W wielkim mieście gasną światła i wiadomo – żyć niełatwo

Swego czasu zespół Raz Dwa Trzy śpiewał: W wielkim mieście niebo jasne i wiadomo żyć nie łatwo, a ja natychmiast rozumiałam ile w tym trudzie, o którym oni śpiewali, kryje się prawdy. Ile w takim wielkim mieście skrytych jest miejsc, historii tych miejsc, a historie tych miejsc to ludzie, ludzie to kolejne historie, a kolejne historie rodzą następne. Samonapędzająca się machina, która nie zwalnia nawet na moment. Wielkie miasto raczy nieustającymi bodźcami zewnętrznymi obok których ciężko jest przejść obojętnie. Czasami aż strach przyglądać się jakiemuś zjawisku lub komuś nieco dłużej, bo może mieć to długotrwały skutek w przyszłości. Człowiek może pragnąć dowiedzieć się czegoś więcej: doglądać, dowiadywać się, zgłębiać.

Wielkie miasto, co nie jest żadnym odkryciem na globalną skalę, ale – powiedzmy to, napiszmy – nie jest dla każdego. Przez ostatnie lata – dajmy na to, pięć ostatnich lat – poznałam kilkanaście jednostek ludzkich, które mocniej, słabiej, na krócej lub a dłużej zagościli w mojej codzienności. Ci ludzie do dużego miasta, w którym przyszło nam żyć, podchodzą bardzo różnie, szeroko i podłużnie. Jedni kochają to miasto ze wszystkimi wadami, pęknięciami, wybaczają przykrości i jak najtroskliwsza matka, przymykają oczy na wszelkie nieprzyjemności jakie ich dotykają. Kochają to miasto z całym asortymentem, a przecież nie jest ono tylko przyjazne jak plusz, miłe jak matczyne ramiona i pachnące jak bukiet ulubionych kwiatów. Kochają je mimo wszystko. Kochają kilometry sznurujących się wzajemnie korków z samochodów wzdłuż całego miasta, niekończące się kolejki w każdym możliwym sklepie i walkę z czasem podczas dojazdu dokądkolwiek. Kochają pęd, tysiące mieniących się niczym drobinki złota ludzi, zagłuszający wewnętrzne myśli hałas i z lubością przemierzają przestrzeń rozgrzanymi w pełnym słońcu chodnikami. Ten typ tak ma. Zakochani w wielkim mieście, wprowadzając termin z gastronomii, żyją jak na rozciągającym się elastycznie szwedzkim stole. Mogą podbierać wszystko na co mają ochotę. Opera? Proszę bardzo! Parki, parczki, cmentarze, do wyboru do koloru, sklepów po kokardę, muzeów na pęczki, galerii też pokaźna ilość, kin nie zliczę, uczelni i szkół bez liku, a supermarketów zawstydzająca ilość. Wszystkiego pod dostatkiem. Chcesz? Voila. Częstuj się. Smacznego!

Ktoś kiedyś powiedział: Ale cholera jasna, jak można nie lubić miasta, w których jest kurwa wszystko?! Myśląc o wielkim mieście w uszach pobrzmiewa mi Maria Peszek i jej piosenka Moje miasto. Wspomniałam o tych ślepo zakochanych w wielkim mieście, ale okazuje się, że jest druga strona tego medalu – i to dość pokaźna. To naprawdę duża liczba osób, która tejże cywilizacji nie znosi, a życie tu jest cierpieniem, męką, złem koniecznym albo konsekwencją pochopnej, spontanicznej decyzji. Obok mnie jest wielu takich, którzy na myśl o tym gdzie mieszkają, bądź dokąd muszą przyjechać (kierunek – wielkie miasto), dostają gęsiej skórki, nerwobóli. Żyję wśród takich ludzi, którzy nie są w stanie wskazać nawet poszczególnych rzeczy, kreujących ten okrutny obraz miasta w ich głowie, a na pytanie, co ich najbardziej irytuje, rzucają pewnie i niezwłocznie: wszystko. Oni nie lubią tutaj niczego. Korki sprawiają, że szereg wędrujących dreszczy wkurwienia przemierza odcinek od stopy do koniuszka głowy, kolejki w sklepach są przyczynkiem do rzutu kolejnych siwych włosów na dopiero co odświeżony kolor,  a codzienny pęd wywołuje agresję i nienawiść do wszechrzeczy. Ludzi za dużo, sklepów za dużo, samochody jeżdżą za szybko, ceny za wysokie, odległości zbyt wielkie, powietrze przebrzydłe, architektura zbyt chaotyczna, ludzie niemili…Obserwuję ich zmagania z codziennością. Walczą ze sobą i z tutejszą wielkomiejską gonitwą, w której chcąc-nie chcąc uczestniczą. Cierpią.

Dlaczego o tym piszę? Kilkunastodniowy wyjazd poza Warszawę po raz kolejny przyniósł niekończące się rozmowy tzw. zastołowe. Wszyscy ci, którzy na co dzień żyją w odległych miejscach kraju czy też globu, zjechała się do jednego miasteczka w mazowieckim. Życie rozrzuciło ich w przeróżne punkty świata, ale najczęściej już poza rejon wielkiego miasta. Ta grupa zrezygnowała z wielkomieszczańskiego życia na blokowisku, z dostępem do wszystkiego, czego dusza zapragnie i czego nawet nie myśli zapragnąć, na rzecz małej chałupki na wsi, gdzie strumyk, lasek, kury u sąsiadów i mleko prosto od lokalnej krowy.

Z roku na rok zauważam, że miłośników życia w wielkim mieście jest wokół mnie jakoś mniej. Ludzie cenią oddech, ciszę, ogródek, bezrefleksyjnie i świadomie zostawiając ten – jak śpiewał duet w The Dumplings – betonowy las, gdzie w świetle sygnalizacji się gubimy. Ja zaś dopiero w objęciach tego wielkiego miasta czuję się jak ryba w wodzie. Czuję, że płynę z prądem. Czuję, że żyję.

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany