„Cicha noc”, głośny film

Cichą noc obejrzałam na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. To był wieczorny seans, czwarty dzień festiwalu, mój trzeci film tego dnia. Nie widziałam wcześniej żadnego zwiastuna, nie znałam reżysera, nie miałam pojęcia czego dotyczy historia, a przez to – nie miałam żadnych większych oczekiwań. Marzyłam tylko o tym, żeby nie zasnąć. Kiedy dwie godziny później wychodziłam z Teatru Muzycznego, byłam szczęśliwa, że poszłam na film z tzw. czystą kartą. A Domalewski zgrabnie ją zapisał.

Shakin’ Stevens śpiewa nieśmiertelne Snow is falling, a kadr z autobusu podpowiada widzowi, że bohater wraca do domu na święta. Można by rzec – sielanka, scena jak z amerykańskich komedii romantycznych, które rozgrywają się w okresie bożonarodzeniowym. Ale to tylko złudzenie, bo Cicha noc cichą i idylliczną produkcją wcale się nie okazuje. Wręcz przeciwnie – filmowi bohaterowie są zagubieni, przerażeni teraźniejszością i przyszłością. Uciekają od swoich problemów w alkohol, krzywdzą się nawzajem, skrywają mroczne tajemnice. A cała historia dzieje się na polskiej wsi, której daleko do oświetlonego milionem lampek nowojorskiego Manhattanu.

Piotrowi Domalewskiemu należą się owacje na stojąco. Z pozornie banalnych historii utkał opowieść uniwersalną, mądrą i słodko-gorzką. Być może trudną do zrozumienia dla tych, którzy nigdy nie żyli w Polsce, ale na pewno ważną dla wszystkich Polaków, bez względu na wiek czy miejsce zamieszkania. Pojawia się tutaj także próba zmierzenia z problemem emigracji i odpowiedzenia sobie na pytanie czy warto wyjeżdżać z Ojczyzny, gnając za lepszym jutrem, czy może lepiej pozostać w kraju i tutaj – blisko rodziny – próbować jako tako wiązać koniec z końcem. Pojawiające się w filmie dialogi mogłyby zapewne zostać wykorzystane w prawie każdym domu podczas świętowania Bożego Narodzenia. Podobnie jak każdy z bohaterów nosi w sobie cechy, jakie dostrzegamy w naszych bliskich, przyjaciołach, sąsiadach. A także w nas samych. Te wszystkie elementy sprawiają, że widz utożsamia się z przedstawionymi historiami i zanurza się w precyzyjnie zbudowany przez Domalewskiego świat.

Cicha noc to film, którego siła niewątpliwie tkwi w aktorach. Chociaż minęły dwa miesiące od projekcji, w której brałam udział, pamiętam wyraźnie wszystkich bohaterów – różniących się między sobą, skrywających bolesne tajemnice. Dawid Ogrodnik i Tomasz Ziętek – których fizyczne podobieństwo niewątpliwie pozwala widzowi z łatwością uwierzyć w ich pokrewieństwo – stworzyli braterski duet, między którym napięcie wyczuwalne jest już od sceny pierwszego spotkania. Ukradkowe spojrzenia, półsłówka rzucane zamiast odpowiedzi, unikanie kontaktu – to wszystko sprawia, że z niecierpliwością wyczekuje się finału tego konfliktu. Arkadiusz Jakubik i Paweł Nowisz jako ojciec i dziadek, oboje nadużywający alkoholu i szukający w nim ukojenia, współtworzą psychologiczny portret alkoholika. Piję, bo chcę, piję, bo lubię, piję, by zapomnieć. Zabawne teksty dziadka przywodzą na myśl te, które wielokrotnie słyszało się przy stole wigilijnym. W tej postaci bowiem każdy widz odnajdzie cechy wujka Staśka czy Wieśka, którzy w każde święto wcielają się w rolę wodzireja imprezy, co chwilę dolewając wódki do kieliszków. Szczególnie zaś do swojego kieliszka. Jeśli chodzi o skojarzenia, podobnie jest z matką Adama, graną przez Agnieszkę Suchorę – gospodynię czuwającą nad przebiegiem uroczystości, dbającą o każdy szczegół i pragnącą by za wszelką cenę doprowadzić Święta do szczęśliwego finału. Jest też Jolka i jej mąż Marcin (Maria Dębska i Tomasz Schuchardt) – młode małżeństwo zmagające się z wieloma problemami, wśród których najpoważniejszym jest przemoc. Jest Kasia (Amelia Tyszkiewicz) – dziewczynka, która naiwnie wierzy jeszcze w rodzinny spokój i magię Świąt. Czasem widz ma możliwość spojrzeć na rozgrywające się wydarzenia właśnie jej oczami – mała dokumentuje Wigilię kamerą przywiezioną przez brata.

Stopniowo narastający konflikt zyskuje na sile dzięki powolnemu rozwijaniu się akcji. W filmie zdarzały się momenty, w których w mojej głowie pojawiała się myśl: jakie to przegadane, jakie rozwleczone, nie można byłoby szybciej? Dopiero po wyjściu z seansu zrozumiałam, że owszem – pewnie byłoby można przeskoczyć kilka wątków, poprowadzić tę historię inaczej, ale czy wtedy nadal pozostałby tak widoczny jej sens? I czy właśnie te dłużące się momenty nie są kluczowymi, bo pomagają widzowi zrozumieć mentalność bohaterów, lekko znudzić się panującym w ich domu pewnego rodzaju letargiem, który leczy się wódką? Poza tym, w kontrze do tych leniwych kadrów dostajemy naprawdę genialne teksty, które zmuszają nas do zastanowienia się i zatrzymania, tak potrzebnego szczególnie w grudniowy czas.

Cicha noc powinna stać się klasykiem wśród filmów bożonarodzeniowych. To zwyczajnie mądry film, obnażający wszystkie zalety i wady polskiej rzeczywistości i uświadamiający widzom, co jest tak naprawdę ważne w życiu i o czym nigdy nie należy zapominać. A co to takiego? Obejrzyjcie i zdecydujcie sami.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany