Dwa światy Seana Bakera – „The Florida Project”

Słodycz. To ona na pierwszy rzut oka opanowała The Florida Project. W soczystych barwach filmu, w gofrach z podwójną porcją syropu, w lodach jedzonych na pół z przyjaciółmi, w uśmiechach dzieci, które bez oporów korzystają z uroków dzieciństwa. W kolorze hotelu Magiczny zamek. Wbrew pozorom – nie jest ona jednak esencją najnowszego filmu Seana Bakera, za którego nominację (o ile nie statuetkę) Oscara ma w kieszeni.

Moonee ma sześć lat, wakacje i pozornie idealne życie u boku swoich przyjaciół – Scootiego, Dickiego i Jancey oraz młodej matki, Halley. Każdego dnia spożywa gofry z syropem, pizzę, lody lub to, co akurat serwują w hotelowym bufecie w ramach szwedzkiego stołu. Biega po mieście Disney Worldu, kąpie się w basenie należącym do fioletowego motelu, w którym mieszka z mamą. Wieczorami spędza czas przed telewizorem oglądając niemal wszystko (poza wiadomościami, które są nudne).

Halley jest młodą mamą. Mieszka w motelu i każdego dnia usiłuje zarobić na kolejny czynsz. Kiedy nie dostaje pracy w restauracji, gdzie pracuje jej przyjaciółka Gloria, nie poddaje się, sprzedaje podróbki perfum wraz ze swoją córką na terenie luksusowego hotelu. Jednak i to okazuje się tylko chwilowym zajęciem. Z braku innych rozwiązań Halley zamieszcza swoje zdjęcie w sieci wraz z ogłoszeniem dotyczącym świadczenia usług seksualnych.

Baker doskonale odzwierciedlił świat beztroskiego dzieciństwa, w którym bez względu na to czy oplujesz cudzy samochód, czy włożysz zapaloną poduszkę do kominka w opuszczonym domu – nie poniesiesz konsekwencji. Jeszcze lepiej ukazał zagubioną, młodą dziewczynę, która zbyt wcześnie została matką, nie otrzymując od nikogo wsparcia. Rozdartą między obowiązkiem zarobienia na motelowy pokój a nocnymi eskapadami na imprezy wraz z przyjaciółką Glorią. Nieustannie z podniesioną głową, wyprostowanymi plecami, na przekór wszystkim i wszystkiemu. Wszystko w świetle sztucznej, przerysowanej, konsumpcyjnej Ameryki – świata, w którym tuż za bramą Disney Worldu żyją ludzie zepchnięci na margines społeczeństwa i choć pozornie diametralnie różnią się od tych, którzy spacerują w otoczeniu bajkowych budynków i postaci, to w rzeczywistości oddziela ich jedynie status majątkowy. Doskonale obrazuje to scena, w której były klient Halley przychodzi awanturując się, że okradła go z czterech biletów zakupionych za 1,700$ podczas, gdy korzystał z jej usług. Nietrudno się domyślić, iż bilety były przeznaczone dla żony i dzieci. Z tą różnicą, że Halley je ukradła by opłacić kolejny czynsz, zaś mężczyzna je kupił by nie zaburzyć iluzji, w jakiej żyją ,,normalni” Amerykanie.

Uwagę przykuwa kierownik hotelu – Bobby (Willem Dafoe) – nieustannie ratujący swoich podopiecznych z opresji, a dzieciom – zastępujący rodziców, którzy całe dnie spędzają w pracy lub hotelowych łóżkach. Chociaż Moonee ze swoimi przyjaciółmi nieustannie przysparza mu kłopotów, to wydaje się, że on, jako jedyny, stara się dziewczynkę wychowywać (np. poprzez próby wprowadzenia dyscypliny), a przede wszystkim – chronić przed złem, które czai się za każdym rogiem. Zresztą nie tylko ją, bo wszystkie dzieci, które zamieszkują hotel – kiedy na terenie Magicznego zamku pojawia się pedofil wśród bawiących się dzieci, tylko Bobby go dostrzega, a przecież nie jedyny krąży po terenie obiektu.

Nie można przemilczeć aktorskiego debiutu Brooklyn Prince – teatralność z jaką czerpała przykład z chodu swojej mamy czy też naśladowania dorosłych (np. w mowie), scena płaczu, która dosłownie wgniata w fotel, to tylko kilka z cech doskonale stworzonej postaci przez siedmioletnią dziewczynkę. Istotne by wspomnieć, że została uhonorowana nagrodą Critics Choice Awards dla najlepszej aktorki młodego pokolenia. Również nie bez echa pozostaje Bria Vinaite świetnie odgrywająca rolę Halley – zagubionej młodej kobiety, poszukującej pieniędzy, szczęścia, otumanionej przez społeczeństwo, dla którego pożar jest znakomitym widowiskiem, na tle którego zabawnie zrobić zdjęcie dziecku by wysłać przyjaciółce MMS-a ze swojego iPhone’a.

The Florida Project to obraz kolorowej Ameryki, gdzie obcokrajowcy pragną spędzać miodowe miesiące i powracać z rodzinami do krainy dzieciństwa stworzonej przez Walta Disneya. Świat ludzi, którzy żyją z dnia na dzień – sprzedają podróbki perfum by opłacić czynsz, wydają wszystko na baśniowe gadżety, nie zastanawiając się czy następnego dnia będzie za co kupić jedzenie. To także kraina, w której wszyscy chcą patrzeć na życie przez różowe okulary miasteczka Disneya, nie wychylając poza nie nosa, aby nie dostrzec tego, co tuż za rogiem, co nie pasuje do amerykańskiej sielanki. Otoczka, jaką rodzice roztaczają nad swymi pociechami, aby chronić je przed złem prawdziwego świata, podobnie jak w Jutro będziemy szczęśliwi (choć oczywiste jest, że francuska produkcja nawet w najmniejszym stopniu nie dorasta do pięt produkcji Seana Bakera). Rodzi się pytanie czy złudzenie, jakie ukazał reżyser The Florida Project odnosi się jedynie do Ameryki?

Ten film to dwa światy. Mydlana bańka, w której do pewnego czasu żyje Moonee. Nieustanna walka o przetrwanie, w której żyje Halley. Jedni żyją poza konstrukcją Disneya, zaś drudzy – w samym jej środku, nie rozglądając się na boki. To przede wszystkim oszałamiający obraz nie tylko Ameryki, ale całego świata, w którym nieustannie zamykamy oczy na to, co złe, przerażające, przygnębiające na rzecz tego, co daje nam pozory szczęścia i udanego życia, jak bilety do Disney Worldu kupione za 1,700$. Kiedy je posiadamy, żyjemy w bajce, a gdy tracimy – burzy się cały świat i to nas denerwuje, bo przecież nie tak miało być, skoro zapłaciliśmy za szczęście.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany