Historia lubi się powtarzać – ,,Czwarta władza” Spielberga

Gdy wybieramy się na wybory, głęboko analizujemy każdego kandydata na prezydenta oraz partię jaką reprezentuje, po to, aby świadomie podjąć decyzję w jakim kraju pragniemy żyć. Jednak to utopijna wizja wyborców. Według danych opublikowanych przez PKW, w 2015 roku w wyborach wzięło udział 49,98% z uprawnionych obywateli – tym samym, pozwalając by historia kraju pisała się sama. Niestety, pozostała część prawdopodobnie nie przeanalizowała dogłębnie każdego z kandydatów, a jedynie skupiła się na pojedynczych obietnicach, które przyćmiły całość. Ku zaskoczeniu wielu Polaków, okazuje się, że wybory to nie zabawa i jedną nieprzemyślaną decyzją mogą ograniczyć własną wolność.

W Polsce coraz częściej mamy do czynienia z protestami wynikającymi z poczucia pozbawienia wolności wyboru, decyzji. Władza stopniowo stara się ukształtować społeczeństwo pod własne dyktando, ale niesprawiedliwym byłoby powiedzieć, że jest to problem, który dotyka wyłącznie nasz kraj. Co więcej, że dotyczy obecnej władzy i nigdy wcześniej się nie pojawił.

16. lutego na ekranach polskich kin pojawi się najnowszy film Stevena Spielberga Czwarta władza poruszający kwestię wolności mediów na tle afery Watergate. Nie da się nie zauważyć, że tegoroczny kandydat do Oscara to powtórzenie nominacji z 1977 roku, a mianowicie – filmu Alana J. Pakuly Wszyscy ludzie prezydenta (1976). Kopia wydaje się jak najbardziej świadoma poprzez (prawdopodobnie) celowe zakończenie filmu Spielberga (włamanie do budynku Watergate), które przecież w niemal taki sam sposób zostało ukazane na początku produkcji Pakuly. Na szczęście, pomijając fakt, że produkcja z 2017 roku mocno wzoruje się na tej z 1976, można dostrzec kilka różnic.

Przede wszystkim Czwarta władza pozwala spojrzeć na problem nieco szerzej, gdyż obejmuje również kradzież Pentagon Papers przez Daniela Ellsberga, a właściwie – skupia się głównie na tym. Spielberg ukazuje nie tylko proces blokowania prasy przez władze państwa, gdy opublikowane zostają informacje zagrażające reputacji rządzących, ale także – sytuacje kobiet zajmujących wysokie stanowiska w tamtym czasie.

Katharine Graham (genialna – jak zwykle – kreacja Meryl Streep) jest wydawcą rodzinnej gazety The Washington Post. Odziedziczyła ją po przedwcześnie zmarłym mężu, co sprawiło, że współpracownicy nie traktują jej zbyt poważnie. Zresztą, nie można się temu zbytnio dziwić, gdyż nie daje powodów do traktowania swojej osoby jako pewnej siebie kobiety – we wszystkim konsultuje się z członkami zarządu, sprawia wrażenie, jakoby nie była w stanie sama podejmować decyzji dotyczących gazety założonej przez jej rodzinę. Jednak tajne dokumenty, które trafiają w posiadanie jej redakcji, The New York Times pozbawiony praw do ich publikacji i redaktor The Washington Post nalegający na ich upublicznienie doprowadzają do tego, że Kay zaczyna samodzielnie decydować i wbrew większości – zgadza się na publikacje. Co więcej, dzięki temu staje się ikoną, gdyż – jak się okazuje – ten ruch, skłania sąd do poparcia wolności mediów i cofnięcia zakazu publikacji dokumentów, które niszczą reputację rządzących, gdyż prasa ma służyć rządzonym, a nie rządzącym.

Temat poruszany przez Spielberga jest niepodważalnie istotny, ale czy to wystarcza by otrzymać nominację do Oscara? Produkcja rażąco przypomina Wszystkich ludzi prezydenta, którzy filmowej nagrody nie dostali, ale nominacją mogą się poszczycić. Niestety, wyróżnienie, jakie otrzymała Czwarta władza wydaje się chybione – nie dlatego, że jest to zły film czy aktorzy się nie spisali. Obsada jest bardzo dobra i sprawdza się niemal znakomicie, a w trakcie seansu widzowie zbytnio się nie znudzą, jeśli lubią kino polityczne, jednakże spokoju nie daje fakt, jak niesmaczna jest to kopia Alana J. Pakuly.

Nie ma nic złego w pamięci o przeszłości kinematografii i inspirowaniu się nią, ale są pewne granice inspiracji. Jeśli ktoś widział Wszystkich ludzi prezydenta, na seansie Czwartej władzy może odczuć niepokojące déjà vu (z drobnymi urozmaiceniami w postaci pozycji kobiet zajmujących stanowiska wyższe niż mężczyźni). Jednak jeśli są tacy, dla których kinematografia przed 2000 rokiem nie istnieje, niech śmiało pędzą do kina, bo to film poruszający istotne kwestie, nie tylko dla społeczeństwa amerykańskiego, ale dla całego świata. Nie możemy zapominać, że warto walczyć o wolne media, bo potrafią one zmieniać historię.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany