Obiektywnie o teatrze – majstersztyki, zaskoczenia, rozczarowania

Robiąc porządki w dokumentach i wracając nostalgicznie do 2015 roku, który był moim teatralnym przełomem, liczyłam zebrane w tamtym okresie bilety na spektakle. W małym pudełeczku z banalnym napisem Walcz o swoje marzenia! znalazłam ich pięćdziesiąt cztery. Z Warszawy, Łodzi, Krakowa, Wrocławia, Pragi, a nawet Londynu. Wiele z nich musiałam gdzieś zgubić albo przypadkowo wyrzucić, bo nie doszukałam się pamiątek z niektórych wydarzeń, które doskonale pamiętam, jak chociażby pierwsza Biała bluzka.

Ile teatralnych wizyt odbyłam w tym 2017 roku? Pudełko z zeszłorocznymi biletami tkwi gdzieś zakopane w nierozpakowanym ciągle większym pudle na Saskiej Kępie. Sięgnęłam więc do podręcznego kalendarza, zajrzałam w notatki i do pamiętnika – według obliczeń było tych spektakli około osiemdziesięciu pięciu. Tyle wzruszeń, śmiechu, podsłuchanych w foyer rozmów i odbytych w bufetach rozmów… Tyle artystów i ich wizji, tyle zaskoczeń i rozczarowań. Otworzyłam zeszyt by podsumować ten teatralny czas i tym – subiektywnym i być może momentami chaotycznym – podsumowaniem dzielę się z Wami, życząc Wam przy okazji, żebyśmy w 2018 roku spotkali się nie raz i nie dwa gdzieś na widowni któregoś z polskich – a może zagranicznych? – teatrów.

 

Teatralny majstersztyk: Król Lear, reż. Jacques Lassale, Teatr Polski w Warszawie

Obiecałam sobie zobaczyć w 2017 roku wszystkie spektakle Teatru Polskiego, w których gra Andrzej Seweryn. Na tej liście nie mogło zabraknąć Króla Leara – szekspirowskiej klasyki, w której Seweryn wciela się w tytułową rolę potężnego władcy, zrzekającego się korony i popadającego w szaleństwo. Spektakl w reżyserii zmarłego kilka dni temu Jacquesa Lassalle’a robi wrażenie na każdej płaszczyźnie. Jest tam i genialne aktorstwo, i piękne kostiumy, i coś najistotniejszego w teatrze – prawdziwe emocje. Dzięki temu trwająca prawie 4 godziny sztuka nie nuży, a brawa na jej zakończenie nie mają końca.

Sztuki Szekspira zobaczyć można prawie w każdym teatrze. Niestety wielu twórców zapomina, że klasyka wymaga ogromnej wiedzy i – przede wszystkim – wrażliwości. Poprawne wyreżyserowanie genialnych tekstów angielskiego dramaturga to już nielada wyzwanie, a co dopiero – stworzenie prawdziwego majstersztyku teatralnego. Lassallowi z pomocą zespołu Teatru Polskiego w Warszawie udało się osiągnąć sukces. Trzeba tu podkreślić, że aktorom naprawdę należą się ogromne brawa. Król Lear to spektakl wyczerpujący i wymagający nieustannego skupienia – tymczasem nawet przez moment nie odniosłam wrażenia tzw. spadku formy. Ten sam poziom zainteresowania utrzymywał się we mnie zarówno na początku przedstawiania, jak również w ostatnich jego minutach. Andrzej Seweryn stworzył rolę na miarę swojego talentu. Jego Lear był cyniczny i bezkompromisowy, ale także wzruszająco bezbronny i ogarnięty szaleństwem. Było to szaleństwo zwyczajne, ludzkie, wynikające z braku wartości, z nieumiejętności kochania i pozwolenia sobie na bycie kochanym i być może właśnie dlatego aż tak wzruszające. Jak gdyby uzupełnieniem Leara był Błazen, w którego wcielił się Paweł Krucz. Jego słowa to słodko-gorzkie puenty, które na długo zapadały w pamięć i były idealnym odzwierciedleniem zarówno tego, co działo się na scenie, jak i tego, co zaobserwować możemy w prawdziwym życiu. Tych, którym nie po drodze z klasyką chciałabym tylko powiedzieć, że nie mają się czego obawiać. Szekspir napisał sztukę, która ciekawi i pomimo upływu lat pozostaje aktualna, a praca artystów zaowocowała spektaklem, który trzyma w niepewności co najmniej jak dobry film sensacyjny.

 

Największe teatralne zaskoczenie: Uroczystość, reż. Grzegorz Jarzyna, TR Warszawa

Z reką na sercu – nie spodziewałam się po tym spektaklu zbyt wiele. Po pierwsze dlatego, że zdążyłam usłyszeć na jego temat dużo negatywnych opinii, po drugie – że niewiele jest spektakli, które w TR Warszawa rzeczywiście mnie zachwyciły. Do obejrzenia zachęciła mnie genialna obsada i tematyka. Szukałam spektaklu, który może mnie czymś zadziwić, dostarczyć mi niecodziennych emocji i zmusić do dłuższej refleksji. Zaryzykowałam i był to jeden z lepszych teatralnych wyborów w 2017 roku.

Od premiery Uroczystości minęło 16 lat. O spektaklu zostało więc już napisane właściwie wszystko. Co więcej można dodać w 2017 roku? Wyreżyserowana przez Jarzynę sztuka porusza trudny temat molestowania seksualnego w rodzinie i związanej z tym znieczulicy społecznej. Teraz – w obliczu zmian, jakie zachodzą na świecie, w momencie, w którym tak wiele mówi się o kobietach i ich prawach, w czasie, który zmusza do głębszych refleksji i skupienia – to temat szczególnie interesujący, a jednocześnie – pomimo tych wszystkich zmian i upływu czasu – nieustannie szokujący. W świecie przedstawionych bohaterów wszysko wydaje się poprawne. Normalny dom, tytułowa uroczytość, jaką są urodziny ojca, głowy rodziny. Beztroskie rozmowy o winie, dzieciach, ubraniach, kolacji… A jednak wszystko podszyte jest niepokojem i tajemniczością. Piękna rola Andrzeja Chyry, który wcielając się w Christiana – molestowanego w dzieciństwie przez ojca mężczyznę, który nie potrafi pogodzić się ze swoją przeszłością – wydobył z siebie pokłady rozczulającej wrażliwości i wspólnie z Magdaleną Cielecką – grającą Pię, nieco dziwaczną, dziecinną służącą – stworzył duet, którego historia ciekawi i wzrusza widza. Jan Peszek urzekający aktorskimi umiejętnościami – oschły i zdystansowany w roli Helge, krzywdzącego ojca, który nie przyznaje się do zarzucanych mu win i partnerująca mu Ewa Dałkowska – dostosowana do patrialchalnego modelu rodzinu, całkowicie oddana mężowi, ślepo w nim zakochana. Do tego scenografia – skromna, a jednocześnie idealnie ilustrująca rodzinną uroczystość, suto zastawiony ogromny stół, przy którym zasiadają wszystkie pokolenia. Spektakl nie jest przekrzyczany ani wulgarny, wręcz zmusza widza do sięgnięcia do własnej wrażliwości, przejrzenia się w swoich własnych emocjach i samodzielnego zadecydowania, po której stronie chce się opowiedzieć.

 

Największe teatralne rozczarowanie: Pomoc domowa, reż. Krystyna Janda, Och-Teatr

Niecałe dwa lata temu obejrzałam Pomoc domową w Teatrze Powszechnym w Łodzi. To nie był dobry spektakl, choć niektóre reżyserskie rozwiązania nawet mnie zaintrygowały. Poważnym mankamentem tej sztuki był jednak… tekst. Prymitywny, mało zabawny, słowem – żenujący. Gdy dowiedziałam się o nadchodzącej w Och-Teatrze premierze, byłam rozczarowana i od samego początku – do czego szczerze się przyznaję – negatywnie nastawiona. Pomyślałam sobie jednak, że minęło trochę czasu, ja sama też się zmieniłam, więc być może nie będzie wcale tak źle? Niestety, w tym przypadku czas nie zadziałał na korzyść, a po wyjściu z teatru przy Grójeckiej czułam się tak samo zniesmaczona jak kilkanaście miesięcy wcześniej po wyjściu z Teatru Powszechnego.

Pomoc domowa miała być komedią, lekiem na smutki rzeczywistości i osłodą na gorzkie dni. Chwilą oddechu, drobną przyjemnością. No cóż, dla mnie były to dwie godziny kiepskich żartów, które wywoływały raczej zażenowanie niż śmiech. A przecież kocham śmiać się w teatrze i przeżywać zbiorową radość. W przypadku Pomocy domowej miałam jednak ochotę jak najszybciej uciec z widowni. Było to dla mnie przykre doświadczenie nie tylko z powodu szacunku do Krystyny Jandy (tym bardziej nie mogę zrozumieć dlaczego aktorka zdecydowała się wyreżyserować właśnie tę sztukę skoro znaleźć można wiele bardziej inteligentnych i prawdziwie zabawnych komedii), ale także do towarzyszącej jej na scenie Katarzyny Gniewkowskiej czy Krzysztofa Dracza. Skłamałabym gdybym napisała, że nie uśmiechnęłam się ani razu, ale większość tych uśmiechów spowodowana była właśnie aktorską sympatią. Janda – co zauważyło wielu krytyków – rzeczywiście skutecznie czaruje widza (chociaż o wiele bardziej urzeka mnie w roli słodko-gorzkiej Shirley czy uroczej Clarice niż upijającej się Beaty), grając wyjątkowo naturalnie i wdzięcznie, ale moim zdaniem, w tym przypadku, nawet dobre aktorstwo nie jest w stanie uratować przedstawienia. W całym spektaklu wzrok najbardziej przykuwa scenografia. Szkoda tylko, że tak źle wykorzystana. Trzaskające co chwila drzwi i pojawiający się po przeciwnych stronach sceny aktorzy wcale nie nadają sztuce tempa, a jedynie wprowadzają niepotrzebny chaos. A spektakl i tak dłuży się, i dłuży… Chociaż oczywiście ile widzów, tyle opinii.

 

W głowie brzmi mi jeszcze wiele tytułów i nazwisk, o których chciałoby się napisać, patrząc wstecz na teatralne wizyty. Ale mamy już przecież 2018 rok. Spotykamy się w teatrach, chodzimy na premiery, nadrabiamy zaległości, a w naszych głowach przenikają się obrazy z obejrzanych niedawno sztuk. Czas zatem skupić się na tym, co nowe.

 

Zdjęcie wyróżniające podchodzi ze spektaklu Uroczystość, wykonane zostało przez Kubę Dąbrowskiego / TR Warszawa.
Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany