Wszyscy chcemy być piękni – rozmowa z Marią Seweryn

O wywiadzie z Marią myśleliśmy od dawna i choć spotykaliśmy się często w mniej lub bardziej zawodowych sytuacjach, wciąż brakowało nam odwagi na tę rozmowę. Bo przecież wcale nie jest tak, że z ważnymi dla nas artystami – którzy w jakiś sposób ukształtowali nas i wpłynęli na nasze życie – rozmawia się łatwiej. Zwłaszcza, gdy są dla nas ważni również prywatnie. Nasze obawy okazały się jednak bezpodstawne, a dwie godziny wywiadu minęły zdecydowanie za szybko.

Od trzech lat jesteś wykładowcą w szkole ActoRstudio Romy Gąsiorowskiej, a już za moment będzie można wziąć udział w prowadzonych przez Ciebie warsztatach aktorskich. Wyobrażasz sobie siebie jako wykładowcę w państwowej szkole teatralnej?

No na maksa! Uważam, że jestem świetnym nauczycielem. (śmiech) Ale ja chyba nie mogę uczyć w państwowej szkole, bo nie mam tytułu magistra! Ale swoją drogą – zupełnie nie rozumiem dlaczego mój ojciec tam nie uczy… Jest genialnym profesorem, obserwowałam go na zajęciach we Francji, przez dwadzieścia lat uczył w Conservatoire w Paryżu. To wspaniały pedagog, wykształcił wielu francuskich aktorów…

A jakie są Twoje metody pracy z człowiekiem, który zamarzył by zostać aktorem?

Pracuję intuicyjnie i bazuję na swoim doświadczeniu. Dobrze jest spotkać na swojej drodze reżyserów, którzy pozwolą ci dowiedzieć się kim jesteś, jakim jesteś aktorem – co ze sobą niesiesz, co znaczysz, jaki masz wyraz, jakie wywołujesz emocje w ludziach. Jeśli zyskujesz tę świadomość, mniej gubisz się w tym zawodzie. Jednym z pierwszych ćwiczeń na moich zajęciach w szkole AktoRstudio jest tzw. nic. Ktoś wchodzi na scenę i ma nic nie grać. Wydaje się proste, a okazuje się niemożliwe. Bo już samo to, że jesteś, istniejesz – coś znaczy.

A przy tym jeszcze tak bardzo wszyscy chcemy być piękni! (śmiech) I pewnego dnia – właśnie na zajęciach – przekonałam się, że czy mężczyźni, czy kobiety, kiedy osiągają stan zgody z samym sobą, koncentrują się na temacie, nie na sobie, oddychają – pięknieją. Wszyscy, bez wyjątku.

To jest fascynujące, że te warsztaty są takie na życie.

Ludzie różnie na to patrzą. Niektórzy mówią: no tak, ale na te zajęcia przychodzą też ludzie, którzy nie chcą być aktorami, to co to jest niby za przygotowanie do zawodu. No właśnie to jest też przygotowywanie do zawodu! Być może jest tak, że szkoła Romy jest czymś, czego szkoła państwowa nie ma czasu załatwić. Zajmuję się tym czymś przed. Nie uczę wiersza, to jest dalszy etap.

Czy zauważasz różnicę między swoim pokoleniem a tymi, którzy teraz uczą się aktorstwa?

Myślę, że wiele zależy od szkoły. Trzy lata temu robiłam casting do spektaklu i wtedy miałam okazję przyjrzeć się studentom ze wszystkich czterech szkół państwowych, najpierw przeglądaliśmy ich zdjęcia. Szukaliśmy nieprzeciętnych osobowości. Najciekawsi byli z Łodzi. Okazało się, że tam takich ludzi się przyjmuje – charakternych, niekonwencjonalnych, niegrzecznych. W przeciwieństwie do Warszawy. Oczywiście generalizuję!

Myślisz, że ci młodzi ludzie mają większą świadomość tego, co ich czeka po opuszczeniu szkoły niż Wy kilkanaście lat temu? Że nie zawsze jest kolorowo?
Myślę, że nie. Młody człowiek na szczęście wierzy, że to on zmieni świat, to on będzie tym, na którego świat czeka. I tak ma być, bo to pcha świat do przodu. A tu jeszcze, powiedzmy sobie szczerze, to nie jest poważny zawód dla dojrzałych, dorosłych ludzi. (śmiech) Ile trzeba mieć w sobie wręcz dziecięcej wiary i przekonania, żeby go uprawiać. Nie jest on wcale wdzięczny. Ciężko jest utrzymać i pielęgnować w sobie tę naiwność, to dziecko. Życie cię dopada. Zachowanie ideałów, zasad jest bardzo trudne. A ci aktorzy, którym się udaje – nie mówiąc już o tych, którzy odnodzą sukces – jest niewielu.

Ale chyba tylko ta młoda dziecięca wiara pozwala na to, aby nie popaść w rutynę, nie stać się cynikiem zawodowym, pustym, choć doświadczonym aktorem, który wszystko wie i za nic nie chce już próbować nowego, ryzykować…

Wyobraź sobie, że wykładasz w państwowej szkole. Ktoś jest według Ciebie kiepski. Mówisz mu wprost, że nie nadaje się do tego zawodu?

Dobre pytanie. Tylko raz zdarzyło mi się powiedzieć komuś, żeby dał sobie spokój. Ale wiecie, mnie w szkole też to powiedziano – jedna z pań profesor wzięła mnie na bok i powiedziała, naprawdę z dobroci serca: błagam cię, zrezygnuj! – jaką ja musiałam wykonać pracę nad sobą, żeby tego nie zrobić. Chyba myliła się, a może nie…? Może byłabym kim innym i byłabym równie szczęśliwa w innym zawodzie, a może jeszcze szczęśliwsza…? Dlatego nie wiem… Poza tym jestem przekonana, że oprócz tego, że zdarzają się wybitni aktorzy i jest ich – powiedzmy – dziesięciu w Polsce, to reszta to tacy, którzy ciężką pracą – i chyba się do nich zaliczam – doszli do talentu i rzemiosła. I są też tacy, którzy są po prostu średni. I każdy z nich ma prawo być aktorem, zresztą ci niewybitni są bardzo potrzebni (śmiech). Nie wystarczy też często sam talent. Ile talentów jest zmarnowanych, bo ktoś nie był pracowity albo nie miał pokory? A ilu jest aktorów, na których ktoś położył kiedyś krzyżyk i nagle po dziesięciu, piętnastu latach objawili się, dojrzeli i urośli do rangi najwybitniejszych? Czasami to są zrządzenia losu, więc nie można – szczególnie na początku – powiedzieć komuś, że się nie nadaje. Natomiast o wadach należy mówić bez ogródek, bo albo ktoś wyciągnie wnioski, albo się tylko obrazi, będzie cierpiał i płakał. No i trudno. Oburza mnie, kiedy widzę jak głaszcze się studentów, traktuje jak małe dzieci, chroni, bo to jest jeden z okrutniejszych zawodów jaki istnieje i trzeba być na to przygotowanym. Temu też ma służyć szkoła, bo gdzie jak nie tam bezpiecznie można dostać po głowie? Potem jest za późno.

A z drugiej strony trzeba mieć w sobie wrażliwość, empatię.

Tak, jako aktor masz być bardziej wrażliwy niż wszyscy, kochać ludzi, bo o ludziach opowiadasz, mieć ciekawość świata, otwartość. A z drugiej strony – musisz mieć też skorupę, taką, żeby nic cię nie dotknęło. To jest zaprzeczenie samo w sobie. Musisz mieć pokorę, a jednocześnie kochać siebie, żeby czasem uważać, że jesteś najlepszy, bo bez tego czasem nie przetrwasz. Psychologia…

Psychologii blisko do reżyserii.

Pewnie. Coraz bardziej lubię reżyserować. Ja generalnie lubię w tym zawodzie spotkania. I lubię brać odpowiedzialność za całość.

Ale myślisz, że przyjdzie kiedyś taki moment, że powiesz: ja zostaję już przy reżyserii?

Po każdej premierze, którą reżyserowałam, mówiłam, że teraz to najchętniej robiłabym już tylko to. Ale potem pojawia się taka rola jak teraz w Casa Valentina i bardzo chcę to zagrać. Rita…

Opowiesz o niej trochę?

Rzecz dzieje się w Stanach, w latach 50/60. Gram kobietę, która zakochała się lata temu w transwestycie, w jego męskiej stronie i jak sama mówi: porzuciła wyobrażenie o tym jak wyglądałoby jej życie, gdyby za niego nie wyszła. Pomogła mu stworzyć miejsce, pensjonat, w którym mężczyźni posiadający tę dwoistość, potrzebujący uzewnętrznienia swojej kobiecości mogą pobyć swobodnie, bezpiecznie jako kobiety. Ona jest ich przyjaciółką, towarzyszem. Ale to moment kryzysu tego małżeństwa, moment kryzysu finansowego pensjonatu… Chwila, kiedy coś się zmienia, coś kończy i już nigdy nie będzie takie samo. To historia kobiety, która z wielkiej miłości zdecydowała się poświęcić swoje życie dla mężczyzny. Nie tylko życie – także swoją reputację, wszystko. Przecież to jest – delikatnie mówiąc – dziwne: być żoną transwestyty! Odczuwam wielką przyjemność przy pracy nad tym przedstawieniem, bo wróciłam po latach do współpracy z Maciejem Kowalewskim, po Miss Hiv, po Bombie

We wrześniu debiutowałaś w krakowskim Teatrze STU. Jak trafiłaś do obsady Ślubów panieńskich?

Siedziałam w domu, z małym dzieckiem i zastanawiałam się jak moje życie potoczy się dalej. Pojechałam wtedy na wakacje na Warmię. Spotkałam tam moich kolegów z Teatru STU, pracujących nad przedstawieniem, w niezwykłych okolicznościach, nad jeziorem, otoczonych przyrodą, w absolutnie magicznym miejscu. Ja odpoczywałam z dziećmi, oni pracowali. Jedliśmy razem śniadania, obiady, kolacje… Wieczorami słyszałam jak przy ognisku śpiewali, tańczyli. Wspaniała atmosfera. Bardzo zapragnęłam takiej pracy, klimatu. Był wśrod nich Krzysztof Pluskota. Po powrocie po prostu zadzwoniłam do niego i powiedziałam: jestem wolna, chciałabym pracować z wami, a on na to: zagrasz w takim razie Dobrójską. I zagrałam. A za chwilę zaczynam tam próby do spektaklu Trucizna, pięknej dwuosobowej sztuki.

Zdarzyło Ci się już wcześniej dzwonić do reżysera z prośbą o rolę?

Właśnie nie, zrobiłam to pierwszy raz w życiu. A potem to już były same takie spełnienia marzeń, same radości. Poza tym atmosfera w Teatrze STU jest wspaniała, historia tego teatru jest niezwykła. Czuję się szczęśliwa, że mogę tam pracować.

Czy to prawda, że aktorzy inaczej pracują w Krakowie a inaczej w Warszawie?

Tak, coś w tym jest. W Krakowie pracują wolniej, uważniej, tak… Luźniej. Nie umiem tego nawet tak dokładnie określić. Pamiętam, że ktoś w teatrze mówił: o, Warszawa przyjechała. To nie było negatywne, ale chyba znaczyło, że wkradła się zachowawczość, poprawność… A tam wydaje się, że tego nie ma. A może to magia tego miejsca? Śluby panieńskie to była też niezwykła premiera dlatego, że było siedem debiutów. No i nagle przeszłam do starszej ligi. (śmiech) Nagle ja, Andrzej Deskur i Grzegorz Mielczarek byliśmy seniorami. Krzysztof Pluskota mówił czasem: teraz zapraszam na scenę starych. To był dla mnie szok, ta sytuacja uświadomiła mi, że jestem już dwadzieścia lat w zawodzie, młodzi pytali mnie o radę, o to, co zrobić, żeby nie czuć tremy. A warto dodać, że to są naprawdę wspaniali młodzi ludzie. Bałam się na początku co to będzie – siedem debiutów, wszystkie role dublowane, co tu się będzie działo przed premierą, jakie nerwy, histerie. A oni byli po prostu szczęśliwi, że wychodzą na scenę, że mogą grać. I ta radość udzieliła się i nam, starym. (śmiech)

A przyjemnie było zagrać po tylu latach wierszem?
No błagam cię! Cudownie. Ostatni raz grałam wierszem Fredrę na zajęciach u profesora Andrzeja Łapickiego w Akademii Teatralnej. Więc to był szok. I kiedy podchodzili do mnie ci młodzi aktorzy i pytali, jak to z tym wierszem jest, jak grać, to byłam przerażona. (śmiech) Wiersz to dyscyplina. Dialog z partnerem wierszem to jest nawet psychologicznie coś innego. W STU troche się śmiali, mówili: przyjechała Seweryn do Krakowa.

Pamiętam jak radziłam się Andrzeja Deskura jak mam wejść do pierwszej sceny, a Andrzej mówił: graj tak, że Seweryn przyjechała do Krakowa; Dobrójska wchodzi do salonu. To było zabawne.

I wygląda na to, że Seweryn w Krakowie zostanie na dłużej.

Cieszę się, że na Ślubach panieńskich nie kończy się moja współpraca z tym miejscem. W nowym sezonie mamy właśnie grać z Robertem Gonerą Truciznę w reżyserii Marka Gierszała. Nie mogę się doczekać tej pracy, bo takich sztuk nie robi się już wiele. Teatry boją się smutnych przedstawień, a Trucizna jest przejmująco smutna. I ja z się w tym smutku głęboko zanurzę. Nareszcie. Potrzebuję tego. To sztuka o byłym małżeństwie, które spotyka się po latach.

Będąc aktorką, która zagrała tyle różnorodnych ról, ma się jeszcze jakieś zawodowe marzenia?

Chciałabym grać w klasyce, ale przede wszystkim marzę o tym, żeby zagrać w antyku, bo jestem gotowa na to technicznie. Taką Fedrę na przykład… Już jestem w wieku dobrym do Fedry!

À propos klasyki, przypomina mi się pewna historia sprzed lat. Miałam 14, może 15 lat, mój ojciec przyjechał do Polski, albo ja pojechałam do niego do Francji i mówi mi tak: słuchaj, Peter Brook szukał Mirandy do Szekspira i zapytał o ciebie, bo mówisz w tylu językach, ale oczywiście  powiedziałem, że nie, nie. (śmiech) Będę to do końca życia pamiętać. Bo rozumiesz, do głowy mu nie przyszło, że mogłabym być aktorką. A zaledwie trzy lata później…

Zdjęcie autorstwa Krzysztofa Opalińskiego, dzięki uprzejmości Teatru Polonia.

Rozmawiały:
Iga Herłazińska i Justyna Kowalska

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany