Lubimy piosenki, które już znamy

Jakiś czas temu po raz kolejny kartkowałam Więcej niż możesz zjeść: felietony parakulinarne Doroty Masłowskiej z 2015 roku. Zajrzałam tam przez przypadek, między wycieraniem kurzu a pokrywaniem półek mazią nabłyszczającą do drewna. Chwyciłam i przepadłam. Nie wszystko pamiętałam, a więc przyjemność była niezmącona żadnym wielkim, znaczącym spoilerem. Zatrzymywałam się kilkukrotnie, ale to przypadkowe zdanie w jednym z felietonów sprawiło, że rozsznurował się wór z pewną kategorią myśli. Stare piosenki, te co wszyscy je znają – pomyślałam w myślach i oto narodził się temat. Wszyscy pamiętamy – a przynajmniej takie mam marzenie – cytat z filmu Rejs, w którym to padają z ust inżyniera Mamonia kultowe słowa: Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. To przez reminiscencje. Jakże może mi się podobać piosenka, którą słyszę pierwszy raz?

Jak to z nami jest? Dlaczego właściwie odczuwamy nieposkromioną radość ze słuchania tego co już znamy, a do nowinek podchodzimy niepewnie, z dozą dystansu i – nie oszukujemy się – lekką pogardą?

Sama łapię się na tym, że pierwsze zetknięcie z nowym materiałem artysty, którego wielbię, szanuję, a nawet kocham zdaje się być rozczarowujące, nieco oziębłe dla ucha i niezrozumiałe dla duszy. Włączam piosenkę, nie pozbywam się myśli (nawet na moment), że to MÓJ ARTYSTA, a jednak coś mi nie gra. Coś gryzie, mierzi, jakoś nie pasuje. Pierwszym odsłuchaniom towarzyszy uczucie na kształt puzzla, który delikatnie nie pasuje do całej układanki. Niby ładne, niby melodia się zgadza, niby słowa całkiem wporzo, niby wszystko, jak to mówię – siedzi, a jakoś, w efekcie końcowym, nie siedzi nic. Puzzel jest zbyt mały i nie wypełnia mojego oczekiwania.

Nie zrażam się jednak i daję kolejną szansę utworowi. Eureka! Nagle, zupełnie niespodziewanie okazuje się, że utwór zyskał przy bliższym poznaniu. Mózg zaczyna się radować, bo utwór błyszczy w świadomości pod szyldem znajomy, a ja, nawet nie wiedząc kiedy, zaczynam wybijać nóżką rytm. Płynę. Zaczynam wydobywać z siebie słowa, znam je, a to cieszy nieprawdopodobnie. Słucham. Poznajemy się z piosenką coraz bardziej, stajemy się sobie bliżsi i bliżsi. Obcujemy razem niespełna 5 minut (drugi raz). Wystarczy. Czasem tylko tyle potrzeba, abyśmy poczuli więź na długi czas. Na przyszłość.

Przejdźmy płynnie do piosenek tzw. polskich klasyków. Tych, które wszyscy znamy, nienawidzimy i kochamy zarazem. Boimy się, że W kinie, W Lublinie, Dziś prawdziwych cyganów już nie ma czy Prawy do lewego wyskoczy nam z lodówki lub innego kąta, a z drugiej strony na takie nieoczekiwane spotkania czekamy najbardziej. Któż lepiej niż Beata Kozidrak z Bajmem, Budka Suflera, Maryla Rodowicz, Krzysztof Krawczyk czy zespół Wilki podleje ziarno uciechy? No nikt. Żadna amerykańska gwiazda, żadna europejska kiczowata piosenkarka, a nawet żaden ciemnoskóry raper nie jest w stanie poderwać na parkiet tłumu trzeźwych i pijanych ludzi. Człowiek przy stoliku chętnie słucha propozycji ze Stanów, czy z Anglii, ale nieruchomo tkwi przytwierdzony do stołka, a rodzimi królowie sceny wyciągają do tańca i wspólnego hasania w trymiga. Bez względu na wiek, miejsce urodzenia (czy wioska czy centrum kraju), ilość cyfr w budżecie i światopogląd – śpiewamy razem. I już tworzy się wspólnota. I już wspólnie tańczymy Czerwone korale, czerwone niczym wino, a za moment razem, pod pachę, kołyszemy się i zrywamy gardło na Przeżyj to sam, nie zamieniaj serca w twardy głaz. Te piosenki łączą ludzi, a przecież o tkanie takich relacji w życiu chodzi. Muzyka łączy obyczaje, a o jej poziomie nie ma co rozmyślać. Ważna jest radość.

Ludzie, nie wstydźmy się, że lubimy piosenki, które uważane są za kiczowate, głupie, komercyjne. Jeśli Wszyscy święci balują w niebie albo Koń na biegucnach, sprawiają nam przyjemność, a serce znajduje się w entuzjastycznym dygocie – włączajmy na full.

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany