„Morderstwo w Orient Expressie” – Christie oczami Branagha

Morderstwo w Orient Expressie Agathy Christie wydano po raz pierwszy w 1934 roku. Dorobek królowej kryminału jest znaczny, jednak to właśnie ta powieść wyróżniła się zdecydowanie na tle innych dzieł autorki, czego wyrazem jest chociażby ogromna ilość powstałych na jej podstawie ekranizacji. Wśród tych mniej lub bardziej udanych pamięta się zwykle o klasycznym filmie z 1974 roku w reżyserii Sidneya Lumeta z cudowną Ingrid Bergman i Laurel Bacall.

Kilka dni temu do kin weszła najnowsza ekranizacja kryminału, wyreżyserowana przez Kennetha Branagha, który jednocześnie gra głównego bohatera – genialnego detektywa Herculesa Poirota. W pozostałych rolach obsadzono wielu znanych i utalentowanych aktorów, więc dla niektórych widzów samo to może być wystarczającą zachętą, by wybrać się do kin. Mnie na liście obsady obok Judi Dench jako księżnej Dragomiroff czy Johnny’ego Deppa w roli Ratchetta urzekło nazwisko Sergeia Polunina, którego znałam dotąd wyłącznie jako wybitnego tancerza baletowego (daje on zresztą w filmie drobny popis swoich umiejętności). Postaci jest wiele, a każdy z aktorów miał zaledwie parę ujęć, by ukazać swój kunszt i postarać się zarysować osobowość. Niektórych po seansie pamiętamy więc lepiej, innych mniej – mi w pamięć zdecydowanie najbardziej zapadła grana przez wspaniałą Michelle Pfeiffer, Caroline Hubbard.

W konstrukcji zagadki Christie ujmuje prostota – mamy oto morderstwo w wykolejonym przez lawinę pociągu i kilkunastu podejrzanych, z których jeden musi być zabójcą. Ofiarą jest biznesmen Ratchett, który otrzymywał anonimowe pogróżki i miał prawo obawiać się o własne życie. Wśród pasażerów dostrzeżemy przekrój różnych charakterów, narodowości czy pozycji w towarzystwie: od księżnej i pary dyplomatów, przez misjonarkę, aż po guwernantkę i lokaja. Szybko okazuję się jednak, że między pozornie nieznajomymi podróżnymi istnieje wiele powiązań. Czy to tylko przypadek? Na to pytanie stara się odpowiedzieć Hercules Poirot.

Akcja toczy się przez większość czasu w pociągu, wydawałoby się więc, że nie daje to zbyt wielkiego pola do popisu scenografom. Lecz nawet w szczegółach widać dbałość twórców – zachwycają kadry pociągu mknącego przez góry, przeplatające się ze scenami w przedziałach, wymowne jest na przykład przestawianie twarzy poszczególnych postaci jako rozmazujących się za szkłem. Takie detale oddają lekko niepokojący klimat miejsca akcji i sprawiają, że obraz jest spójny, a poszczególne sceny łączą się w ciekawą do oglądania całość.

Nie da się nie zauważyć na co starają się zwrócić uwagę widzów twórcy – problem dyskryminacji rasowej czy nietolerancji przewija się przez niemal dwie godziny trwania filmu w kolejnych scenach i dialogach. Mamy zatem czarnoskórego lekarza, spotykającego się z szykanami, austriackiego profesora, głoszącego teorie o wyższości jednych narodów nad drugimi, czy też mężczyznę o nazwisku Marquez, które od razu zwraca na niego podejrzenia części pasażerów. Ta moralizatorska część może wydać się nieco wymuszona, ale sceny te zostały na tyle subtelnie wkomponowane, że nie razi to widza.

Do dzieł Agathy Christie mam wielki sentyment odkąd kilka lat temu sięgnęłam po raz pierwszy po powieść z przygodami małego Belga. Miałam więc kilka oczekiwań co do najnowszej ekranizacji. Film Kennetha Branagha ogląda się miło, choć z lekkim znużeniem – nawet jeśli ktoś nie zna rozwiązania zagadki, dosyć łatwo można się tego domyślić. Sprawa morderstwa i śledztwo nie jest główną osią filmu, fabuła opiera się raczej na relacjach między poszczególnymi postaciami i chociaż nie jest to wadą, to samą ekranizację określiłabym jako, niestety, zaledwie dobrą.

Ciekawą kwestią jest natomiast końcowa myśl Herculesa Poirota, problem, przed którym staje on i reszta bohaterów – czym jest sprawiedliwość i czy mamy prawo wymierzać ją sami, gdy środki dozwolone prawem zawiodą? Rozwiązanie wcale nie jest oczywiste, wydaje się wręcz, że w niektórych sytuacjach po prostu nie ma dobrego wyjścia. I tak prosta historia o morderstwie staje się podstawą do rozważań na tle moralności i natury ludzkiej, ale z tymi rozterkami – bodaj najważniejszą rzeczą, jaką można było wydobyć z powieści Christie – widz zostaje już sam po opuszczeniu seansu.

1 Komentarz
  1. Bardzo trafna myśl na koniec recenzji. Mnie samej w „Morderstwie…” czegoś zabrakło. Grają tu wielkie nazwiska, kostiumy są świetnie zrobione, zdjęcia i muzyka to majstersztyk, a jednak wyszłam z kina z lekką nutką goryczy. Czegoś mi tu brakowało i najgorsze jest to, że sama nie wiem czego.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany