„Casa Valentina” – lekcja tolerancji na deskach Och-Teatru

Wielu uważa, że teatr oprócz rozrywki powinien nieść za sobą także edukację. Zdecydowanie należę do tej grupy. Oczekuję, że obejrzana sztuka zasieje we mnie ciekawość jakiegoś tematu, wystawa zachwyci bądź zaintryguje, a po opuszczeniu teatralnego fotela, zostanę z pewną myślę, którą będę chciała zgłębić. Najgorsze co może mnie spotkać po wejściu do budynku teatru i obejrzeniu jakiegoś tytułu, to obojętność. Pragnę i liczę na wzruszenie, rozbawienie, przygnębienie. Naprawdę wolę się (nawet) rozczarować niż wyjść bez jakiegokolwiek odczucia i w kolejce po kurtkę w szatni, myśleć: No ale o co chodziło?

Premiera Casy Valentiny w reżyserii Macieja Kowalewskiego w warszawskim Och-Teatrze była nagłośniona w mediach już kilka ładnych tygodni temu, a wraz z ujawnianiem kolejnych smaczków, związanych z tą sztuką, apetyt teatralnych głodomorów rósł. Oto reżyser wziął na warsztat mocny, odważny temat, opartą na faktach opowieść o heteroseksualnych mężczyznach, którzy przebierają się w sukienki, wykonują profesjonalny makijaż i noszą peruki. Historia na pozór śmieszna, bo widok dorosłych facetów w eleganckich kreacjach i pełnym makijażu, w pierwszej kolejności wyzwala właśnie śmiech, lecz po zgłębieniu tematu – jest to opowieść o walce o własne ja, o możliwość publicznego mówienia o swojej podwójnej naturze, a co za tym idzie – o tolerancji.

Kolorowa scenografia, choć składa się niemalże tylko z kilku krzeseł, stolików i barku, robi wrażenie, a jeszcze większe fakt, iż 12 metrowa scena znana ze wszystkich innych spektakli, nagle zostaje rozciągnięta – sięga od ściany do ściany. W ten sposób powstaje długi wybieg, po którym dziewiątka aktorów może w sposób beztroski wirować i prezentować temat.

Widzowie przenoszą się wraz z bohaterami do lat 60., w góry Catskills w Stanach Zjednoczonych. To właśnie tam powstał jedyny tego rodzaju pensjonat, do którego przybywają heteroseksualni mężczyźni, aby uwolnić swoje kobiece alter ego. Na co dzień dziadkowie, mężowie, ojcowie – tu w pensjonacie zrzucają mundury i typowo męskie stroje, na rzecz jedwabnych sukienek, modnych szpilek, nienagannego makijażu i peruk rodem z reklam prestiżowych kosmetyków do włosów. Społeczeństwo nie jest gotowe na takie kontrowersyjne zjawisko, dlatego w Casie Valentinie znajdują upragnioną beztroskę, schronienie i co najważniejsze – zrozumienie. Założycielami hotelu jest George (Rafał Mohr) i jego żona Rita (Maria Seweryn).

Widzowie mają okazję przyglądać się kilku dorosłym mężczyznom, którzy właśnie tu, w Casie Valentinie, mogą odkryć swoją kobiecą tożsamość, bez obaw dać się ponieść damskiemu ja i przywitać z ogromną, nieskrywaną radością nowego członka grupy – Mirandę, graną przez Macieja Kosmalę.

W rolach weteranów widzimy rewelacyjny team: najwspanialszy z najwspanialszych Cezary Żak, który robi w tym spektaklu największą robotę, po każdej jego kwestii publiczność pieje ze śmiechu, a gesty i mimika – rozbrajają. Dalej mamy przecudownego Mirosława Kropielnickiego, który porusza się w butach na obcasie tak, że nie można przejść obok tej kwestii bez uśmiechu, a sposób w jaki ściska kobieco wargi, mnie osobiście osłabia i bawi do rozpuku. Kolejny jest Witold Dębicki, który – jak sam przyznaje – po raz pierwszy w swojej karierze ma szansę grać kobietę aż w takim stopniu, a w garsonce czuje się świetnie. To też widać. Blond peruka, szyty na miarę kostium, doskonały make-up, a całość przywołuje na myśl Teresę Lipowską bądź Królową Elżbietę. Czy można chcieć więcej? Dalej Piotr Borowski, którego chuda łydka onieśmieli wiele kobiet na widowni, a piękne czarne włosy będą obiektem zazdrości wszystkich pań. Fantastyczny, bo najbardziej doświadczony w kwestii grania kobiet, Rafał Mohr, daje tu niezły popis. Odnosi się wrażenie, że jego Valentina jest bardziej wiarygodna niż postać mężczyzny, którą tu również kreuje. Szczupła sylwetka, długie nogi, blond fale, nienaganny makijaż, ton głosu, no i wreszcie ruchy. Jeśli tego nie zobaczycie, nie będziecie mogli sobie wyobrazić jak bardzo Rafał jest kobiecy w tej roli. Momentami to podobieństwo, a zacieranie granicy męskiej płci, było zbyt mocne. Kolejnym bohaterem/bohaterką jest nadzwyczajny Piotr Machalica, którego Teresa, choć małomówna, mało dynamiczna, jest prześmieszna i genialna. Wyglądem, szczególnie tyłem przypomina blond wersję Mai Komorowskiej, a jego crooksy (jako jedyny nie ma obcasów) dopasowane do rozkloszowanej spódnicy – powalają. Na koniec zostaje nam Maciej Kosmala i jego Miranda. Widzowie mają okazję przyglądać się momentowi w którym weterani Casy Valentiny przyjmują nowego członka, którego gra właśnie ten aktor. Nieśmiały, speszony, zawstydzony zastałą go sytuacją i obecnością innych mężczyzn w damskich ciuchach, pragnie przez weekend poczuć wolność swojego alter ego. Zostaje przyjęty z ogromną radością, a ci którzy przybyli do pensjonatu już kolejny raz, z chęcią pomagają mu w nadzwyczajnej metamorfozie.

W obsadzie mamy również dwie kobiety: Joannę Gleń, która pojawia się na scenie w kulminacyjnym momencie sztuki oraz Marię Seweryn, która dostała na warsztat sporą rolę. Jeśli chodzi o Gleń, przyznaję, że rola jest dla mnie kiepska, przeźroczysta, a sama aktorka mówi zbyt cicho i nieprzekonująco. Jej postać ma w tej historii bardzo ważną rolę, a jednak, mam poczucie, że Joanna Gleń nie zaznaczyła jej dostatecznie mocno. Przechodząc do drugiej pani: Maria Seweryn nie zachwyca niczym nadzwyczajnym, co absolutnie nie oznacza, że jej rola jest zła czy nudna. Jest poprawna, ale co najważniejsze, w tej historii niezbędna (jako negatywny głos w sprawie Casy Valentiny). Mnie ani nie ziębiła, ani nie grzała. Postać Rity to ważny pionek w tej układance. Seweryn wciela się w żonę George’a/Valentiny, z którym tworzy ten niesamowity, jedyny w swoim rodzaju pensjonat. Ona pokochała swojego męża wraz z jego alter ego i z wielkiej miłości postanowiła mu pomóc stworzyć miejsce dla mężczyzn takich jak on. Dogląda gości, rozmawia z nimi, serwuje im metamorfozy. Daje się wciągnąć w rozpędzoną karuzelę, lecz w pewnym momencie jej rozpędzony wagonik zaczyna się wykolejać.

Jeśli chodzi o spektakl od strony, nazwijmy to pozaaktorskiej (bo ta jest niezwykle mocna), muszę przyznać, że spodziewałam się gęstszej sztuki. Zbyt długie dialogi i tzw. przegadania, sprawiały, że całość się dłużyła, a nie taki był zapewne zamysł reżysera. Dużą robotę robią kostiumy Doroty Roqueplo, które świetnie odzwierciedlają styl lat 60., a charakteryzacja Ewy Kowalewskiej dopełnia ten obrazek. Nie można pominąć również scenografii, którą zaprojektował Arkadiusz Kośmider, która, co widać służy aktorom. Mam do niej jednak drobne zastrzeżenia, a konkretnie do koncepcji tego projektu. Skoro akcja dzieje się w pensjonacie, wnętrze mogłoby zostać zaaranżowane na dziesiątki innych sposobów. Dlaczego więc taka oszczędność w scenografii? Krzysztof Adamski czuwał nad ruchem scenicznym i choreografią, prezentowaną przez naszych bohaterów i co do tego nie mam żadnego ale. Panowie poradzili sobie z tym rewelacyjnie.

Czy polecam Casę Valentinę? Zdecydowanie tak. Sama wybiorę się na sztukę za jakiś czas, aby porównać sobie jak się wszystko rozwinęło i jaki przybiera wymiar po rozegraniu tej formy. Niewątpliwie jest to temat niezwykle aktualny, ważny, a niestety zamiatany pod dywan. Na deskach Och-Teatru odbywa się pewnego rodzaju edukacja. Widzowie przez ponad 2 godziny uczą się tolerancji.


Zdjęcie autorstwa Katarzyny Kural-Sadowska, dzięki uprzejmości Och-Teatru.

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

2 komentarze
  1. Obowiązkowo do obejrzenia!!!

    Szliśmy z nastawieniem na dużą porcja śmiechu i rozrywki, i z każdą minuta spektaklu było coraz lepiej. Śmiech i rozrywka przeplatały się ze wzruszeniem, przemyśleniami i dramaturgią. Z minuty na minutę przemyśleń było więcej i więcej, wzruszenie powodowało łzy a w kolejnych scenach można było odkryć coraz większe cząstki siebie. Swoje uprzedzenia, obawy, kłamstwa, hipokryzję, żądze władzy, ale tez szukanie wolności, tolerancji, równouprawnienia, miłości, AKCEPTACJI.
    Absolutny wulkan emocji!!!
    Podziw dla fantastycznej gry aktorskiej budującej z każdą chwila refleksje i zmuszającej do myślenia. Niezwykle przedstawienie, niezwykle odczucia po przedstawieniu, niezwykle jest to, że nazajutrz, pisząc te zdania nadal jestem pełen energii, która wczoraj przekazali aktorzy, reżyser i autor sztuki.
    Jeśli szukacie w życiu siebie – pytanie retoryczne, bo każdy szuka- musicie obejrzeć ten spektakl.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany