Elegancki dżentelmen – Jeremi Przybora

Wisława Szymborska denerwowała się, kiedy Jeremiego Przyborę nazywano tekściarzem. Dla niej był prawdziwym poetą: Mistrzowskie połączenie piosenki lirycznej i żartobliwej. Mistrzostwo polega na tym, że nie widać szwów. Tak pisała o jego twórczości. Gdyby żył, 12. grudnia skończyłby sto dwa lata. Ale czy można mówić o śmierci twórcy, kiedy echa jego słów słyszymy niemal codziennie?

Urodził się w rodzinie szlacheckiej, ale pochodzenie nie miało dla niego większego znaczenia. Nie przywiązywał się do materialnych przejawów tradycji, cechowała go za to doskonała pamięć – w wieku siedemdziesięciu kilku lat spisał autobiografię, nie korzystając z żadnych notatek. Ukończył Gimnazjum im. Mikołaja Reja w Warszawie, studiował w Szkole Głównej Handlowej oraz anglistykę na Uniwersytecie Warszawskim, tych studiów jednak nie ukończył. Pracował i przez lata był związany z Polskim Radiem. Jako spiker współtworzył cykl audycji satyrycznych Pokrzywy nad Brdą, stworzył także Radiowy Teatrzyk Eterek. Był poetą, pisarzem, satyrykiem, lektorem, aktorem, pisał libretta spektakli teatralnych, współtworzył również scenariusz filmu Upał w reżyserii Kazimierza Kutza.

W 1939 roku, podczas oblężenia Warszawy, Jeremi Przybora poznał Jerzego Wasowskiego – dziewięć lat później zaproponował mu, by pisał muzykę do jego tekstów. W 1958 roku założyli Kabaret Starszych Panów i przez kolejne osiem lat ożywiali szarą, gomułkowską rzeczywistość. Antoni Słonimski pisał, że Starsi Panowie stoją w opozycji do nasilającej się ordynarności i ponurości obyczajów. Jak wspomina Kutz, obaj byli wypełnieni humorem – poczuciem humoru – tworzeniem humoru i ową rzadką absurdalnością, które dziś już, niestety, są coraz rzadsze.  Na pytanie kogo chce rozbawić Kabaretem Starszych Panów, Przybora odpowiadał – Stanisława Dyganta, rozśmieszał jednak wszystkich bez wyjątku.

Elegancki, wytworny, dżentelmen – tymi słowami opisywano Jeremiego Przyborę. Trudno się z tym nie zgodzić, oglądając jego zdjęcia czy słuchając archiwalnych wywiadów, bowiem każde wypowiedziane przez niego zdanie pozwala pochylić się nad tym, jak kunsztownie i z wyczuciem używał języka. Urodził się w domu pełnym poczucia humoru. Wedle wspomnień Przybory jego ojciec wpadał w zachwyt, słysząc z ust małego Jeremiego celną ripostę czy wyjątkowo dobry żart. Syn Konstanty wspomina ojca jako zachowującego dystans w kontaktach towarzyskich, ale wyrażającego ciepło i czułość w swojej twórczości. Najbardziej lubił samotność we dwoje, wspominała Magda Umer, z którą łączyła go serdeczna przyjaźń. Nie był łatwym człowiekiem, nie znajdował przyjemności w towarzystwie wielu ludzi. Dystrakt – rozkojarzony i często nieobecny, przy pozornej, fizycznej obecności. Pewnego razu kazał małemu Kotowi przetrzeć szyby w samochodzie, a gdy ten to zrobił, Przybora odjechał. Zawrócili, kiedy o dziecku przypomniała mu żona.

Bez względu na porę roku ja zawsze jestem za wiosną – mawiał. Dla przyjaciół i bliskich znajomych wiosną rzeczywiście był, kobietom bezlitośnie łamał serca – jego własne złamała zaś raz pewna utalentowana panienka z Saskiej Kępy. Pierwszą żoną Przybory była śpiewaczka Maria Burska, z którą miał piękną córkę Martę – przyszłą modelkę i harfistkę. Po raz drugi ożenił się z Jadwigą Berens, a owocem tego związku był syn Konstanty, zwany Kotem. W 1964 r. Przybora poznał Agnieszkę Osiecką, wówczas dwudziestoośmioletnią. Ona – wiecznie w podróży, zabiegana i bardzo towarzyska, ale nieczuła, on – pełen rezerwy, nie znosił towarzystwa, w SPATiF-ie szukał osobnego stolika, a śniadania jadał dwie godziny. Punktualny, poukładany – może zanadto. Ich ponad dwuletni romans nie służył właściwie nikomu oprócz nas, czytelników, jak pisze przyjaciółka obojga, Magda Umer, we wstępie do Listów na wyczerpanym papierze – zbioru korespondencji między dwojgiem ludzi połączonych głębokim uczuciem. Takie talenty, takie urody, takie inteligencje i takie poczucia humoru zdarzają się raz na 100 lat, zauważa Umer. Ktoś przemówił do mnie tym samym językiem, moim językiem – pisał zakochany Przybora.

Tęsknię do Ciebie przez stół, przy którym siedzimy, tęsknię z fotela na fotel obok, w teatrze czy kinie, tęsknię z Pragi na Kępę, z łóżka w którym leżę – do Spatifu, w którym popijasz w Miniem…

Gdy wyprowadzał się do Agnieszki, wraz z żoną powiedzieli synowi, że ojciec będzie się opiekował mieszkaniem znajomych. Dziesięcioletni Kot miał to skomentować tak: Tylko nie potłucz tym państwu niczego, jak będziesz się zajmował ich domem. Kochali się, ranili, zwodzili, uciekali od siebie i wracali. Uwodzili się żartami, prywatnymi liścikami i piosenkami. Wyznawali sobie miłość w utworach, których miała słuchać cała Polska, największe szczęście i najdotkliwszy ból przelewali na papier jako prawdziwi, wedle słów Osieckiej, bezsenni tekściarze. Dzieliło ich zbyt wiele, burzliwy związek zakończył się w 1966 r. Do końca życia interesowali się jednak swoim losem i doceniali wzajemnie własną twórczość.

Wkrótce Przybora rozwiódł się z drugą żoną i miał pozostać sam aż do poznania Alicji Wirth – przeciwieństwa Osieckiej, ciepłej i gościnnej, która stworzyła mu prawdziwy, bezpieczny dom. Spotkali się na Sylwestrze, rozmawiali całą noc na schodach i zakochali się w sobie. To było spokojne, dojrzałe uczucie, które wyleczyło złamane serca obojga. Po śmierci ukochanej Alicji nigdy się już nie podniósł. Życie jako forma spędzania czasu przestało mnie interesować – powtarzał. Zmarł cztery lata później, ale wedle słów syna odszedł już wcześniej, razem z Alicją. Pozostawił po sobie setki utworów, małych arcydzieł i perełek, które na szczęście są wciąż żywe i obecne w powiedzeniach czy piosenkach. I takiego Przyborę – w którego twórczości czułość wylewała się z każdej strofki – chcemy pamiętać.

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany