„Wujaszek Wania” w Teatrze Polskim i „Elementarz” w Teatrze Narodowym – najlepsze premiery grudnia

Także teatr w grudniowy czas postanowił obdarować swoich widzów licznymi prezentami w postaci premier. Warszawska wędrówka teatralnym szlakiem doprowadziła mnie do konkluzji, że przedświąteczny czas zdecydowanie należał do Teatru Narodowego i Teatru Polskiego. Zarówno o Wujaszku Wani, jak i o Elemenatrzu mówiło się bardzo dużo, a nazwiska Wyrypajewa i Cieplaka pobrzmiewały niejednokrotnie w foyer. Te dwa zupełnie różne spektakle skradły bezapelacyjnie moje serce, choć muszę przyznać, że zmierzenie się z nimi dzień po dniu – ze względu na ich specyfikę i tematykę – nie było wcale łatwym zadaniem.

Elementarz, reż. Piotr Cieplak, Teatr Narodowy

Fot. Yato Photography/strona Teatru Narodowego

Znając Piotra Cieplaka i zrealizowane przez niego sztuki, idąc do Teatru Narodowego wiedziałam, że muszę przygotować się na coś niekonwencjonalnego. Po przeczytaniu krótkiej notatki na temat Elementarza tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu. Bo czego można się spodziewać po dorosłej Alicji, będącej połączeniem tej z Krainy Czarów z tą z Elementarza Falskiego? Na pewno oryginalności.

Tym, co szczególnie urzekło mnie w Elementarzu Cieplaka była jego mataforyczność wpleciona w konwencję bajkowości. Chociaż brzmi to wszystko lekko i przyjemnie, tak naprawdę to, co działo się na scenie nie było łatwe, wręcz przeciwnie – wymagało od widza stuprocentowego skupienia i umiejętności łączenia pewnych – momentami bardzo odległych – faktów. Obok fantastycznej historii równolegle toczy się bowiem opowieść o otaczającym nas świecie, jego absurdach i nieścisłościach. Przez ten świat prowadzi nas Ala, w której postać wcieliła się Edyta Olszówka. Zakochałam się w stworzonej przez aktorkę bohaterce, która z jednej strony zachwyca delikatnością i dziecięcą wręcz naiwnością, z drugiej zaś – zadziwia dojrzałością i zmysłowością. Po obejrzeniu Elementarza nie wyobrażam sobie, aby mógł tę postać zagrać ktoś inny. Olszówka jest bezbłędna – wręcz współgra ze scenografią, jest jakby stworzona (także wizualnie) do tej sztuki. Wspólnie z Moniką Dryl i Bartłomiejem Bobrowskim – odgrywającym role Falskiego Mariana i Mariana Falskiego – tworzą bajkowe trio, które staje się idealnym przewodnikiem po tej nieco dziwacznej historii.

Przeczytałam po obejrzeniu spektaklu kilka recenzji. Jak to z krytykami teatralnymi bywa, były i recenzje opiewające mistrzostwo Cieplaka, i recenzje ganiące zbyt inteligencko-egzystencjalny wydźwięk sztuki. Dwa obozy po dwóch stronach barykady. Dla tych za nudno, dla tamtych za trudno. Kilka uwag o tym, że spektakl jest niezrozumiały, a widownia musi silić się na robienie dobrej miny do złej gry, bo znaczna jej część nie ma pojęcia o czym sztuka jest. No dobrze, ale czy zawsze musi być tak łatwo? Odnoszę wrażenie, że coraz częściej opiewa się sztuki głupiutkie, niewnoszące do życia nic poza mechanicznym śmiechem. Natomiast na te, które wymagają od widza trochę więcej – wyobraźni, zaangażowania, skupienia – patrzy się podejrzliwie, jakby z góry decydując o tym, że widownia jest za głupia by zrozumieć.

Elementarz to wzruszająca podróż po surrealistycznych wizjach. Dwugodzinna wędrówka po świecie obcym i dziwnym, a jednocześnie tak nam bliskim. Wraz z kolejnymi minutami spektaklu mnożą się skojarzenia, teatralna rzeczywistość przenika się z rzeczywistością za murami budynku. A gdy na scenie pojawia się Dominika Kluźniak – jakgdyby wychodząc z roli i przemawiając w swoim imieniu – która informuje, że litery P w spektaklu nie będzie, bo i tak wszystko kręci się wokół niej, po widowni przechodzi pomruk – ni to śmiechu, ni ulgi, ni smutku. Taki pomruk jedności i zrozumienia, wypełniony świadomością, że oczywistość niektórych kwestii jest wręcz przerażająca.

Najbliższe spektakle: 16, 17, 18 styczeń 2018r.

Wujaszek Wania, reż. Iwan Wyrypajew, Teatr Polski

Fot. Katarzyna Chmura-Cegiełkowska/strona Teatru Polskiego

O Wujaszku Wani nie bez przyczyny mówiono jeszcze wiele tygodni przed premierą. Iwan Wyrypajew, rosyjski reżyser wystawia na polskiej scenie sztukę rosyjskiego dramatopisarza Antoniego Czechowa. Trudno przejść wobec takiej informacji obojętnie. Nic więc dziwnego, że bilety zarówno na spektakle premierowe, jak i na wszystkie kolejne wyprzedane zostały w ekspresowym tempie.

Myśląc o tym spektaklu, automatycznie mam przed oczami piękną scenografię Anny Met. To właśnie dzięki niej klimat spektaklu czuje się właściwie już od pierwszych minut. Drewniana altana otoczona pachnącymi żywymi świerkami, samowar na herbatę, a w prawym górnym rogu biały neon, przypominający widzom nazwę i autora sztuki (podobnie jak głos pomiędzy aktami). Kilka krzeseł, stół i nienaganne stroje bohaterów. Wszystko dopracowane na ostatni guzik, zapadające w pamięć. Czytając dramat Czechowa kilka dni po obejrzeniu spektaklu, nie potrafiłam odciąć się od sztuki, którą zobaczyłam w Teatrze Polskim. Weranda z mojej wyobraźni była odtworzeniem tej ujrzanej na scenie, bohaterowie nosili fizyczne cechy aktorów, pobrzmiewała muzyka Marka Kępy.

Trzeba uczciwie przyznać, że aktorzy stanęli na wysokości zadania. Przedstawiona na plakacie obsada zapowiadała popis aktorskich umiejętności, a stan rzeczywisty nie rozczarował i rzeczywiście – jest co, a właściwie kogo, podziwiać. Genialny Maciej Stuhr, którego Astrow zjednuje sympatię i przyciąga uwagę za każdym razem, gdy pojawia się na scenie. Andrzej Seweryn jako Serebriakow – marudny, egoistyczny i żądający zainteresowania – wywołujący śmiech wśród widowni każdym zaakcentowanym tekstem. Dużym – pozytywnym! – zaskoczeniem była też dla mnie rola Soni w wykonaniu Eweliny Pankowskiej. To moje pierwsze spotkanie z aktorką, nie wiedziałam więc zupełnie czego można się spodziewać po 27-letniej dziewczynie, której przyszło zmierzyć się nie tylko z niełatwym tekstem, ale także ze sceniczną obecnością wybitnych kolegów. Tymczasem Sonia Pankowskiej była idealna – dziewczęco naiwna i czysta, a jednocześnie pracowita, rozsądna i skrajnie nieszczęśliwa. Dokładnie taka, jaką chciałam zobaczyć. Nieco rozczarował mnie Dariusz Chojnacki – tytułowy Wania. Nie potrafiłam do końca uwierzyć jego przeżyciom, ale sądząc po pospektaklowych rozmowach było to jedynie moje spostrzeżenie.

W spektaklu szczególnie mocno wybrzmiewa puenta, że życie bez celu nie ma sensu. Ale czy trzeba o tym tak namiętnie przypominać, czy warto skupiać uwagę na oczywistym stwierdzeniu, którego każdy z nas ma świadomość? Wszyscy nieustannie poszukujemy przecież czegoś, co nada naszemu życiu znaczenie i sprawi, że zaczniemy prawdziwie żyć a nie jedynie egzystować. A jednak Czechow – znawca ludzkich dusz i ich niepokojów – nie bał się prostoty i opowiadania o człowieku w sposób zwyczajny, momentami wręcz leniwie nudny i banalny, wyciągając na świało dzienne najbardziej oczywiste przywary. Mimo to Wujaszka Wanię ogląda się z zaciekawieniem, bez znużenia i bez poczucia przeciekającego przez palce czasu. Choć akcja toczy się powoli, w rytm życia wiejskiego życia opanowanego lenistwem Heleny, paradoksalnie ma się wrażenie, że właśnie w tym momencie jedynym celem powinno być całkowite zatopienie się w historię i – przy okazji – w samego siebie.

Najbliższe spektakle: 3, 4, 6, 7, 8 luty 2018r. (dostępne jeszcze pojedyncze bilety!)

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany