Perfekcyjna wielowątkowość – „Trzy billboardy za Ebbing, Missouri”

Tegoroczny zdobywca Złotego Globu w kategorii dramat – Trzy billboardy za Ebbing, Missouri w reżyserii Martina McDonagha to film, który nie można, a wręcz trzeba zobaczyć. Jedno z nielicznych dzieł, w którym głos, w obecnie najważniejszych, a z pewnością pobudzających do licznych dyskusji sprawach – nie atakuje widza.

Na pierwszy rzut oka jest to historia matki, której córka została zgwałcona i brutalnie zamordowana. Mildred Hayes (w bezbłędnej roli Frances McDormand) to twarda, pewna siebie kobieta, pragnąca kary dla przestępcy. Z powodu braku postępów w śledztwie postanawia wykorzystać billboardy przy rzadko uczęszczanej drodze, aby umieścić na nich kontrowersyjne napisy. Pojawia się pytanie dlaczego, skoro tak niewiele osób pokonuje tę drogę? Odpowiedź skrywa się w miejscu, w którym dokonano zbrodni.

Na billboardach umieszcza nazwisko miejscowego szeryfa Billa Willoughby (Woody Harrelson), umierającego na raka trzustki. Nietrudno domyślić się, że w takich okolicznościach wsparcie otrzymuje szeryf, nie matka, której córkę zamordowano, a sprawca jest poszukiwany od kilku miesięcy. Jednak w przypadku Willoughbiego, to nie choroba, a śmierć odgrywa kluczową rolę w filmie. Sposób, jaki bohater wybiera do rozprawienia się z wewnętrznym zabójcą to ciekawy, lecz bez wątpienia sporny głos w sprawie eutanazji. To nie tylko odwaga, dzięki której pociągamy za spust, kiedy wiemy, że dni są policzone. To przede wszystkim wolność i dojrzałość wyboru. I nie chodzi tutaj o fakt, iż dojrzałością jest popełnienie samobójstwa, aby nie konać miesiącami w bólu i cierpieniu. To dojrzałość decyzji, przyjmująca jej wszelkie konsekwencje. A wolność? Wolność to prawo do samodzielnego dokonania wyboru.

W roku 2016 Oscara otrzymał Spotlight (2015, T.McCarthy), odważny film poruszający problem pedofilii w kościele. Od jego premiery minęły trzy lata , temat, niestety, pozostał wciąż żywy, a w kinematografii – zbyt rzadko poruszany.

Wie ksiądz, o czym dzisiaj myślałam? Myślałam o tych gangach w Los Angeles. […] Zastanawiałam się nad prawem, które powstało chyba w latach 80. […] jeśli zostaniesz członkiem któregoś z tych gangów, a przecznicę dalej, bez twojej wiedzy, jeden z tych Chipsów czy Bloodsów zastrzeli lub zadźga kogoś, to mogłeś nawet o tym nie wiedzieć […] ale w świetle tego nowego prawa i tak jesteś winny. Samo dołączenie do tych Chipsów czy Bloodsów cię obarcza. I tak sobie pomyślałam, że to przypomina trochę sytuację z kościołem, prawda? Macie swoje barwy i swój klub, więc jesteście takim jakby gangiem. Jeśli ty na górze palisz fajkę i czytasz Biblię, podczas gdy jeden z członków twojego gangu pakuje w dupę ministranta […] jesteś winny. Bo należysz do gangu. I gówno mnie obchodzi, że nic nie zrobiłeś, nie widziałeś, nie słyszałeś. […] A jeśli taka osoba jest winna gwałtu na ministrancie lub jakimś innym chłopcu […] to nie ma prawa przychodzić do mojego domu i pouczać mnie na temat mojego życia, mojej córki lub moich billboardów – McDonagh zabiera bardzo ważny głos w sprawie pedofilii, ale także – ogólnej sytuacji w kościele.

Wspomina także o nieustającym rasizmie i homofobii, choć w tym wypadku najwyraźniej na tle braku akceptacji własnej osoby i orientacji. W kwestii Afroamerykanów w kinematografii powiedziano już wiele, ale – chociaż wydaje się, że wraz z postępem cywilizacji problem został zażegnany – reżyser macha do widza wołając: Hej! Przyzwalanie na takie zachowania również czyni cię winnym. Skłania do refleksji, jak łatwo zapominamy o bardzo ważnych sprawach, przyćmiewani pozorami akceptacji, tolerancji czy też ogólnoludzkiego rozwoju. Nie reagujemy, gdy ktoś z naszego otoczenia jest rasistą, ale z dumą przyznajemy, że sami z tym problemu nie mamy. Niestety, kiedy obojętnie przechodzimy obok takich zachowań, stajemy się współwinni i nie mamy prawa do tego, aby oświadczać, że to nas nie dotyczy.

Trzy billboardy… jest również przepiękna historią o wybaczaniu, godzeniu się z losem. O tym, że bardzo często wystarczy jeden gest, słowo, aby pomóc drugiemu człowiekowi. Wraz z Mildred przeżywamy śmierć jej córki, budujemy w sobie nadzieję, że sprawca zostanie schwytany, a na koniec uświadamiamy sobie, że kilka gestów – opłata kolejnego miesiąca billboardów przez kogoś, kogo posądzilibyśmy o ten czyn jako ostatniego (ogromne gratulacje dla reżysera za to, jak umiejętnie, fałszywie upewnia widza w tym, kto jest za to odpowiedzialny), uratowanie akt sprawy, prywatne śledztwo czy też ponowne zamieszczenie napisów – bardzo delikatnie pomagają przejść przez wielki smutek, a wszystko za sprawą tego, że Hayes przez chwilę miała więcej niż przez kilka miesięcy.

To niesamowity film, który w niecałe dwie godziny porusza tak wiele ważnych tematów, a mimo to, sprawia wrażenie, że każdy z nich został wyczerpany, że zostało powiedziane tyle, ile powinno.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany