Witkacy – demoniczny urok

Stanisława Ignacego Witkiewicza poznajemy we wspomnieniach i anegdotach znajomych oraz poprzez liczne listy, które przez całe życie pisał do matki, żony, przyjaciół i kolejnych kochanek. Przede wszystkim jednak, rys jego genialnej osobowości można dostrzec w dziełach artysty – materialnym odbiciu wszelkich myśli, wspomnień i fantazji. Nie sposób pisać o Witkacym, nie odwołując się do jego utworów, tak jak nie można byłoby w szkicu tym pominąć ważnych dla niego kobiet, bowiem życie splatało się u niego nierozerwalnie ze sztuką. Gdy patrzymy na portrety namalowane ręką Witkiewicza, czytamy jego dzieła czy oglądamy wykonane przez niego fotografie, doświadczamy wrażenia, że wszystko to przeplata się ze sobą i łączy, tworząc spójną – w swej pozornej niespójności – całość.

W dwudziestoleciu międzywojennym Witkacego w pewnych kręgach po prostu się znało. Przyjaciele i znajomi (z którymi zresztą często zrywał znajomość, niekiedy nawet z błahych powodów) opisują go jako postać barwną, ekscentryczną i nietuzinkową. Jeśli można było się po nim czegoś spodziewać, to jedynie tego, że zrobi coś zaskakującego i oryginalnego. Magdalena Samozwaniec wspominała jak Witkiewicz, chcąc wywrzeć wrażenie na znajomych, poszedł na podwieczorek ubrany w piżamę. Inni goście dowiedzieli się wcześniej o jego planie i udawali, że wszystko jest w najlepszym porządku, czego Witkacy – nastawiony przecież na wywołanie wśród nich niemałego zdumienia – nie mógł znieść i wyszedł obrażony. Witold Gombrowicz, niepałający do niego zresztą szczególną sympatią, również zwracał uwagę na tę ogromną potrzebę nieustannego bycia artysty w centrum uwagi: albo o nim musiało się mówić, albo do niego, albo on mówił.

Codzienne życie z Witkacym nie należało do prostych. Porywczy, zmienny, popadający w skrajne nastroje – trzeba było wiele cierpliwości, by przy nim trwać. W życiu Witkiewicza kolejne kobiety były przeważnie ledwie migawkami na taśmie filmowej, krótkim błyskiem zachwytu, kilkoma scenami szczerego zauroczenia. Nie miał Witkacy szczęścia do dłuższych związków – zaręczona z nim młodziutka Jadwiga Janczewska popełniła samobójstwo po kolejnej kłótni z narzeczonym. Przyczyną konfliktu była zazdrość artysty o kompozytora Karola Szymanowskiego, którego podejrzewał o romans z narzeczoną. Nie wiadomo ile w podejrzeniach Witkacego było prawdy, ile zaś niechęci do samego pianisty. Według relacji Jarosława Iwaszkiewicza, sama Jadwiga zostawiła kartkę, w której pisała, że czyn swój popełnia przez Szymanowskiego. Wydarzenie to wywarło ogromny wpływ na dalsze życie Witkacego. Kilka dni po tragedii pisał do przyjaciela Bronisława Malinowskiego: Straszną odpowiedzialność biorą ci, którzy żyć każą mimo zupełnej niemożliwości życia. Jestem człowiekiem złamanym kompletnie. Po śmierci ukochanej wielokrotnie wracał do jej postaci – malował obrazy przedstawiające tamte wydarzenia, wywoływał fotografie Jadwigi, opisał także sam moment samobójstwa w Pożegnaniu jesieni.

Minęło kilka lat zanim Witkiewicz ponownie zaręczył się i ożenił. Tym razem jego wybranką była dziesięć lat młodsza uboga arystokratka, Jadwiga Unrug. Bardzo w typie Witkacego – płomiennowłosa, z wyrazistymi oczami i o pełnych, zmysłowych ustach. Nina miała już wówczas trzydzieści lat i jako panna bez posagu, nawet z nazwiskiem, nie mogła liczyć na większe zainteresowanie. Przez niedopasowanie temperamentów – Witkacy zarzucał żonie oziębłość i obojętność, ona zaś nie podzielała jego namiętności – niedługo cieszyli się szczęściem. Już dwa lata po ślubie Jadwiga zamieszkała na stałe w Warszawie i od tamtego momentu ich związek przez większą część roku był relacją korespondencyjną. Witkiewicz pozostawił po sobie ponad tysiąc listów i telegramów, których, mimo jego próśb, żona nigdy nie zniszczyła. Małżeństwo z rozsądku lata później przerodziło się w opartą na duchowym porozumieniu przyjaźń, wymagało to jednak od Niny znoszenia kolejnych romansów męża, a niekiedy nawet jego deklaracji poślubienia kolejnej wybranki. Kwestie wierności i wolności długo dzieliły małżonków, ostatecznie jednak Witkacy przekonał żonę, że nie byłby w stanie żyć inaczej. W listach do niej pisał: I to, że cię kocham jest zawsze prawdą, tylko nienawidzę cię wtedy, jeśli stajesz się dla mnie symbolem wyrzeczenia się. Ich małżeństwo trwało 16 lat i zagroziła mu dopiero Czesława Korzeniowska-Oknińska, ostatnia miłość artysty.

Wywierał wrażenie – wysoki, postawny, przystojny. Nic zatem dziwnego, że artyście ulegały kolejne kobiety. Mawiano, że zainteresowanie Witkacego przejawiało się w portretowaniu danej damy, bądź jej męża. Witkacego pociągały jasnowłose kobiety o delikatnej urodzie, ale chętnie portretował także rude, bardziej demoniczne, namiętne i intrygujące. Jego największą artystyczną fascynacją była Eugenia Wyszomirska. Zobaczył ją przypadkiem podczas spaceru po ulicy Chmielnej w Warszawie i uderzyło go podobieństwo kobiety do jego tragicznie zmarłej narzeczonej, Jadwigi Janczewskiej. Zaproponował Eugenii, że namaluje jej portret i w przeciągu kilku kolejnych lat sportretował ją ponad sto razy. Pociągała go niedoskonałość: Pałam chęcią rysowania Jej Asymetrii – pisał. Pani Hanka, jak ją nazywał, nie wróciła już do dawnego życia, męża jubilera i rodzinnej Częstochowy. Wystarczyło kilka seansów portretowych w Zakopanem, by oczarowana innym światem zapragnęła być jego częścią i wkrótce wyszła za mąż za prawdziwego górala. Jeszcze w latach 60. wspominała czasy bycia muzą Stanisława Ignacego Witkiewicza, wystawiając portrety jego autorstwa, których po wojnie zachowało się około trzydziestu.

Najmniej cenił sobie Witkacy portrety wykonywane na zamówienie w ramach Firmy Portretowej S. I. Witkiewicz, jednak to właśnie te dzieła przyniosły artyście największą popularność. W 1924 roku opracował prześmiewczy regulamin Firmy, której motto brzmiało: Klient musi być zadowolony. Nieporozumienia wykluczone. Niedopuszczalne było zatem zgłaszanie ewentualnych uwag co do portretu, gdyż gdyby firma pozwoliła sobie na ten luksus: wysłuchiwania zdań klientów, musiałaby już dawno zwariować. Witkacy wykonywał portrety w kilku typach, z których najbardziej charakterystycznym był typ C i wszelkie jego odmiany –  C + Co., Et, C + H., C + Co + Et, gdzie każde dodatkowe oznaczenie odnosiło się do wykorzystywanych przez artystę podczas malowania używek czy narkotyków. Dzieła typu C tworzył jednak tylko dla przyjaciół, nie można ich było zamówić w ramach usług Firmy.

Witkacowski teatr życia przejawiał się w nieustannym eksperymentowaniu twórcy w różnych dziedzinach. Zajmujecie się fotografią, a ja się nią bawię, powiedział raz dwóm mistrzom fotografii – Marianowi i Witoldowi Dederkom. Tak samo bawił się życiem, inscenizując scenki, zupełnie jakby świat był teatrem. Nadzieja Drucka wspominała, jak pewnego razu Witkiewicz umówił się z nią w kawiarni, do której zaprosił także dwie inne kobiety. Całe spotkanie przesiedział w milczeniu, obserwując efekty swojego eksperymentu. Chcę zobaczyć – wyjaśnił jej przedtem – jak będziecie się zachowywać. Pani: rosyjska arystokratka, druga z pań: uczona, doktor filozofii, i trzecia: prostytutka.

Ostatnią miłością Witkacego była Czesława Korzeniowska-Oknińska, którą poznał, gdy w Zakopanem pozowała mu do portretu. Delikatna blondynka, raczej przeciętna, ale za to z temperamentem. Nie tolerowała zdrad, nie wybaczyła Witkiewiczowi tego, że nie chciał rozwieść się z żoną, nie wahała się z nim zrywać, ale w ciągu trwającego dziesięć lat romansu zawsze do siebie wracali. Ten związek był intensywniejszy niż jakakolwiek wcześniejsze zakochanie Witkacego, co okazało się trudną próbą dla Niny, informowanej przecież listownie o wszystkim przez samego męża. Gdy rozważała rozstanie, pisał do niej: Zaklinam Cię, nie rób tego głupstwa, aby psuć coś tak sztucznego i ślicznego jak nasze małżeństwo. Zaczął się etap prowadzenia równoległego życia, trwający aż do śmierci Witkacego. Trudno orzec po czyjej stronie w tym emocjonalnym trójkącie więcej było bólu i cierpienia. Nie można Ninie odmówić klasy, na podziw zasługuje także głębokie uczucie, którym musiała darzyć męża. Gdy załamał się po kolejnym rozstaniu z Czesławą (a ta zrywała z nim często, raz odsyłając nawet ważącą 80 kilogramów paczkę pełną obrazów i prezentów od niego), to właśnie Jadwiga zadzwoniła do niej, prosząc, by nie gubiła zakochanego artysty.

Czesława towarzyszyła Witkacemu  w jego ostatnich chwilach. W pewien sposób należę do niej – pisał do Niny. Kiedy Witkiewicz z powodu wieku i złego stanu zdrowia nie został przyjęty do Wojska Polskiego, zdecydowali się zatem opuścić kraj. Na wieść o napaści Związku Radzieckiego na Polskę postanowił, że razem popełnią samobójstwo. Czesława przeżyła, Witkacy zmarł. Nina do końca życia obwiniała kochankę męża o to, że ta nie zapobiegła jego śmierci. Już przed samym wybuchem wojny Jadwiga zajęła się dbaniem o spuściznę Witkiewicza. Przewoziła jego rękopisy z miejsca na miejsce, ukrywała je w kolejnych mieszkaniach, segregowała i porządkowała, by nic nie zaginęło podczas wojennej zawieruchy. I to właśnie ona we wspomnieniach o Witkacym nakreśliła bodaj najpełniejszy jego portret:

Jako intelekt, wszechstronny talent i kopalnia wiedzy ze wszystkich dziedzin nauki, obdarzony przy tym niesłychanym urokiem, dowcipem, humorem, oryginalnością, a nawet wieloma dziwactwami, które czasem drażniły i męczyły nawet bardzo – było to zjawisko wyjątkowe pod każdym względem.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany