Rygor sztuki i życia – rozmowa z Łukaszem Rondudą, reżyserem „Serca miłości”

Kurator sztuki, reżyser, baczny obserwator życia. 1 grudnia na ekrany polskich kin wchodzi jego długo wyczekiwany film Serce miłości; opowieść o parze artystów, Zuzannie Bartoszek i Wojciechu Bąkowskim. O współczesnym narcyzmie, przenikaniu się emocji ze światem sztuki i współpracy z artystami – Łukasz Ronduda.

Zofia Wierzcholska: Główni bohaterowie Pana filmu – Zuzanna Bartoszek i Wojciech Bąkowski – to artyści totalni, perfekcjoniści. Czy Pan jako reżyser i artysta jest perfekcjonistą?

Łukasz Ronduda: Istnieją różnego rodzaju perfekcjonizmy. W przypadku Wojtka i Zuzanny, opiera się to na perfekcyjnym kontrolowaniu własnego wizerunku. Celebrują swój styl, język, rytuały. Jest tam dużo kontroli, dużo szlifowania własnego świata, co wypływa bezpośrednio z nich. To jest swojego rodzaju rygor łączenia sztuki i życia. Nas najbardziej interesowały buzujące w nich emocje, których nie mogą powstrzymać, w tym całym perfekcyjnym przedsięwzięciu, jakim jest ich wizerunek. Mój perfekcjonizm polega prawdopodobnie na staraniach, aby moje filmy były jak najbardziej dopracowane.

To jest ciekawe, że ci artyści żyją w tym samym świecie, inspirują się tą samą rzeczywistością, są tak upodobnieni, nie tylko fizycznie, ale też i duchowo, że ta rzeczywistość inspiruje ich w ten sam sposób, że sami sobie wykradają inspiracje. W jakimś sensie, to przypomina pracę nad filmem fabularnym; wszystko może być materią filmu – podpatrzone życie bohatera, dialog podsłuchany w tramwaju… Film składa się z rzeczywistości.

W Sercu miłości rzeczywistość zderza się z fabułą. W filmie jest bardzo dużo z prywatnego życia pary Bartoszek-Bąkowski. Czy w trakcie realizacji filmu nie pojawiła się obawa przed przekroczeniem granic ich intymności?

Mieliśmy szczęście, że pracowaliśmy z artystami, którzy wiedzą, że aby powstał poruszający utwór, czyli taki, który wzrusza swoim autentyzmem, trzeba być bezwzględnie szczerym wobec siebie i własnych uczuć. Nie stawiać sobie pomnika. To była nasza zasada podczas realizacji – chcemy zrobić film, który złapie prawdziwy fragment życia, nie będzie jedynie filmem o super seksownych ludziach z Warszawy. To opowieść o artystach, którzy starają się tworzyć i być razem, ale mają z tym ogromne problemy. Bohaterowie zaufali zarówno mi, jak i scenarzyście – Robertowi Bolesto, za co jestem im ogromnie wdzięczny, bo udało się wyłowić ten skarb, jakim są prawdziwe emocje. Obserwacja Zuzanny i Wojtka była trochę ekshibicjonistyczna, ale było to po to, by stworzyć uniwersalną historię. Mam nadzieję, że dużo ludzi przejrzy się w niej, dostrzeże w Sercu swoje związki; problemy, rozstania, emocje.

Również z tego powodu zdecydowałem się na film fabularny, bo w pewnym momencie, kiedy chce się podejść bliżej człowieka, dokument przestaje wystarczać. O tym mówił Kieślowski, który przestał kręcić dokumenty, bo bał się, że gdy opowie więcej o człowieku, to przekroczy granicę etyki. Zaczął wtedy opowiadać o prawdziwych emocjach poprzez fikcję, pozostając bardzo blisko rzeczywistości. W moim filmie, proporcje dokumentu i fabuły są jednocześnie wymieszane, ale i nierozerwalne.

Źródło: Film.onet.pl

Młodzi ludzie, w moim wieku, w wieku bohaterów, są skupieni na sobie, i nawet jeśli nie są artystami, to na pierwszym miejscu stawiają siebie. Czy to Pana pesymistyczna obserwacja młodzieży?

Ten film jest trochę portretem młodego pokolenia, to się objawia w osobie Zuzanny, która ma te dwadzieścia kilka lat, jest millenialsem. Film to obserwacja pokolenia, które jest bardzo skupione na wizerunku. Młodzi ludzie często nie mają już czasu na inne rzeczy; aktywność polityczną na przykład… Chyba że stanowi ona część budowy portretu.

Często rejestrowanie rzeczywistości staje się ważniejsze, niż uczestniczenie w niej.

Nieustannie musimy ze sobą nieść i budować ze sobą wirtualny wizerunek. W tym momencie jest filmowa Zuza, która czuje, że do końca nie wie kim jest, ale wie, że kimś już powinna być. Funkcjonuje przy starszym partnerze, który ją ukształtował. To trochę cieszy bohaterkę, ale trochę jej ciąży. Wiele elementów w filmie podkreśla jej zmagania. Na przykład taniec – voguing. Polega on na ruchach podobnych do pozowania modelek w magazynie Vogue. Wywodzi się z subkultur gejowskich z lat 80. Ktoś mało uprzywilejowany mógł nagle być tym kimś – pięknym, bogatym, choć przez chwilę bawić się podczas tańca, który kreuje. I to jest Zuzanna. Ona tańczy, chodzi na bale. Złapaliśmy w filmie subkulturę warszawskiego voguingu, która ostatnio niezwykle rozkwitła. To jest bardzo ciekawe, że pojawił się u niej ten taniec, w kontekście poszukiwania samej siebie.

Jedno staje się częścią drugiego… Zuza i Wojtek to bratnie dusze: tak samo inne, tak samo dziwne, oderwane od świata. Ich związek jest toksyczny, nie potrafią bez siebie żyć.

Oni są ze sobą niemal sklejeni, a świat zewnętrzny ich nie dotyczy. W takich symbiotycznych relacjach nie ma miejsca na rzeczywistość. Partner ma zapewnić wszystko… Ale toksyczne relacje przecież mają też i inne strony. Są jak narkotyki, a z takich symbioz bardzo trudno się wyzwolić. Ciężko stworzyć ten mityczny, propagowany przez terapeutów, partnerski związek idealny. Chyba tylko terapeuci mają perfekcyjnych partnerów. (śmiech)

Jak wyglądało Pana odkrywanie tematu filmu?

Myślenie o filmie zaczynam od bohatera. Na początku chciałem zrobić film o Wojtku Bąkowskim, który jest niesamowicie charyzmatyczny, filmowy. Myślę, że to właśnie bohater ciągnie film. Nie miałem pomysłu na fabułę. W momencie, gdy pojawiła się Zuza w jego życiu, pojawił się też temat. Zaczęliśmy współpracę z Robertem Bolesto. Wszystko trwało sześć lat. Uznaliśmy, że tematem nie jest Wojtek. Tematem są ONI. Metafora współczesnej narcystycznej miłości.

W poprzednim filmie zmierzył się Pan z tematem twórczości Oskara Dawickiego, teraz Bąkowski i Bartoszek. Czy idąc dalej tym tropem, chciałby Pan stworzyć portret kolejnego artysty?

Styk sztuki i filmu jest dla mnie bardzo interesujący, z tego czerpię, wciąż pracuję jako kurator, co jest mi bardzo bliskie. Chciałbym te dwie dziedziny synchronizować; kręcić filmy i zajmować się sztuką. Tematem przyszłych projektów nie musi być artysta, może być to relacja między tymi dwoma polami.

Zmieniając temat, Pana film jest bardzo osobisty, szczery. Czy martwi się Pan o przyszłość polskiego kina, że ta wolność i szczerość może zostać twórcom odebrana?

Tak, bardzo się boję. Myślę, że takie kino bardzo delikatne, kreacyjne, arthouse’owe, może mieć niebawem ciężej.

Zosia Wierzcholska

Kino ją wzrusza, a pisanie o nim – porządkuje emocje. Myśli, że znajomość całej listy dialogowej z Titanica czyni ją prawdziwym filmoznawcą. W życiu, jak i w filmie, szuka prawdy, dlatego tak bardzo fascynuje ją kino dokumentalne. Kiedy nie nuci piosenek z musicali, marzy o życiu w zatłoczonym Tokio.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany