„Miała potrzebę wstawić stopę w drzwi” – opowieść o Zuzannie Ginczance

Zuzanna Ginczanka to poetka, która wkroczyła z butami w moje życie za sprawą projektu Ginczanka. Żar – Ptak i została w nim na dobre. Nie sądziłam, że trafi mi się jeszcze taka fascynacja czyjąś poezją, a już na pewno, że będzie to poetka przedwojenna. Ginczanki jest zdecydowanie za mało, jej wiersze powinny wyjść na ulicę, zwłaszcza teraz, kiedy znów nadeszły dziwne, niepewne czasy. Projekt poznałam trzy lata temu, udało mi się go w pierwszych roboczych wersjach zobaczyć aż trzykrotnie. Wiele się przez ten czas w nim zmieniło, dojrzał, rozrósł się i wreszcie 21 listopada 2017 roku w Teatrze Polskim w Warszawie, będzie można go obejrzeć w wersji, jak same autorki mówią – skończonej, choć nadal dającej możliwość rozwoju. Do Gabi von Seltman – pomysłodawczyni i Doroty Jaremy – autorki muzyki i wykonawczyni dołączyła Kamilla Baar-Kochańska – aktorka. I to właśnie te trzy artystki zaprosiłam do rozmowy, nie tylko o Ginczance, ale przede wszystkim o człowieku i o tym dokąd zmierza świat i dlaczego poezja Zuzanny, mimo że jej wiersze powstały wiele lat temu, nadal jest przerażająco aktualna.

Dorota Jarema: Cała rzecz zaczęła się od tego, że chciałyśmy znaleźć ciekawe teksty, które można by było śpiewać. Gabi wtedy pomyślała o Zuzannie Ginczance. Uznałyśmy, że chcemy się z tym zmierzyć. Pierwszy tekst Wyjaśnienia na marginesie (mój ulubiony z całej serii) tak mnie poniósł, że właściwie od razu go zaśpiewałam. Później dołączył do nas Paweł Szamburski, który mnie niezwykle zainspirował swoimi pomysłami harmonicznymi, rytmicznymi. Paweł oprócz tego, że jest znakomitym klarnecistą i improwizatorem, to posługuje się jeszcze elektroniką, co jest szalenie ciekawe i co stało się dla mnie motorem do tworzenia melodii. Na tej bazie fantastycznie nam się współpracowało.

Gabi von Seltman: Czułyśmy jednak, że to musi być coś więcej niż sam tekst Ginczanki, że to jest za mało do wytłumaczenia, albo opowiedzenia tej historii. Pamiętam jak po koncercie w JCC Warszawa reżyser Łukasz Kos powiedział nam właśnie, że sama poezja nie wystarcza, że trzeba projekt jeszcze wypełnić. I wtedy pojawiła się Kamilla.

Kamilla Baar-Kochańska: Dorota z Gabi już dawno wspominały, że chciałyby mnie do tego projektu zaangażować. Długo szukaliśmy tekstu, bo miałyśmy pewność, że brakuje w koncercie elementu, który dopełniłby go, dodałby mu dramaturgii, dałby możliwość szerszego opowiedzenia o psychice, czy też o wrażliwości Ginczanki. Te wiersze – utwory oczywiście powinny być kluczowe dla całego projektu, ale tak naprawdę brakowało w nim atmosfery, pewnego świata, który może zostać wypełniony czymś jeszcze, oprócz samej muzyki. Wtedy pojawiła się Bożena Keff, która stworzyła teksty. Powstawały różne ich wersje i jak już byliśmy pewni jak to powinno wyglądać, to zaczęliśmy się wdrażać. Tak naprawdę to co mamy gotowe i z czym wychodzimy do ludzi 21 listopada, to jest kompletna i rozwinięta forma koncertu.

Od lewej: Gabi von Seltman, Kamilla Baar-Kochańska, Robert Bęza, Dorota Jarema, Paweł Szamburski fot. Gabi von Seltman

DJ: Cały nasz projekt to wydarzenie multimedialne. Towarzyszy nam przecież obraz, wspaniałe zdjęcia Marka Gajczaka i video Roberta Bęzy plus Kamilla, która jest narratorem całości.

KBK: Wszyscy jesteśmy pewni, że ten koncert będzie ewoluował. Marzymy, żeby brali w nim udział różni artyści, zarówno aktorzy, jak i muzycy. Myślimy o tym, żeby była forma otwarta. W sytuacji wyjeżdżania na festiwale czy koncertowania za granicą zapraszalibyśmy człowieka z tamtego środowiska, kogoś symbolicznego, kto działa na rzecz walki o miejsce dla uchodźców. Kogoś kto jest w te tematy osobiście zaangażowany. Mówimy więc o zamkniętym koncercie,  ale takim, który jest dla nas punktem startu i wyjścia.

DJ: Wiersze Ginczanki są niezwykle inspirujące do pisania muzyki, choć nie są łatwe. Wręcz szeleszczące, drżące, drapiące,  często nierymowane. Ja – może dlatego, że jestem instrumentalistką – myślę o śpiewaniu, jak o graniu na instrumencie, o tym, że ten tekst niesie mnie w jakaś przestrzeń muzyczną. Było to więc dla mnie niezwykle ciekawe doświadczenie, odkrywcze. Zresztą nurtuje mnie pytanie, czy Zuzanna pisząc swoje teksty myślała, że ktoś kiedyś mógłby je zaśpiewać, czy myślała muzycznie? Jaki miała gust muzyczny, co ją najbardziej fascynowało w muzyce, czy w ogóle muzyka była dla niej inspiracją do tworzenia.

KBK: Ona tak naprawdę była ikoną i żyjąc zaledwie kilka lat tutaj w Warszawie, stała się kobietą, która intrygowała, fascynowała. To co jest niezwykle cenne, to potrzeba- kiedy jest się artystą, poetą i pisze się coś w rodzaju dzisiejszego bloga (Ginczanka pisała przecież do Szpilek) – zachować tajemnicę, która była i jest nadal niezwykle nośna. Ginczanka intryguje, to rodzaj fascynacji, dochodzenia, czegoś takiego bardzo specjalnego. Mamy do czynienia z osobą, o której emocjach, uczuciach, lękach, możemy się dowiedzieć tylko z wierszy. Z jednej strony jest ich dużo, z drugiej – w perspektywie tego ile jeszcze mogła napisać – to tak naprawdę bardzo mało.

GvS: Zuzanna Ginczanka była bardzo młoda, miała 27 lat kiedy została zamordowana. To był człowiek, który się dopiero stwarzał. Wiersze, których używamy, poza jednym Non omnis moriar, który jest z 1942 roku, pisała przed 1939. Jest część pisana w okresie takim bardzo młodzieńczym, co się oczywiście czuje i potem przychodzi okres, w którym zaczyna dojrzewać jako artystka. I wtedy nadchodzi śmierć. Ona tak naprawdę nie miała szansy na pełen rozwój.

Nie mamy dostępu do materiałów, które powstały w czasie wojny. Jedyny z nich to właśnie Non omnis moriar. Ostatni tekst Zuzanny to prośba z więzienia w Krakowie napisana 18 kwietnia 1944 roku – żywność, ocet sabadylowy [środek przeciw wszom], jabłka, pantofle na podeszwie sznurkowej nr 38.

KBK: Coś co zastało zapisane i niedawno znalezione. Taki przygnębiający sygnał tego ostatniego tchnienia.

DJ: Ile razy śpiewam jej wiersze, widzę coś zupełnie innego. Niezwykła ponadczasowość jej utworów prowadzi nas w rejony znane, ale nieuświadomione.

KBK: Ciężko mierzyć się z osobą tak złożoną jak Ginczanka. Nie stawiamy sobie zadania opowiedzenia jej biografii, bo każdy kto poczuje potrzebę poszukiwań, po prostu do niej sięgnie. I zetknie się z cieniem, z tajemnicą. Tak naprawdę z opowieści innych ludzi tworzy się mapę jej istnienia.

GvS: Nie było jej łatwo – kobieta, piękna kobieta. Charakterystyczna jej cecha i w życiu, i w twórczości, to to, że cały czas umykała stereotypom. Kobieta, poetka, Żydówka. Nie chciała być zaszufladkowana.

DJ: Miała potrzebę wstawić stopę w drzwi.

GvS: I takie bycie poza ramami gdzieś ewidentnie czuć w jej zachowaniu. Musiała się ukrywać. Jest taki utwór, w którym pisze jeszcze przed wojną o zwierzętach, a tak naprawdę sama się tym zwierzęciem łownym stała. Ginczanka była świadomie wykluczana, a po śmierci nie była włożona w żadne kanony literatury, przedstawiało się ją, jeśli w ogóle się przedstawiało, tylko jako ładną kobietę. Należała do artystów-socjalistów. Na dodatek żydówka miała wszystkie wytyczne, które powodowały, że miało jej nie być.

KBK: Ginczanka była pionierką. Wszystkie tematy głębokie, fizjologiczne, kobiece, konfrontacja światów – męskiego i żeńskiego, przynależność do natury – to była nowość. To jest taka feminizacja i antycypacja, walka o niezależność. Jej pisanie jest antysalonowe. Bo jej świat wewnętrzny jest antysalonowy. Tam jest odpowiedzialność, bunt, świadomość i ból: pisząc przypływ i odpływ pociągów czas wzbierający obwieści, przewidziała nadejście pociągów, Holocaust. Była niezwykle uduchowiona.

 

GvS: Z drugiej strony Ginczanka flirtująca, seksowna, pisząca utwór Zdrada, który Dorota pięknie śpiewa.

KBK: Identyfikowała sie z światem natury zwierząt. Prócz tego fascynujące jest to, że potrafiła pisać rzeczy śmieszne, zgryźliwe, krytyczne. Była bardzo inteligentna. Jest w tym też wiele erotyki, takiej potraktowanej w sposób metaforyczny, nieoczywisty, takiej dzięki której ciarki przebiegają po plecach.

DJ: Jest tez wiersz fizjologia, który mnie niezwykle wzruszył. Wyobraźmy sobie, co może czuć osoba w zamknięciu, bez możliwości wyjścia. Zaczyna wsłuchiwać się we własne ciało. Skupiać na szczegółach. Wtedy …pod opalonym naskórkiem krew podrażniona boli…

KBK: Odbieramy poezję Ginczanki przez pryzmat natury, która właściwie była jej domem, takim bezpodziałowym, bezgranicznym. Chciałyśmy dotknąć tej natury i stąd wziął się pomysł zdjęć zrealizowanych przez Marka Gajczaka w naszym polskim lesie. Niebo, ziemia, drzewa, liście, zwierzęta – to wszystko co jest bezpaństwową, ale suwerenną formą istnienia na ziemi. O ile człowiek pozwoli na to, natura pozostaje poza podziałami. Bardzo nas to interesowało i Bożena Keff w tekście położyła nacisk na to, że natura jest naszym domem, więc szłyśmy tym tropem.

Okazało się, że dzięki temu buduje się pewna nowa dramaturgia, nowa forma, dająca nam przestrzeń, oddech i wolność. której wcześniej nie widziałam w teatrze, taka kompletna wolność. Możemy to koncertować w każdym miejscu – w kinie, w teatrze, na pustyni, w sali koncertowej. Jesteśmy wolne. Cały ten projekt powstał z potrzeby wolności.

fot. Gabi von Seltman

DJ: Czasem twórcy bardzo długo siedzą nad swoim dziełem, boją się go pokazać publiczności z różnych przyczyn, a myśmy uznały, że to będzie walor, że zobaczymy odbiór ludzi w początkowej fazie i to nas zainspiruje do dalszej pracy.

GvS: Widzowie mieli szansę zobaczyć nas tak naprawdę w pracy na różnych etapach rozwoju. Ciekawi jesteśmy tego odbioru teraz, kiedy jest to już efekt końcowy.

DJ: Rola Kamilli, która od teraz jest z nami jest tak naprawdę nieoceniona. Ona łączy te teksty w całą opowieść i dzięki temu dla odbiorcy stanie się to kompletne. Faktycznie teksty wyrwane z kontekstu są trudne, ironiczne, pełne przenośni i pytań co autor miał na myśli. Generalnie jest to projekt, który ewoluuje i się zmienia, i jeszcze na pewno będzie się zmieniał, bo jest żywy chociażby z tego powodu, że jest w nim mnóstwo improwizacji muzycznej. Tekst jest nienaruszalny, ale z muzyką możemy robić, co nam się podoba. Do tego kreacja Kamilli, to że za każdym razem ona też to zagra inaczej, że nie ma w tym powtarzalności. Nie chcemy, żeby to był hołd oddany Zuzannie. My chcemy ją przybliżyć jako zwykłego człowieka, młodą dziewczynę, która przez poezję starała się odtraumatyzować rzeczywistość, żeby przeżyć, żeby nie zwariować. To jaki będzie nasz koncert danego dnia, zależy w dużej mierze od publiczności, od tego w jakim stopniu ona się zaangażuje.

GvS: Wszyscy w tym projekcie przekroczyliśmy jakieś granice. Dorota na przykład stworzyła muzykę, a wcześniej nie komponowała.

DJ: Nie nazywałabym tego w ten sposób, bo mam ogromny szacunek do kompozytorów, wychowałam się na muzyce klasycznej. Po prostu Zuzanna swoimi wierszami wprowadziła mnie w trans śpiewania melodii.

GvS: To czego ja się uczę w tym projekcie, to pozwolenie sobie, aby niektóre rzeczy się po prostu same działy, a to bardzo trudne, tak na życie również. Teraz – po latach – mam poczucie, że się dzieje tak jak powinno i idziemy z koncertem w dobrą stronę. Trzy lata temu zaczęłam wybierać wiersze Ginczanki, a po drodze był głęboki proces twórczy. Udało mi się zebrać artystów, których już kiedyś spotkałam na swojej drodze. Każdy z nas włożył w ten koncert kawałek swojej osobowości. Widz będzie mógł zobaczyć kalejdoskop inspiracji i wybrać swoja drogę poznawania twórczością i życia Zuzanny.

Gdy zaczynaliśmy ten projekt, myślałam, że będzie o przeszłości, a teraz niestety mam przeszywające wrażenie, że historia zatacza koło i dotykamy tym koncertem jakże starych, wynikających z głupoty i kompleksów problemów – nacjonalizmu i faszyzmu. Projekt ewidentnie powstał po to, aby dać ludziom radość, ale też zastanowienie.
Byliśmy pierwszymi, którzy stworzyli muzyczną wersję poezji Ginczanki, a wszystko to, ponieważ jej twórczość jest niestety nadal szalenie aktualna i szerzej mało znana. Mamy w jej tekstach historię zdrady, bycia uchodźcą, ucieczki. Poza tymi wszystkimi radosnymi rzeczami, które poruszała, jest też ogromna tragedia. I odwołujemy się do tego co się kiedyś wydarzyło, po to żeby powiedzieć ludziom: zobaczcie co się teraz dzieje, gdzie my jesteśmy, co się z nami stało, czemu do cholery nie uczymy się z przeszłości?

Ginczanka jest lodołamaczem, idą za nią setki zapomnianych kobiet, pisarek, artystek, Żydówek. Ona jest takim impulsem, by zastanowić się nad tym jak my w tej chwili żyjemy. My jako artystki, Jak możemy tę naszą twórczość przewodzić, jak ludzie ją odbierają. Na ile sztukę można użyć do tego, żeby mieć wpływ na rzeczywistość.

Justyna Kowalska

Miała być aktorką, ale okazało się, że zdecydowanie woli stać za sceną niż na niej. Marzycielka. Włóczykij.

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany