Najlepsze prezenty ukryte są w sercach

Oho, spójrz tylko! Mikołaj piecze ciastka! – no tak, innego rozwiązania na zaczerwienione grudniowe niebo nie ma. Od dziecka ulegam magii jej słów i całkowicie ignorując wszelkie naukowe wyjaśnienia na to zjawisko, wierzę, że skoro babcia Lola powiedziała, że Mikołaj piecze ciastka, to tak po prostu musi być.

Stała przy oknie zafrasowana przygotowaniami przedświątecznymi i nerwowo gładziła świeżo wykrochmalony rąbek śnieżnobiałej firanki. To zawsze ona tworzyła magię Świąt w naszej rodzinie – ileż to pierniczków, sera do sernika, maku do makowca, choinek, bombek, prezentów chowanych w szafie przeniosły przez te wszystkie lata jej ręce wie chyba tylko ona sama. To szyja, głowa, korpus i złota rączka całego mojego życia – zawsze wie, co zrobić, gdy plama nie chce zniknąć, przyszyje guzik do ukochanego płaszcza, w głowie ma zapisaną książkę kucharską, wie, jak zadbać o każdą roślinę na świecie, wyleczy z kataru i zawsze ma w domu to, czego potrzebuję – począwszy od specjalnego plastra na odciski po kapelusz zakupiony na targu w Jugosławii, idealnie pasujący do szkolnego przedstawienia. Znam cały alfabet jej min, spojrzeń, intryg i zawsze wiem, kiedy coś knuje. Wtedy była tak zajęta pomysłami przyozdobienia salonu, że zdawała się w ogóle nie zwracać na mnie uwagi. Głośno westchnęłam i w momencie, gdy ostentacyjnie chciałam wywrócić oczami, mój wzrok zatrzymał się na telefonie. Nie chciałam po niego sięgać, będąc w jej towarzystwie, bo zawsze obiecuję sobie, że będę bliskim poświęcać maksymalną ilość czasu, jednak najbardziej zainteresowała mnie data, jaką pokazywał wyświetlacz. Dwudziesty grudnia. Nie mogąc w to uwierzyć, szybko zlustrowałam cały rok – Sylwester w Pradze, mieszkanie we Wrocławiu, czterokrotna zmiana pracy, trzydzieści razy odwiedzona Warszawa, tuziny przeczytanych książek, pobyt we Włoszech, kilka ważnych znajomości.

Mogło tak być. Przecież ten rok obfitował w tyle przeżyć, że mogłabym nim obdzielić jeszcze  parę osób, a i te zapewne nie narzekałyby na brak wrażeń – pomyślałam. Spojrzałam jeszcze raz na babcię – nadal zajętą przygotowaniami przedświątecznymi – i nie chcąc jej przeszkadzać, odeszłam od stołu. Stanęłam przy oknie i czujnie zauważyłam, że na dzisiaj piekarnia świętego Mikołaja zakończyła pracę, bo na niebie zostały zaledwie maleńkie różowe punkciki. Grudniowe popołudnia już takie są – prędko zalewa je noc i gwiazdy mogą grać swoje role o kilka godzin dłużej. Stojąc tak, uderzyła mnie myśl, całkiem zwyczajna – tylu ludzi przebiega przez nasze życie… Jednych znamy od zawsze, jak ja na przykład babcię Lolę, innych poznajemy całkiem przypadkiem i stają się nieodłączną jego częścią; są też przecież tacy – ewenementy –  którzy trochę jak te spadające gwiazdy zaledwie pojawią się na firmamencie, a już sprawiają, że ich żar, błysk, nigdy nie da o sobie zapomnieć. I trzeba być na to przygotowanym, że już zawsze, mimo że czasem pierwsze spotkanie bywa jednocześnie tym ostatnim, będą powracać w takie nostalgiczne wieczory.

Najpierw ona – Miłość. Nazywam ją tak, bo zupełnie nie pasuje mi do niej jej prawdziwe imię. Ktoś, kto kojarzy mi się ze słońcem, figlarnym spojrzeniem dziecka i szczęściem nie może nosić tak ciężkiego imienia. Zatem w mojej głowie – miłość i Miłość.

Stałam wtedy na balkonie i oglądałam spektakl zachodzącego słońca na horyzoncie nieba, kiedy ona nagle weszła do mojego pokoju. Morze delikatnie falowało, a świeże majowe powietrze przechodziło przez moje ciało. Znałyśmy się  zaledwie dwa dni i niewiele rozmawiałyśmy, choć cisza wokół nas nigdy nie wydawała mi się krępująca. Stałyśmy tak razem przez chwilę, gdy rzuciłam: Na plaży będzie jeszcze piękniej…. Nigdy nie odzywała się na moje pełne uwielbienia natury komentarze i często wydawało mi się, że miała mnie za kogoś, do kogo trzeba pięknie mówić, kto tylko dogląda swoich marzeń, czyta książki i cały swój dobytek nosi w skórzanej torbie. Zawsze uważała mnie za istotę kruchą i chroniła przed całym światem. To w jej matczynym spojrzeniu się kuliłam, gdy wszystko mnie bolało, gdy płakałam z bezradności, siedząc jej na kolanach, ciepłe dłonie głaskały delikatnie moją głowę, a z ust wydobywały się łatające duszę słowa. Wiedziała o mnie wszystko, bo chciałam, by widziała mnie nagą; by wiedziała, że od początku do końca jestem wobec niej szczera i przychodzę z czystym sercem. Niczego nie udawałam i ona również nie bała się być sobą, będąc ze mną. W zamian dostałam jej zaufanie. Te nieliczne momenty, w których zostawałyśmy same, zawsze fundowały mi potężne dawki czułości i intymnych rozmów. Kochałam ją ze wszystkimi jej wadami i nie chciałam w żadnym stopniu, by się zmieniała. Imponowała mi jej niezależność i wilcza odwaga, poświęcenie, czułość i zaradność. Może to dlatego zwróciła na mnie uwagę; może właśnie dlatego, wtedy, gdy stałyśmy na tym balkonie, pociągnęła za rękaw i z iskrami w oczach, krzyknęła: biegniemy na plażę?! Zrobiłam jej wtedy mnóstwo zdjęć i wiedząc, że za trzy miesiące będę musiała się z nią pożegnać, postanowiłam pokochać od razu.

Wracam wspomnieniami do przeżyć sprzed kilkudziesięciu dni, choć to, co czuję, jedynie się spotęgowało i dopada mnie przerażenie, że któregoś dnia braknie mi słów i ludzie nigdy nie uwierzą, że można kochać, jeśli nie opiszę tych relacji w ten grudniowy wieczór. Bo – widzicie – należę do tych, którzy żyją dla miłości i wolności. Te dwa pojęcia, za którymi ukrywa się całe spektrum uczuć warunkują mój świat. Tylko w ich imię jestem w stanie wywrócić do góry nogami wszystko; tylko dla nich, myślę, warto płonąć. A często kocha się za nic, ot tak – po prostu; kocha się również za uśmiech i – wreszcie – kocha się tak, jak wszystko, co sercu miłe i najdroższe – jak słoneczniki, maj, teatr i wolność.

Był też on. Nazywam go dziadkiem Orzechem. Zaczepił mnie przy biletomacie tuż przed ubiegłorocznymi świętami. Prosił o pieniądze na lekarstwa i jedzenie. Zapadający mrok, zirytowanie spowodowane niewspółpracującym ze mną urządzeniem i  pośpiech nie pozwoliły mi  nawet spojrzeć na jego twarz. Zresztą wtedy pomyślałam, że to kolejna próba wyłudzenia pieniędzy na alkohol, więc nieco zdenerwowana odburknęłam coś oschłego i ruszyłam w swoją stronę. Zrobiłam jednak tylko kilka kroków i  przywołałam sobie w głowie jego głos – spokojny, ciepły, wcale nie żądający; raczej niepewny. Odwróciłam się i dopiero teraz, gdy latarnia oświetlała jego postać, zobaczyłam, jak marnie się prezentuje – zmęczona twarz, oczy we łzach, zdarte ubrania, ogromna torba – zapewne cały jego majątek. Zrobiło mi się trochę przykro i wstyd, że tak pochopnie go zdyskwalifikowałam, bo całe życie uczę się widzieć w drugiej osobie coś więcej, niż to, co można tylko zobaczyć; że najważniejszy jest Człowiek w człowieku, a nie to, co na człowieku.

Poszliśmy razem do apteki i sklepu. Najchętniej wykupiłabym dla niego wszystkie półki. Ucieszył się. Jego uśmiech zapalił we mnie wszystkie lampki szczęścia. Kiedy wychodziliśmy, złapał mnie za ramię  i prosząc  bym chwilę poczekała zaczął szukać czegoś w kieszeniach płaszcza. Najpierw chciał wręczyć mi swój bilet na tramwaj, bo zauważył już wcześniej, że biletomat się zaciął. Grzecznie odmówiłam. Później, po chwili zawahania, wyciągnął orzecha włoskiego. Nie mam nic, czym mógłbym się panience odwdzięczyć. Mam tylko ten orzech. Wzruszona przyjęcia tego prezentu odmówić już nie mogłam. Nie wiem, kim był i czy nadal przeczesuje ulice Wrocławia, ale oddał mi to, co miał, a ja – mimo że od tego czasu minęły długie miesiące – noszę ciągle ze sobą ten drobny podarunek.

Właśnie to jest dla mnie najważniejsze – uśmiech babci, który reperuje duszę, Miłość – kobieta, która nauczyła mnie najważniejszej ze sztuk – sztuki kochania i której ślady na piasku już pochłonęły fale, rozczulający dziadek Orzech i wszyscy inni ludzie, którzy pokazują mi każdego dnia, że najlepsze prezenty ukryte są w sercach.

Monika Babińska

Cierpię na chroniczny brak pieniędzy, ponieważ wszystko wydaję na bilety do Teatru, książki, podróże, płyty i kino. I właśnie te pięć słów jest wszystkim tym, co kocham, dlatego rzadko żałuję pustych kieszeni. W wolnych chwilach rzucam studia, włóczę się w piżamie po mieście i tęsknię, bo:"czasem mam lat cztery, a czasem cztery tysiące".

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany