Człowiek, którego podziwiam: Antonina Choroszy

Na napisanie poniższego tekstu złożyło się wiele czynników. Zapragnęłam spróbować swych sił, mimo iż czasu, a co ważniejsze, talentu pisarskiego mi niezmiennie brak. Nie będzie to łatwe, gdyż zazwyczaj wiele myśli kotłuje mi się w głowie, przez co rodzi się chaos i zapominam napomknąć o tym i owym. Sporą chwilę też zajęło mi podjęcie decyzji o kim pragnę napisać, gdyż osób, które podziwiam jest kilka i mogłabym pisać o nich nieustannie. Dlatego długo nie mogłam się zdecydować czy ma być to Grażyna Szapołowska, Ewa Skibińska czy – ostatniecznie bohaterka tego tekstu – Antonina Choroszy. Odkąd pamiętam, podczas lektury książki, seansu filmowego czy spektaklu teatralnego moją uwagę zawsze przykuwała płeć żeńska. Być może dlatego, iż kobieta, w świecie teatralnym zwłaszcza, nie miała prawa do głosu, do wyrażenia tego, co czuje.

Wszystko zaczęło się w roku 2015, gdy miałam okazję uczestniczyć w spektaklu Teatru Nowego w Poznaniu pt.: Wiśniowy sad. Było to przy okazji jednej z licealnych wycieczek, podczas której grupką osób wybraliśmy się zaintrygowani tym, jak Cywińska przedstawi nam naszego ulubionego Czechowa. To właśnie w tym spektaklu występowała Antonina Choroszy. Od samego momentu pojawienia się na scenie od razu wybijała się pierwszy plan. I to nie tylko za sprawą przepięknej, białej, koronkowej sukienki, dzięki której była najjaśniejszym punktem mglistej, szarej scenografii. Tym, co zachwyciło mnie najbardziej była barwa głosu, a także fenomenalna dykcja, dzięki której nawet w najdalszych rzędach widowni każde słowo było słyszalne i zrozumiałe. Choroszy grała rolę głównej bohaterki – Raniewskiej. Nie, ona tego nie grała. Ona BYŁA Raniewską. Widać to było w każdym geście, spojrzeniu i słychać to było w każdym wypowiedzianym słowie, każdym westchnięciu, szepcie i niedopowiedzeniu. Do dziś pamiętam dreszcze, które przebiegły po moich plecach, gdy w jednej z pierwszych scen weszła do swego dawnego, dziecinnego pokoju i przesunęła przeszklonym wzrokiem po nieistniejących ścianach. Nonszalancja, z jaką płynęła po scenie, rozwijając skrzydła swojej sukienki i peleryny oraz aura, jaką rozpościerała na scenie do tej pory powracają czasem do mnie we wspomnieniach.

W trakcie całego spektaklu miałam wrażenie, że jest on zbudowany specjalnie dla niej, ponieważ to ona cały czas dominowała na scenie. Jakież było moje zdziwienie, gdy po spektaklu przypomniałam sobie, że to jest ta sama osoba, która grała doktor Kasię w popularnym serialu Na dobre i na złe. Były to dla mnie zupełnie dwa odmienne typy osobowości i zdziwiona byłam, jak niebotyczna była ta różnica pomiędzy jedną a drugą postacią.

Jeszcze większe zdumienie przeżyłam dwa lata później, gdy przeprowadziłam się na stałe do Poznania i ponownie odwiedziłam Teatr Nowy. Tym razem padło na spektakl VERSUS w reżyserii Jędrzeja Piaskowskiego. Choroszy tutaj to już nie roztargniona, rozrzutna, żyjąca w swoim świecie Raniewska. Tutaj jest poranioną, doświadczoną przez życie kobietą, która przed otoczeniem chowa się za dużymi przeciwsłonecznymi okularami. Nie mówi wysublimowanymi frazesami, jak Raniewska, w wypadku której ma się wrażenie, że z jej ust wychodzą pąki róż niemalże za każdym razem, gdy się wypowiada. Nuria – bo tak na imię ma bohaterka grana przez Choroszy w Versusie – rzuca przekleństwami (choć nawet soczyste kurwa wypowiedziane przez aktorkę brzmi jak piękne i wykwintne słowo) jak ostrymi sztyletami. Rola ta jest jedną z najmocniejszych i najbardziej uderzających ról, jakie miałam okazję doświadczyć w moich dotychczasowych eksploracjach aktorskich. Nuria nieustannie stara się zaprowadzić ład w swojej rodzinie, czego symbolem jest repetytywnie podnoszone przez nią krzesło przy rodzinnym stole, które i tak jej mąż, głowa rodziny, za chwilę przewróci w kąt. Aż wreszcie dochodzi do kulminacyjnego momentu i Choroszy, siedząca na środku sceny, wygłasza swój pełen bólu i rozpaczy monolog, podczas którego ja, jako widz nie byłam w stanie złapać oddechu. Aktorka tak zbudowała rolę, że w momencie, gdy krzyczy, a nawet i ryczy w kierunku publiczności, ja sama przez chwilę miałam wrażenie, że to właśnie ja zrobiłam krzywdę Nurii i że to przeze mnie odczuwa ból.

Cały ten spektakl jest w pewien sposób ofiarą i sposobem odkupienia popełnionych win. Rola Choroszy sprawiła, że zapadłam się gdzieś wewnętrznie, a po spektaklu potrzebowałam dłuższej chwili na to, by wyjść spod głazu, który został na mnie zrzucony. Do dziś pamiętam moment, gdy wraz z moją przyjaciółką wyszłyśmy w milczeniu z teatru i przez dłuższą chwilę żadna z nas nie była w stanie wydobyć z siebie słowa.

Nie chcę w tym momencie porównywać innych ról w spektaklach, na których miałam okazję być, bo mogłabym pisać same pochwalne zdania. Pragnę tylko napomknąć fakt, na który zwróciły też uwagę bliskie mi osoby, z którymi miałam okazję być na tym czy innym spektaklu. Choroszy ma w sobie coś takiego, takiego rodzaju charyzmę, że na scenie może być dwanaście osób, a wzrok i tak ucieka w jej kierunku i czeka tylko, aż postać przemówi jej głosem. W sposobie jej gry, w jej oczach jest prawda. Nie skłamię, jeśli powiem, że jest jedną z niewielu osób oraz powodów, dla których pokochałam teatr. A teatr, który przekazuje Choroszy to przede wszystkim istota człowieka. Od razu po zakończeniu pierwszego spektaklu z jej udziałem, pomyślałam sobie: Mam nową ulubioną aktorkę. I od tamtej pory za wiele się nie zmieniło. Na sam myśl o Choroszy i o kolejnym spektaklu robi mi się cieplej na sercu. Bo pragnę też wspomnieć, że aktorka poza sceną jest przesympatyczną osobą i czuć bijące od niej dobro.

Żałuję tylko tego, że ze względu na mój wiek oraz na inne miejsce urodzenia tak wiele wspaniałych sztuk mnie ominęło. Aktorstwo to nie jest wcale prosty i lekki zawód, jak czasem może się wydawać. Aktor co wieczór wypożycza swe ciało dla duszy, która chce przez to ciało coś przekazać. Cały proces stworzenia postaci, nadanie jej określonych fantazmatów, które właśnie aktor pragnie nadać postaci i jakie wibracje chce w postać wpoić by wyszło jak najrzetelniej i jak najszczerzej nie jest czynnością, która przychodzi ot tak. Swój wywód pragnę podsumować tym, iż zazwyczaj osoby w moim wieku chętniej lgną i zwracają uwagę na młodszą obsadę aktorską, tę zbliżoną do ich skali wiekowej, ja od dłuższego czasu patrzę na tę przysłowiową najwyższą półkę. To z niej spadają najpiękniejsze i najwspanialsze skarby.

Dominika Kanderska

Fot. Jakub Wittchen/strona Teatru Nowego w Poznaniu

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany