywiście Białej bluzki, która szczególnie dla nas, młodych, ma ogromną wartość. Nie chcemy być stąd-dotąd, marzymy o wielkich pożarach; chcemy płonąć, ale się nie spalać.

Dzisiaj jest to znowu odważne politycznie przedstawienie i chyba bardzo potrzebne, przede wszystkim dla młodego pokolenia, które chce zrozumieć tamte czasy. To manifest zagubienia jednostki w świecie zdominowanym przez bombardującą ją historię i politykę.

Kiedyś Magdę Umer ujęłam bardzo kwieciście, bo nazwałam ją swoim majem i nadal myślę, że jest to trafne określenie. Maj to pachnące bzy i słońce, do którego w zachwycie odwracam głowę; to czas, w którym, dając się prowadzić melodii jej głosu, pozwalam, by na ogniskach wiosny spłonęły ostatnie zimowe śmiecie i… po prostu gram w zielone!

Teraz w ręku trzymam zdjęcie, gdzie zachodzące słońce rozpływa się nad horyzontem i zdaje się lekko wpadać do morza. Ono wróci, lecz z kadru znika ona –  kobieta, która wcale nie potrzebuje obcować ze sztuką – ona jest sztuką i uczy mnie każdego dnia, że tą najpiękniejszą jest sztuka kochania, a ten, kto kocha czasem powinien mieć słaby słuch i krótką pamięć, bo wszystko jest niezwykle ulotne, dlatego, trzeba łapać wszystkie cudowne wspomnienia i nie pozwolić, by rozmyły je fale niepamięci.

Teraz już muszę kończyć, bo kawa stygnie, a przez okno widzę, że zbliża się ta, która na całej szerokości serca, zawsze mnie wspiera i dodaje skrzydeł; ta, która zauważyła mnie jako pierwsza i właśnie to spojrzenie pozwoliło mi wszystko to przeżyć, pokochać i opisać.

Muszę zrobić z nią sobie zdjęcie…

 

Zdjęcie wyróżniające pochodzi ze strony: Vtw.org.eu

Monika Babińska

Cierpię na chroniczny brak pieniędzy, ponieważ wszystko wydaję na bilety do Teatru, książki, podróże, płyty i kino. I właśnie te pięć słów jest wszystkim tym, co kocham, dlatego rzadko żałuję pustych kieszeni. W wolnych chwilach rzucam studia, włóczę się w piżamie po mieście i tęsknię, bo:"czasem mam lat cztery, a czasem cztery tysiące".

4 komentarze

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany