Mistrz za kamerą – wspomnienie Edwarda Kłosińskiego

W przerwie świątecznej obejrzałam po raz kolejny Panny z Wilka w reżyserii Andrzeja Wajdy. Urzeczona kilka lat temu reżyserią i aktorstwem, zachłysnęłam się potem samym tekstem Iwaszkiewicza, aby teraz – przy kolejnej okazji – skupić się głównie na zdjęciach. Nagle uświadomiłam sobie, że gdyby nie te piękne obrazy cała opowieść nie miałaby sensu. Że rytm tego filmu wyznaczają promienie słońca, że to leniwe światło usprawiedliwia sielską atmosferę i powolne ruchy aktorów. Jednocześnie przypomniałam sobie przeczytane anegdoty dotyczące planu zdjęciowego – złe warunki pogodowe (niby wrzesień, a tylko deszcz i mgła) i powtarzane przez Wajdę słowa: to się nie uda. A jednak się udało i wyszło pięknie, malowniczo. Patrząc na Panny z Wilka człowiek odnosi wrażenie, że wszystkie kadry powstały podczas dusznego lipcowego dnia. Ta iluzja to zasługa genialnego operatora Edwarda Kłosińskiego.

Niewielu widzów zapamiętuje nazwiska operatorów (jak również producentów, charakteryzatorów…). Liczy się reżyser i aktorzy, tak jakby realizacja filmu zależała tylko od tych przed kamerą i od jednego człowieka siedzącego za nią. Są jednak takie nazwiska, które pobrzmiewają w świadomości pokoleń. Lipman, Sobociński, Samosiuk… I Kłosiński, o którym słyszeć musiał każdy, kto choć trochę poznał kino Wajdy, Kieślowskiego czy Zanussiego. Nie bez przyczyny współpracował z najwybitniejszymi reżyserami – nie tylko w Polsce, ale także zagranicą. Potrafił z nimi rozmawiać, czerpiąc inspiracje z ich wizji, ale także głęboko angażując się w projekty i przedstawiając swoje propozycje. Jako absolwent liceum plastycznego i miłośnik sztuki, dostrzegał szczegóły niewidoczne dla przeciętnego człowieka, kojarzył fakty, obrazowo przyglądał się światu, dzięki czemu jego kadry nierzadko stanowiły odrębne dzieła sztuki.

Spędziłem długie godziny na studiowaniu, jak budował swoje obrazy Vermeer, Rembrandt, Hogarth, Turner czy Hoppner. Świat można opisać na wiele sposobów, rodzi się jednak pytanie: dlaczego pewne sposoby przedstawiania świata zapadają w pamięć mocniej, a inne słabiej?

– E. Kłosiński w wywiadzie Bożeny Janickiej

Kłosiński miał w sobie pokorę i empatię. Aktorzy uwielbiali go za to, że zawsze starał się sfilmować ich tak, żeby wypadli przed kamerą jak najbardziej korzystnie, jednocześnie dobrze zdając sobie sprawę z tego, jak ważny jest na ekranie autentyzm. W Wodzireju Falka skupił się na nerwowym chodzie wcielającego się w główną postać Jerzego Stuhra, nadając historii odpowiedni rytm. Podobnie było zresztą przy Człowieku z marmuru, gdzie głównym motorem jest ekspresja Jandy i pokazana w kadrach jej mimika, gestykulacja, sposób poruszania się. W Bez znieczulenia natomiast postawił na ujęcia kręcone z ręki, nadając im reporterski wydźwięk (główny bohater to dziennikarz). Znaczna część kariery Kłosińskiego przypadła na czasy kina moralnego niepokoju. Sam nie potrafił określić, czy było to przekleństwo, czy błogosławieństwo. Wielokrotnie podkreślał, że najważniejsze w sztuce operatorskiej jest uchwycenie tego, co ulotne. Nie forma, nie poprawne sfotografowanie, ale dostrzeżenie i uchwycenie szczegółu. O to zawsze walczył.

Edward Kłosiński zmarł 10 lat temu, 5 stycznia 2008 roku, po zmaganiach z chorobą nowotworową. Rok później premierę miał Tatarak – wyreżyserowany przez Wajdę film, będący połączeniem historii przedstawionej przez Iwaszkiewicza w opowiadaniu o tym samym tytule z monologiem Krystyny Jandy, w którym aktorka opowiada intymną historię odejścia jej męża. Początkowo część współczesna, nie iwaszkiewiczowska, miała być zupełnie inna. Próbowała dopisać ją Olga Tokarczuk, Władysław Pasikowski, ale żadna z dwunastu wersji nie przekonała reżysera. Dopiero ten spontaniczny potok słów zapisanych przez Jandę stał się pretekstem do stworzenia wstrząsającego obrazu, w którym fikcja przenika się z rzeczywistością. Mnie szczególnie w pamięć zapadły dwie kwestie. Najpierw ta, którą wypowiada doktorowa Marta, wykreowana przez Iwaszkiewicza postać:

Czy ty nie masz uczucia wstydu, czy ty nie wstydzisz się, że żyjesz? Bo mnie jest wstyd mojego życia wobec wszystkich zmarłych.

A potem przejmujący fragment z monologu Jandy:

Nie zlikwidowałam Jego telefonu komórkowego. Leży w domu. Płacę abonament i go mam. Czasem sobie do Niego dzwonię. Jest tam nagrany komunikat, przez Niego, na sekretarce. Czasem się nagrywam.

Andrzej Wajda w 2010 roku – dwa lata po śmierci Kłosińskiego – zrealizował także film dokumentalny Kręć! Jak kochasz, to kręć!, przedstawiający biografię swojego przyjaciela-operatora. Tytuł filmu nawiązuje do opowiedzianej przez Krystynę Jandę historii, która miała miejsce podczas zdjęć do Teatru Telewizji.

Stanął przede mną i powiedział:

– Krysiu, naprawdę nie mogę dalej kręcić (…) Dalej nie da się kręcić, zrozum.

I ja wtedy, przy tych wszystkich ludziach, płacząc, krzyczałam:

– Kręć! Jak kochasz, to kręć!

Nakręcił.

Fotos z filmu „Człowiek z żelaza”

Zdjęcie wyróżniające pochodzi ze strony Krystyny Jandy (Krystynajanda.pl). Zostało wykonane przez Krzysztofa Wellmana na planie filmu Wszyscy jesteśmy Chrystusami.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany