Gustaw często mnie zaskakiwał – rozmowa z Magdaleną Zawadzką

Spotykamy się z Magdaleną Zawadzką w Kinie Iluzjon. Jest luty, za kilkanaście dni 10. rocznica śmierci Gustawa Holoubka, a kilka dni później – 50. rocznica Marca 68. Zaledwie dwa miesiące temu, w ostatni dzień 2017 roku minęło 15 lat od odejścia Kazimierza Dejmka. Te wszystkie daty są dla nas pretekstem do ważnej rozmowy. O Mistrzach, wydarzeniach zmieniających bieg wydarzeń i codziennych przyjemnościach, które składają się na duże szczęście. 

Docenia Pani potęgę Internetu i mediów społecznościowych?

Wszystko ma dobre i złe strony. Dobrą stroną Internetu jest to, że rzeczywiście mogę wysłać e-maila i szybko dostać na niego odpowiedź, że mogę na swoim fanpage’u zawiadomić o czymś – staram się skupiać głównie na sobie i swoich sprawach, a nie włączać w jakieś ogólne dyskusje. Robię swoim iPadem zdjęcia, które potem zamieszczam na Facebooku – bardzo to lubię, bo to tylko myk i już na dużym ekranie widzę efekt. Internet umożliwia też szybkie sprawdzenie rzeczy, których nie wiem, a które są mi potrzebne na już. Minusem natomiast jest to, że Internet to tak naprawdę jest śmietnik dotyczący wszystkiego. I do tego jeszcze słyszę, że to zostaje na zawsze, że nie można tego usunąć. Jest tam mnóstwo ludzi, którzy robią wstrętną robotę, która na domiar złego jest anonimowa. Kiedyś – jeszcze nie tak dawno – anonim był po prostu czymś zawstydzającym. Anonimów się nie czytało tylko darło i wyrzucało. Tzw. życzliwy – bo tak zazwyczaj były podpisane – lądował w kuble na śmieci, bez sprawdzania treści. Tutaj, w sieci, nie można tak zrobić, bo te anonimy wyłaniają się jak diabły z szopki. Najróżniejsze paskudztwa, pomówienia, plotki. Chciałabym, żeby ludzie się opanowali i zrozumieli, że Internet, social media mogą być bardzo korzystne w dobrej sprawie, ale w złych sprawach, żeby nie sięgali po tę broń, bo jest ona bardzo groźna.

Nie bez przyczyny zapytałyśmy na samym początku o Internet. Dwa lata temu, w 8. rocznicę śmierci Pani męża – Gustawa Holoubka – dodała Pani na swoim Facebooku wzruszający wpis. …wczoraj była 8-a rocznica śmierci mojego męża, wybitnego artysty i fantastycznego człowieka Gustawa Holoubka. To bardzo smutny dla mnie dzień, a jeszcze smutniejszy przez fakt, że mało kto o Nim pamięta. Czy coś się zmieniło przez te dwa lata?

Ja cały czas bardzo dbam i zabiegam o pamięć mojego męża. Gdybym tego nie robiła, to w ogóle nie byłoby o czym mówić. W tej chwili, kiedy rzeczywiście starałam się – na swój sposób, dla mnie możliwy – sprawę nagłośnić, odbędzie się 2. marca pod egidą Instytutu Teatralnego, w jego budynku wieczór poświęcony Gustawowi. Będą czytane jego wypowiedzi, będą wypowiedzi różnych ciekawych ludzi o nim. To będzie wieczór poświęcony jego pamięci. Teatr Ateneum i Teatr Dramatyczny także podłączyły się pod te wydarzenia. Drugi wieczór wspomnień – bez żadnej mojej prośby, sam z siebie, z poczucia wielkiego szacunku do mistrza, którego właśnie tak nazywa przez całe życie Jan Englert – odbędzie się w Teatrze Narodowym, w wigilię odejścia Gustawa, 5. marca. Wielka uroczystość, na którą złoży się 50-lecie legendarnych „Dziadów”, 10. rocznica śmierci Holoubka i 15-lecie śmierci Kazimierza Dejmka. Trzy bardzo ważne rocznice w naszej historii. Bo to nie jest historia tylko mojego męża, to jest nasza wspólna, narodowa, bardzo ważna historia, dlatego cieszy mnie decyzja Jana Englerta. Jest jeszcze trzecia, przemiła okoliczność – też nie z mojej inicjatywy, co pragnę podkreślić. W Filmotece Narodowej – Instytucie Audiowizualnym również odbędzie się wieczór wspomnień, na który wstęp będzie wolny. Na scenie wspominać będzie Gucia wiele ważnych w jego życiu osób, przyjaciół. A ja osobiście wywalczyłam – już 10 lat temu – koncert poświęcony jego pamięci, który odbywa się corocznie 21. kwietnia, w jego urodziny, w Teatrze Wielkim. Przez trzy lata obijałam się o ściany, żeby zdobyć pieniądze od bezdusznych, całkowicie niezainteresowanych tym urzędników. Przez pierwsze trzy lata nie było funduszy, artyści występowali za darmo, albo obniżali swoje honoraria… Dopiero Waldemar Dąbrowski – znakomity dyrektor Teatru Wielkiego, animator kultury – powiedział: Madziu, ja to biorę na siebie. I tym sposobem od siedmiu lat w Teatrze Wielkim, na Scenie Kameralnej odbywa się piękny koncert muzyki klasycznej. Gustaw uwielbiałby ten koncert, bo kochał taką muzykę.

Wspomniała Pani o 50. rocznicy Dziadów Dejmka. Czy pamięta Pani panującą w tamtym czasie atmosferę?

Byłam wtedy młodą aktorką, która zaledwie rok wcześniej została zaangażowana do Teatru Dramatycznego. Miałam to szczęście, że od razu weszłam w ciekawe role. Wtedy grało się dużo, po 30 spektakli miesięcznie, łącznie z popołudniówkami. W listopadzie 1967 r. było już wiadomo, że lada chwila nastąpi premiera Dziadów w reżyserii Kazimierza Dejmka, ale kiedy już do niej doszło – ciągle nie miałam czasu by się na nie wybrać. Uczestniczyłam wtedy w próbach do sztuki Oscara Wilde’a Brat marnotrawny, w której również grał Gustaw. Ale myśmy się wtedy w ogóle nie zauważyli. On grał nawet jakiegoś mojego wujaszka, rzucałam mu się na szyję w powitaniach… Pamiętam, że często mówiono, że powinniśmy szybciej skończyć próbę, bo Gustaw zaraz musi wyjść na spektakl Dziadów.

Jak sama Pani wspomniała, była wtedy Pani młodą aktorką, zaczynała Pani obracać się w środowisku artystycznym. Czy miała Pani poczucie, że ten spektakl, Dziady, będzie tak ważnym, również politycznie, spektaklem?

Tego się nie czuło. Tego, co wyczytały ówczesne władze zwane przez Kisielewskiego dyktatura ciemniaków, nikt by się nie spodziewał. Dziady były przecież napisane przeciwko carskiej Rosji. Jeśli znajdowały się tam jakieś polityczne, znakomite zresztą, aluzje, to były one skierowane do czasów carskich. Na tym polega dramat, że wszystko się u nas powtarza. Widziałam kilka dni temu premierę Trans-Atlantyku w Teatrze Ateneum i nie mogłam uwierzyć, że to zostało napisane tyle lat temu a jest tak aktualne. To znaczy, że my jesteśmy tacy sami, że w kółko dzieje się to samo, że nie wyciągamy żadnych wniosków, niczego się nie uczymy. My jako naród i ci, którzy nami rządzą. Dwa lata temu grałam w Rzeźni Mrożka i to była kalka tego, co dzieje się teraz. A przecież Mrożek napisał tę sztukę ponad 40 lat temu.

Podobnie jest z Tangiem Mrożka. Główny bohater mówi przecież: Tu już nic nie jest możliwe, bo wszystko jest możliwe, wskazując na brak porządku świata, który dotyka go jako młodego człowieka, który właśnie wchodzi w życie. Współcześnie też niestety dostrzega się ten brak zasad.

A ja, która te zasady poznałam, bo miałam szczęście nie tylko mieć męża takiego, jakim był Gustaw, ale też stykałam się z całym światem wartości, reprezentowanym przez wspaniałych ludzi. Oni umarli. Konwicki, Mazowiecki, Bartoszewski – to są moje autorytety. Oni dopiero niedawno odeszli, bardzo niedawno jak na dzieje Polski. Ja przynajmniej dotknęłam tych idei, miałam do kogo się zwrócić z pytaniami, miałam z kim porównać swoje myślenie. A teraz… Nie wiem czy wśród młodych są tacy. Obym się myliła. Bardzo chciałabym się mylić. Nie mówmy o ludziach, którzy już swoje przeszli, mówmy o ludziach, którzy mają teraz tę naszą – naprawdę kochaną – Polskę nieść na rękach i nie dać jej wdeptać w błoto głupoty, nietolerancji i totalnej nienawiści.

Widziała Pani Dziady w reżyserii Nekrosiusa w Teatrze Narodowym?

Widziałam i muszę przyznać, że spodziewałam się olśnienia, ponieważ zrobił to Litwin, a więc pracował na materiale, który napisał jego rodak, Mickiewicz. Myślałam, że się czegoś dowiem, czegoś innego, interesującego, ale niestety ten spektakl mi się nie podobał. Nie podobał mi się do tego stopnia, że go właściwie w ogóle nie pamiętam. Wszystko wydawało mi się wydumane. Chociaż najbardziej żałosnym spektaklem, jaki widziałam były Dziady w reżyserii Rychcika, wystawiane w Poznaniu. Rychcik bezczelnie, bez pytania kogokolwiek, a przede wszystkim mnie, która jestem spadkobierczynią praw autorskich, wpakował Wielką Improwizację w wykonaniu Gustawa Holoubka do tej karykatury, którą stworzył. Specjalnie wybrałam się do Poznania, żeby zobaczyć te Dziady. Mój mąż – gdyby żył – nigdy w życiu nie zgodziłby się na to, żeby jego wykonanie Wielkiej Improwizacji stanowiło część tego spektaklu. Sądzę zresztą, że już po obejrzeniu pierwszych scen opuściłby salę. Ja robię wiele rzeczy w jego imieniu, bo wiem jaki miał gust, jakie miał bardzo wysokie wymagania w stosunku do aktorów, reżyserów i siebie. W ogóle w stosunku do sztuki i kultury. Myślę, że tylko wtedy można mówić o prawdziwej sztuce, jeśli się od niej wymaga czegoś wyjątkowego.

Niestety współcześni twórcy bardzo często o tym zapominają.

Dlaczego Hamlet musi chodzić w dżinsach albo rozebrać się do naga, mówiąc monolog być albo nie być, żeby wydać się współczesnym? Nie będzie. To bardzo prostacki pomysł. Nie jestem przeciwko nagości, nie jestem przeciwko eksperymentom, ale uważam, że to wszystko musi czemuś służyć, z czegoś wynikać. A tymczasem doszło do tego, że tak zwani twórcy figurują na plakatach dużymi literami jako pierwsi przed Słowackim, Mickiewiczem, Różewiczem. Nigdy nie zapomnę, jak weszłam kiedyś na scenę Teatru Wybrzeże, gdzie grałam gościnnie. Za kulisami zobaczyłam jakąś paskudną dekorację – śmietnik, trzepak, krzywe kamienice. Z ciekawości spytałam: A co tu jest grane w tej dekoracji? I usłyszałam odpowiedź: Fantazy Juliusza Słowackiego. Zostawiam to bez komentarza.

Gdyby pan Gustaw żył, z kim mógłby chcieć teraz pracować, z kim chciałby tworzyć prawdziwą sztukę, to wspomniane przez Panią coś wyjątkowego?

Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Nie chcę się silić na żadne mądrości. Nie wiem, co by go zachwyciło, bo czasami był zachwycony na przykład farsą. Najlepszym dowodem jest Kolacja dla głupca grana w Teatrze Ateneum za jego dyrekcji. Dla wielu osób farsa jest czymś gorszy – takie wygłupy. Nieprawda. Farsa, komedia – każdy gatunek sztuki – jeśli jest świetnie zrobiony, jest dziełem. Chociażby musicale, które są przecież pochodną operetki. Tak samo farsa może być genialną rozrywką. Byłam na Kolacji dla głupca i na wielu jeszcze innych farsach wielokrotnie, śmiałam się i nie miałam sobie za złe, że mnie śmieszy, bo było to niesłychanie zabawne, znakomicie zagrane i wyreżyserowane. Gustaw często mnie zaskakiwał. Kiedy go poznałam, zorientowałam się, że uwielbia czytać kryminały. A każdy by myślał, że studiuje tylko dzieła filozofów. A on uwielbiam czytać kryminały, szczególnie klasyczne – Agatę Christie, Raymonda Chandlera. Potem pojawiła się Donna Leon – zaczytywał się w jej książkach.

A czy Pani mąż miał jakieś pasje, których Pani nie podzielała, ale go w nich wspierała?

Tak, grał w brydża i pokera. Z tym że w pokera rzadko, w brydża częściej, może raz w miesiącu i na wakacjach, gdzie zbierało się kółko brydżystów i lubili sobie pograć. Ale czy wspierałam, trudno powiedzieć… Po prostu dawałam mu żyć, dawałam mu wolność, żeby robił to, co sprawiało mu wielką przyjemność. Tak świetnie grał w brydża, że kiedyś zaproszono go do kadry narodowej. Ja na kartach w ogóle się nie znam i się nimi nie interesuję, mimo, że Gustaw mówił, że to jest pasjonująca, intelektualna rozrywka.

Wiemy też, że pan Gustaw był wielkim kibicem piłki nożnej…

Tak, zarówno polskiej, jak i światowej. Oprócz piłki nożnej jego ukochanymi dyscyplinami była lekkoatletyka i boks. Pasjonowały go również skoki narciarskie. Był kibicem sportowym, który się bardzo dobrze na tym znał, znakomicie potrafił komentować – w sposób dowcipny, mądry i widział wszystko nawet lepiej niż komentatorzy. Miał zresztą swoich przyjaciół od sportu, wśród nich był Tadeusz Konwicki.

Ponoć kibice Cracovii, której był wiernym kibicem, uczcili nawet Jego odejście, wywieszając na stadionie flagę.

Dziękuję im za to. Gustaw był na uroczystości stulecia Cracovii i wygłosił nieprawdopodobne przemówienie, które świadczyło o tym, że od dziecka – mieszkał zresztą koło stadionu – był kibicem piłki nożnej i sport rzeczywiście był jego wielką miłością. Nazywał sport biżuterią – ozdobą życia. Patrzył na to wszystko oczami entuzjasty i idealisty. Kochał ideę sportu, tego prawdziwego, jakim był w starożytności.

Prawdziwy człowiek renesansu – tyle zainteresowań, taka wiedza…

Do tego muzyka, szczególnie klasyczna. Jego profesorem w szkole teatralnej był Artur Malawski, który nauczył go słuchać muzyki, dlatego lubiłam chodzić z Gustawem do filharmonii i do opery, bo czasem cichutko objaśniał grany utwór. Słuchał muzyki do końca życia godzinami – do dziś mam bardzo dużo płyt, bo kupowaliśmy je stale. Często słuchaliśmy ich razem, ale właśnie to wybranie się do opery czy filharmonii miało dla nas odświętny charakter.

To ciekawe, bo jednak często artyści mówią, że nie mają już siły na chodzenie do teatru prywatnie…

Tego to nie rozumiem. Ja byłam ostatnio na dwóch spektaklach premierowych z rzędu, najpierw w Och-Teatrze, w którym też gram, następnego dnia na Gombrowiczu w Teatrze Ateneum. Nie zawsze mam czas, ale śledzę pilnie wydarzenia teatralne i staram się w nich uczestniczyć. To, że sama gram nie oznacza, że nie jestem zainteresowana tym, co dzieje się na scenie. Uważam, że odpoczynek na widowni, z myślą: Boże, to nie ja się dziś męczę – jest fantastyczny. Cały czas uczę i jeśli widzę, coś co mi się nie podoba, to staram się zapamiętać, żeby tego nie powtórzyć. A jeśli coś mi się podoba to jestem bardzo szczęśliwym i wdzięcznym widzem.

Bycie aktorką nie przeszkadza Pani w uleganiu magii teatru?

Potrafię oddać się iluzji, a jeśli nie ma teatrze magii, to taki teatr w ogóle mnie nie interesuje. W teatrze chodzi o to, żeby zabawić, wzruszyć, dać do myślenia. Teatr powinien oczyszczać. Na tym powinno polegać katharsis.

Ma Pani jakiś taki spektakl, który widziała Pani więcej niż raz?

Nie, to raczej do kina zdarza mi się pójść kolejny raz. Do teatru nie, dlatego że staram się chłonąć za pierwszym razem ze spektaklu ile się da. Lubię wchłonąć to wszystko, poukładać sobie w głowie, a jeśli idę z kimś to jeszcze podyskutować i porozmawiać na temat sztuki.

Zbliża się Dzień Kobiet. Czy razem z panem Gustawem celebrowali Państwo różne święta?

Święta, imieniny czy urodziny były dla nas ważne, bo trzeba szukać w życiu przyjemności i takich chwil, kiedy można się spotkać, pobyć razem. Dlatego imieniny Gustawa 2. sierpnia w Juracie obchodziliśmy przez wiele lat, kiedy jeszcze żył, a od momentu kiedy zmarł, wciąż spotykamy się w praktycznie niezmienionym składzie. To dla nas okazja, aby porozmawiać, pośmiać się – bo to nie są przecież żadne Zaduszki. Wprowadziliśmy też, od pierwszych imienin bez niego, Gustawa na ekranie. Przywożę zarejestrowane na DVD wywiady, fragmenty sztuk i filmy. Oglądając, czujemy, że jest z nami. Lubię takie rytuały i staram się ich nie zaniedbywać.

Takie małe szczęścia, które tworzą duże szczęście…

Właśnie tak. Chociażby dzisiejszy dzień taki jest: szary i bury, ale dla mnie cudny, bo udało mi się załatwić wszystko pomyślnie, do tego nie pada deszcz, którego nienawidzę. Mogłam się przespacerować, co bardzo lubię…

A czy miała Pani jakieś miejsca w Warszawie, gdzie lubiła chodzić z mężem?

Mąż chodził regularnie do Czytelnika i do kawiarni Blikle. Ja przychodziłam tam jedynie od czasu do czasu. Byłam co prawda mile widziana i zapraszana, ale rozumiałam, że nie wolno siedzieć na karku kolegom, którzy chcą się spotkać i porozmawiać. Gustaw chodził tam regularnie, mówił że to wiedeńsko-krakowski zwyczaj, który chciałby pielęgnować. Tadeusz Konwicki podzielał tę opinię, więc spotykali się, omawiali sprawy bieżące – polityczne, społeczne, artystyczne. Gustaw zjadał jeszcze ciasteczko, bo uwielbiał słodycze, a potem rozchodzili się. Natomiast razem wyjeżdżaliśmy w góry, nad morze, za granicę… I lubiliśmy sobie posiedzieć w domu.

Czy odczuwali Państwo wtedy popularność?

Na każdym kroku. To były miłe spotkania. Ani mnie, ani mojego męża nie spotkało nigdy nic nieprzyjemnego. Nigdy nie słyszałam, żeby narzekał na popularność, a przecież niejeden mógłby mu pozazdrościć sławy. Zawsze był uprzejmy, słynął zresztą z tego, że nie klasyfikował ludzi. Niczym nie różnił się w zachowaniu w stosunku do pani, która myła podłogę w teatralnym bufecie, jak i do swoich kolegów aktorów. Co nie znaczy oczywiście, że go szlag nie trafiał, gdy się zdarzała ku temu okazja. Kochał ludzi i lubił z nimi spędzać czas. Ja zresztą zachowuję się tak samo, bo ludzie są po to, aby z nimi być.

 

Rozmawiały

Iga Herłazińska i Justyna Potasiak

Zdjęcia pochodzą z archiwum rodzinnego Magdaleny Zawadzkiej i Gustawa Holoubka. Dziękujemy Wydawnictwu Marginesy za ich udostępnienie.

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany