Październikowe uliczki, listopadowe marmury. Rzym jesienią

Mężczyzna z okularami przeciwsłonecznymi, w półmroku mija kolejne restauracje z gitarą i słowami ja piszę piosenki (te same trzy utwory gra co weekend). Potem trio: akordeon, kontrabas i trąbka, chodzące ze wzmacniaczami i stołkami. Dwie uliczki dalej – elegancki mężczyzna w garniturze, który odtwarza podkład z La donne è mobile i zaczyna oszałamiająco śpiewać. Witamy na Zatybrzu.

Zanim jednak to nastąpi, musi minąć poranek. Zimny, wilgotny i słoneczny, bo jesień w Rzymie zaczyna się od chłodu. Zza okna dni, które spędziłam tu na przełomie sierpnia i września, nie różnią się niczym od tych z kolejnej strony kalendarza: co dzień niebo pokrywa nieskażony błękit, rozjaśniony żółto-białym słońcem. Noce są bezchmurne, widać kilka gwiazd, a księżyc przesuwa się nad jasną łuną wiszącą nad Tybrem. Poranki i wieczory są jednak niezmiernie chłodne, zwłaszcza, że przyszły nagle, po tygodniach rozpływających się w temperaturze ponad trzydziestu stopni. Gdy idę rano ulic, wyłożone nierównymi kamieniami, zalewa cień. Jest naprawdę zimno, choć nic na to nie wskazuje: róże nadal kwitną, a koron drzew nie ubywa, raczej zdają się być paletą z różnymi odcieniami zieleni.

W kawiarni się nie siada. Stoją przy ladzie, tam jedzą, piją i rozmawiają. Jeśli brak przy niej miejsca – stoją obok, a jeśli i tam się nie wcisną, siadają na stołkach. Tuż przy wejściu rozciąga się lada, która rozdziela długie i wąskie pomieszczenie. Nie będzie miało więcej niż pięciu, może sześciu metrów długości. Do lewej ściany przymocowane są dwa podłużne, kamienne blaty, przy których stoją stołki barowe. Co rano jest tutaj tłum miejscowych. Dla Włochów jedzących w takich kawiarniach typowe śniadanie to croissant z nadzieniem i kawa. Z jednej strony ciasno jak w puszcze od sardynek, z drugiej strony – harmider, ruch i krzątanie się. Wszystko wypełniają pełne niezwykłego entuzjazmu, mocy i ilości decybeli rozmowy po włosku – Mamma mia!


Miejscowi przeważają w ciągu tygodnia, weekendy zaś należą do turystów i straniei: a więc każdego, kto pochodzi z zagranicy. Gdzie tylko restauracja wystawia stoły na zewnątrz, tam w kolejce ustawiają się uliczni grajkowie. Wybrzmiewa południe – słuchać wystrzał armaty, jak co dzień, gdy na zegarze pojawia się dwunasta – następnie dzwony, a potem Trastevere staje się jedną, obezwładniającą plątaniną dźwięków i utworów.

Zielone i brązowe okiennice kontrastują z jaskrawymi ścianami. Jeszcze nie jest chłodno – po zachodzie wilgotny chłód wypełni powietrze, ale teraz dopiero godzina szesnasta, więc jest jeszcze czas. Na Piazza di Santa Maria in Trastevere wchodzi starszy mężczyzna. Ma beżowe spodnie, ciemną marynarkę, dokładnie przystrzyżoną siwą brodę. W ustach przygryza cygaro, w lewej ręce trzyma ołówek i piękny zeszyt – w brązowe, złote i szare ornamenty na okładce. Prawą rękę zaciska na smyczy swojego psa, ten zaś to dość mały kundel o kręconej, szarej sierści. Codziennie o tej godzinie wychodzą razem na spacer.

Słońce pochyla się nad Zatybrzem. Znowu zalewa cieniem wąskie, nierówne, brukowane uliczki, a tynkom kilkupiętrowych budynków dodaje różowej, pomarańczowej i żółtej poświaty.

Przychodzi muzyczne trio, rozkładają wzmacniacze, dwa stołki i jedno krzesło. Po chwili ukazują się instrumenty: saksofon, gitara akustyczna i akordeon. Następnie zaczynają grać składankę utworów: od motywu przewodniego z Ojca Chrzestnego, po My Way Sinatry, La via en rose, a nawet motyw z Mission: Impossible.

Obłoki odbijają się w oknach kamienic. Niebo zalewa się różem i fioletem. Zbliża się północ. Tłumy ludzi zalewają uliczki – rozmowy są głośne, ludzie weseli, a napoje z procentami. Wiatr jest zimny i porywisty, i gna chmury po ciemnym niebie. Co silniejszy podmuch drewniane okiennice uderzają o mury. Zaczyna padać. Nad Rzymem zapada noc, a zaraz po niej – burza.

Natalia Stanusch

Studentka John Cabot University w Rzymie. Jej wieczny uśmiech to znak rozpoznawczy. Każda pora roku jest dla niej ulubioną. Uważa, że nuda to choroba, dlatego zawsze ma w głowie dziesiątki pomysłów. Kocha ludzi, rozmowy, tańczenie i śpiewanie. Wynajdywanie sobie nowych, nie raz niesztampowych wyzwań to jej hobby. Najpiękniejsze zwierzęta świata to dla niej mopsy. Bez muzyki nie potrafi żyć, tak jak bez muzeów, malarstwa, wycieczek w góry i teatru, po obu stronach sceny. Lubi czytać, chodzić na długie spacery, oglądać filmy, głośno się śmiać, pisać, podróżować, także palcem po mapie. Nie znosi szarości.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany