Nina Andrycz – królowa, dama, żona premiera

Kiedy otrzymałam propozycję napisania tekstu o Ninie Andrycz, początkowo odrobinę się zmieszałam – w odmętach świadomości oczywiście pobrzmiewało mi nazwisko, a wokół pobłyskiwały luźno słowa: aktorka, teatr, dama, Cyrankiewicz. To jednak niewiele, by móc się szerzej wypowiedzieć na jej temat. I to właśnie ta myśl, która uświadomiła mi moje ubytki w wiedzy – poza drobnym zawstydzeniem – zmotywowała mnie do przyjęcia wyzwania. Pozwalam sobie nazwać to wyzwaniem, ponieważ  wiem, że nie jest tak łatwo ująć jej osobę w krótkim tekście. Nina Andrycz to królewski ptak, który wyślizguje się spoza wszelkich konwenansów; który uwodzi, szokuje, przyciąga i z właściwą dla siebie manierą, potrafi trafnie odpowiedzieć na każde pytanie, co jednocześnie sprawia, że barierę dystansu bardzo trudno pokonać, mimo że przecież nigdy nie było (i już niestety nie będzie) mi dane z nią porozmawiać.

Już wokół prawdziwej daty jej narodzin pojawia się drobne zawirowanie, ponieważ tak naprawdę urodziła się w 1912 roku, choć niemalże do końca życia utrzymywała za właściwą datę 1915. Swoje młode lata spędziła w sowieckim Kijowie – los chciał, że rewolucja zaskoczyła tam ją i jej matkę, uniemożliwiając powrót. W wyniku kolejnych niefortunnych zdarzeń okazało się, że bogaci krewni, do których przyjechała wówczas w odwiedziny, stracili majątek. Uratowały się dzięki wykształceniu matki – znała trzy języki i mogła podjąć pracę tłumacza. Mała Nina chodziła  do szkoły i korzystała z tak zwanych abonamentów dla głodujących – były one przepustką do świata kultury. To dzięki nim jako dziewczynka podziwiała między innymi arcydzieła Goethego i Dostojewskiego. Zainspirowana tym, co widziała, odrywając się od głodu, nędzy i strachu, recytowała wiersze, a w jej głowie coraz częściej pojawiała się myśl, że jest istotą niezwykłą, godną lepszego bytu.

Mówiąc wiersze, zdałam sobie sprawę, że mam pewną władzę nad rówieśnikami, że nikt się nie wierci, nie gwiżdże, że mnie słuchają.

Za sprawą ojca wreszcie mogły legalnie powrócić do kraju. Niezaniechane marzenia z przeszłości o tym, by zostać aktorką, wciąż wirowały jej w głowie, lecz raz po raz  niweczyła je matka. Pragnęła bowiem, by jej córka otrzymała porządne wykształcenie. Mimo że – wedle woli rodzicielki – rozpoczęła naukę na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie i historię na Uniwersytecie Warszawskim, to ani jednych, ani drugich studiów nie ukończyła. W 1934 roku dopięła swego i stała się absolwentką Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej, udowadniając od tej pory, że słowo teatr powinno być synonimem jej życia. Początkowo występowała w wileńskim teatrze na Pohulance, jednak to w stolicy, w Teatrze Polskim, pod skrzydłami Arnolda Szyfmana, tworzyła niezwykłe kreacje i wkradała się w pamięć zachwyconej widowni. Mając dwadzieścia jeden lat, stała się gwiazdą Warszawy za sprawą premiery utworu Jarosława Iwaszkiewicza Lata w Nohant, gdzie zasłynęła jako Solange. To w tych czasach poznała swoją pierwszą i – jak powtarzała później – jedyną miłość, Aleksandra Węgierkę – dużo starszego od niej aktora, reżysera i wykładowcę. Ukochany nie przeżył wojny, a jego fotografia jeszcze długo wisiała w jej gabinecie.

Wojna oznaczała zerwanie z teatrem. Aby się utrzymać, musiała pracować jako kelnerka. Wśród artystów figuruje ponoć takie przekleństwo: Bodajbyś z tacą chodził. Andrycz z tacą chodziła i na szczęście sroga przepowiednia spełniła się tylko chwilowo, bo po wojnie wróciła do grania, zdobywając jeszcze większy rozgłos. Kradła serca zarówno mężczyzn, jak i kobiet: Kobiety, widząc mnie na scenie, wzdychały. Zakładałam sztuczne perły, diademy, suknie. 250 razy byłam Marią Stuart, 150 razy Elżbietą, królową Hiszpanii.

Nina Andrycz nigdy już nie zdjęła korony. Publiczność była nią zachwycona, a jedna z anegdot głosi, że po tym, jak Mariusz Dmochowski krzyknął  na dużej scenie do niej bardzo obelżywie: ty suko!, do teatru zaczęły napływać serie listów z protestami. Nie suka, tylko dama i królowa, mamy dosyć chamstwa na ulicy, w tramwajach i autobusach i wypraszamy sobie podobne rzeczy na scenie. Po tygodniu reżyser zmiękł: Głos ludu, głos boży, wykreślamy sukę.

Wielki sukces odniosła w Szkole obmowy. Kilka dni po premierze otrzymała bukiet pięknych róż z biletem, na którym widniały inicjały J.C. Tajemniczym wielbicielem miał okazać się Józef Cyrankiewicz, polski działacz socjalistyczny i komunistyczny, sekretarz Centralnego Komitetu Wykonawczego. Mimo że był bardzo bystrym politykiem, zawsze świetnie ubranym, przystojnym i obytym w świecie, Andrycz niechętnie zgodziła się na pierwsze spotkanie. Za to już na drugim mieli podobno rozmawiać o małżeństwie, do którego doszło w  1947 roku. Gwiazda polskiej sceny stała się Pierwszą Damą, jednak funkcja ta nieszczególnie ją interesowała. Nie na tyle, by poświęcić życiową pasję. Chciała zachować całkowitą niezależność i być kojarzoną z kimś, kto sam zapracował sobie na nazwisko, czyli na miano wybitnej aktorki, nie na żonę premiera. Warunki, jakie postawiła były bowiem jasne: nigdy nie zrezygnuje z teatru i nie pragnie zostać matką.

Towarzyszyła mężowi tylko wtedy, gdy wyjazdy nie kolidowały z jej zawodowymi obowiązkami.  Polubił ją sam Stalin, od którego dostała futro z norek. Ponoć nigdy go nie założyła. Praca była dla niej tak ważna, że nawet, nie licząc się z konsekwencjami, podczas jednej z wizyt na Kremlu, gdzie miała odbyć się bardzo ważna kolacja, Andrycz nieoczekiwanie wróciła do Warszawy, by wystąpić w teatrze. Ta decyzja wywołała taką panikę wśród polskiej delegacji, że jeden z jej członów zemdlał ze strachu. Na szczęście Stalin przyjął tę odmowę ze spokojem i zrozumieniem, kwitując to jedynie: ta kobieta musi lubić swoją pracę. Innym razem Andrycz wracała na spektakl w trybie przyśpieszonym aż z Chin. Gdy przejeżdżali obok teatru, Cyrankiewicz zwykł mawiać: oto mój największy konkurent.

Po dwóch latach małżeństwa zamieszkali przy alei Róż – była to prestiżowa dzielnica elity. Mieszkał tam również Broniewski, Słonimski, Żółkiewski i Gałczyński. I w zasadzie nie jest to fakt z życia Niny Andrycz, o którym musicie koniecznie wiedzieć, ale wiąże się z tym kolejna, dosyć niecodzienna i zabawna historia. Otóż, pewnego dnia ponoć właśnie Gałczyński zapukał do drzwi pary, przedstawił się, zapytał, gdzie jest łazienka… i do niej zwyczajnie wszedł. Następnie się wykąpał, a wychodząc powiedział, że zawsze chciał to zrobić w wannie premiera.

Andrycz dwukrotnie zaszła w ciążę i dwukrotnie dokonywała aborcji. Nigdy się z tym nie kryła i bardzo odważnie się na ten temat wypowiadała: Miałam zawsze wstręt do ciąży, za to jako aktorka bez przerwy rozmnażałam się psychicznie. Bo – jak mówi bohaterka mojej sztuki Lustro: Kiedy jest się naprawdę gwiazdą, to nie rodzi się dzieci, rodzi się role.

Druga aborcja była ciosem dla Cyrankiewicza. Dla Andrycz wciąż praca, kontakt z publicznością były sprawami pierwszorzędnymi – on pragnął dzieci, domowego ogniska. Planował rozwód z aktorką i tak też niedługo potem się stało – rozstali się bez większych problemów, z zastrzeżeniem, że nie będą wypowiadać się nigdy publicznie na temat wspólnego życia.


Artystka była głównie aktorką teatralną, rzadko spotykaną na szklanym ekranie, choć myślę, że warto obejrzeć Warszawską premierę, Ucztę Baltazara, czy Serce na dłoni; nadal figuruje jako pierwsza dama Teatru Polskiego, a także, o czym niewielu wie, była poetką – wydała kilka tomików, do których przedmowę chciał pisać Iwaszkiewicz. Nigdy nie przestawała być aktywna, zawsze blisko ludzi, choć zdystansowana, przepisała niemalże cały majątek na cele WOŚP. Zmarła w 2014 roku. Pragnęła, by na jej grobie widniał napis: Królowa Teatru Polskiego. Prośbę spełniono.

Umarła z głodu nosząc czekoladę w kieszeni.
Umarła z zimna w słonecznych pelerynach lipca.
Umarła z gniewu w łóżku prawdziwego mężczyzny.

Dworzec z którego odjechała dawno spłonął
ale w snach jej powraca więc ona ciągle odjeżdża.

Monika Babińska

Cierpię na chroniczny brak pieniędzy, ponieważ wszystko wydaję na bilety do Teatru, książki, podróże, płyty i kino. I właśnie te pięć słów jest wszystkim tym, co kocham, dlatego rzadko żałuję pustych kieszeni. W wolnych chwilach rzucam studia, włóczę się w piżamie po mieście i tęsknię, bo:"czasem mam lat cztery, a czasem cztery tysiące".

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany