Działo się w łódzkiej Wytwórni!

Wytwórnia to łódzki klub muzyczny, który stanowi jedno z najlepszych tego typu miejsc w naszym kraju. Perfekcyjna akustyka, cztery przestrzenne sale i sprawna organizacja przyczyniają się do niczym niezakłócanego i satysfakcjonującego odbioru muzyki na żywo. Okres od października do połowy grudnia jest zawsze czasem intensywnego koncertowania polskich formacji rockowych i alternatywnych, a Wytwórnia niezmiennie już gości tychże najlepszych wykonawców naszej rodzimej sceny muzycznej. Zaliczają się do nich zarówno starzy wyjadacze, obiecujący, młodzi wykonawcy, ale również zespoły ze stażem, ale funkcjonujące w określonej niszy.

Do tych ostatnich można zaliczyć nowo powstały projekt Me And That Man, którego ojcami założycielami zostali Adam Nergal Darski, kontrowersyjny muzyk znany z metalowego zespołu Behemoth, a także John Porter, którego śmiało można określić już weteranem polskiej piosenki. Z tego intrygującego połączenia narodziła się zachwycająca płyta Songs of Love And Death, którą to panowie w całości zagrali w właśnie Wytwórni. Otworzyli koncert rewelacyjnym singlem My Church Is Black, dalej wybrzmiały chociażby Magdalene czy Cross My Heart And Hope To Die, a także mój ulubiony, niezwykle nastrojowy i poruszający Ain’t Much Loving. Nergal znakomicie sprawdzał się w roli frontmana. Opowiadał anegdotki, wchodził w tłum z gitarą, rzucał się na falę, ale przede wszystkim pokazał się jako bardzo dobry wokalista, który potrafi śpiewać, a nie tylko wydawać bliżej nieokreślone dźwięki, jak to czyni w przypadku Behemotha. Porter błyszczał nie mniej, chociaż nie uciekał się do tak widowiskowych chwytów, a po prostu rzetelnie wykonywał swoją pracę. Mimo niewybrednych żarcików Darskiego dotyczących wieku kolegi z zespołu, jakoby miał wyglądać, jakby miał zaraz umrzeć, to John z niebywałą swobodą wyprawiał cuda na swojej gitarze. Na koniec kapela zagrała cover uwielbianego przeze mnie numeru Psycho Killer Talking Heads, by w końcu obwieścić, że dzięki gorącej i licznej publiczności był to ich najlepszy występ na trasie.

Mając na uwadze liczną publiczność, nie sposób nie wspomnieć o wyprzedanym do ostatniego biletu koncercie Organka. Kariera chłopaka z grzywką, gitarą i zespołem, nawiązującego w swojej twórczości do najbardziej chlubnych korzeni bluesa, wystrzeliła jak petarda, głównie dzięki projektowi Męskie Granie. Chłopak z Raczek wypełnia największe sale koncertowe, doprowadzając zgromadzoną w nich publiczność do ekscytacji swoimi największymi hitami zarówno z pierwszej płyty (Głupi ja, Kate Moss, O, matko!), ale też drugiego krążka z Mississippi w ogniu i Czarną Madonną na czele.

Niezmiennie trzypokoleniowe tłumy na swój koncert ściągnął Kult, prawdziwi rutyniarze, którzy już po raz kolejny jesienią wyruszyli w Pomarańczową trasę. Kazik Staszewski i spółka są rekordzistami, jeśli chodzi o długość setlisty. W Łodzi zagrali łącznie 37 kawałków, co dało prawie trzy godziny muzycznej uczty! Nic w tym dziwnego, wszak dorobek grupy jest przebogaty, ale należy pozazdrościć muzykom siły i witalności, by w przecież nie nastoletnim już wieku dawać takie popisy. Chociaż lata grania dają o sobie znać, a Kazikowe problemy ze słuchem przyczyniły się do małego spięcia z perkusistą przy kawałku Amnezja. Mimo tego wszyscy doskonale się bawili przy takich utworach, jak chociażby Maria ma syna, Krew jak śnieg, Niejeden, Królowa życia, Wódka czy Po co wolność.

Pochodząca z Łodzi Coma również przyciągnęła na swój występ niemałą grupę fanów. Niektórzy z nich to pewnie wierni słuchacze, którzy towarzyszyli bandowi od początku jego kariery i pamiętają jeszcze występy w dawnej Dekompresji. Był to jeden z koncertów promujących najnowsze i dość niespodziewane wydawnictwo grupy Metal Ballads vol. 1. Zaledwie rok po wydaniu eksperymentalnej i mocno nieoczywistej płyty 2005 YU55, Rogucki i ekipa wrócili z materiałem składającym się z klasycznych, rockowych przebojów. Porzucili rozbudowane muzycznie formy i liryczne teksty na rzecz piosenek z refrenem, typowo koncertowych hitów, które świetnie sprawdzą się do skakania i chóralnego śpiewania wraz z publicznością – i taki też był ten występ. Muzycy wykonali wszystkie utwory z najnowszego krążka, dzieląc je na swoiste bloki – dwa, trzy numery oddzielali tymi z przedostatniego albumu i starymi kawałkami, których dawno już nie prezentowali na żywo, dzięki czemu usłyszeliśmy chociażby będące moim faworytem Trujące rośliny. Łodzianie nie zapomnieli też o swoich najbardziej znanych piosenkach, otwierając show Leszkiem Żukowskim, by na bis zagrać Los Cebula i Krokodyle Łzy oraz Sto tysięcy jednakowych miast, podczas którego wszyscy tradycyjnie usiedli na ziemi w czasie pierwszej części kawałka, oddając tym samym swoje uznanie dla ukochanego zespołu.

Chyba najbardziej niezwykły był koncert zespołu happysad. Formacja ze Skarżyska-Kamiennej wiosną tego roku wydała album Ciało Obce, będący efektem poszukiwań i muzycznego dojrzewania członków kapeli. Pokłosiem tego całego procesu była niezwykła setlista prezentowana podczas jesiennej trasy koncertowej – bardzo stonowana, wyciszająca, nieco nawet mroczna. Kuba Kawalec i spółka grali podczas niej wszystkie najnowsze utwory przeplatane pojedynczymi wstawkami z płyt Ciepło/Zimno (Bez znieczulenia, Na ślinę, Do krwi) i Jakby nie było jutra (Smutni ludzie, Lista życzeń, Powódź dekady), czyli krążków, na których rozpoczęła i kontynuowała się ewolucja ich brzmienia, a także około pięciu numerów z flagowymi Milowym lasem, Damy radę i Długą Drogą w Dół, reprezentujących longplay Nieprzygoda, równie spokojny i pesymistyczny nawet w swym wydźwięku, bowiem w tym roku minęło 10 lat od jego wydania. Muzycy całkowicie zrezygnowali z wykonania swoich starszych utworów, bardziej żywiołowych i uwielbianych przez fanów – zabrakło chociażby Zanim pójdę, Łydki czy W piwnicy u dziadka. Trzeba przyznać, że nie spotkało się to z aprobatą wyżej wymienionych słuchaczy, postrzegających happysad jako band idealny do wesołej zabawy, a ich twórczość jako soundtrack swojej młodości. Wychodząc z Wytwórni, słyszałam rozmowę dwóch dziewczyn, przy czym jedna na pytanie, jak jej się podobało, odparła, że to nie jej klimat i nie znała żadnej piosenki. To smutne, że ludzie określający się mianem miłośników muzyki danej grupy nie rozumieją, że nie może ona stać w miejscu. Wchodzący w jej skład faceci zmieniają się nie tylko jako muzycy, ale przede wszystkim jako ludzie, co musi mieć odzwierciedlenie w ich twórczości. Ja chciałam kapeli podziękować za tamten piękny i naprawdę wyjątkowy wieczór pełen wzruszeń, emocji i uniesień, a zamykające całość i zagraną na drugi bis Heroinę, improwizowane solo Michała Bąka na saksofonie przyprawiło mnie o ciarki i ten szczególny rodzaj osłupienia, wrażenia, że czas się zatrzymał, jakiego dawno na żadnym występie na żywo nie doświadczyłam.

Zdjęcia pochodzą z Galerii ze strony Wytwornia.pl, wykonane zostały przez Mikołaja Zacharowa.
Karolina Kozłowska

Muzyka daje jej wolność, a ulubione kawałki są jak najlepsi przyjaciele. Będąc na koncercie czuje, że znajduje się we właściwym miejscu i czasie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany