Bazgrzę po książkach

Każda biblioteka pachnie podobnie. Kurzem, drewnem i starym papierem. W powietrzu unosi się pył, dostrzegalny lepiej pod światło. Kiedy myślę o bibliotekach, w mojej głowie mnożą się obrazy. Niewiele pamiętam z dzieciństwa, ale mam przed oczami taki kadr: stoję z tatą przy stoliku z książkami, dział dziecięcy, biblioteka kilka kroków od domu. Zza postaci bibliotekarki wyłaniają się kolorowe okładki. Pokazuję je palcem, wybieram dwa, trzy tytuły. Do domu wracam podekscytowana, zaszywam się w pokoju i długo przeglądam te książki, dotykam je, wącham. Nie wiem od której zacząć, nie wiem jak się za nie zabrać, ale podświadomie czuję, że staną się one ważnymi towarzyszami mojego życia.

Tych bibliotek było w moim życiu dziesiątki. Biblioteki szkolne, miejskie. W mieście rodzinnym, potem w Łodzi, Pradze, Warszawie… Gdzie bym nie pojechała, gdzie bym się nie przeprowadziła, w pierwszej kolejności szukam informacji o najbliższej bibliotece. A potem przepadam w niej na kilka godzin, odkrywając nowe działy, orientując się gdzie można znaleźć biografie a gdzie kryminały. Przyglądam się spotkanym pomiędzy regałami ludziom, wymieniam kilka zdań z pracującą tam panią, by po wyjściu móc oficjalnie stwierdzić, że nie ma jak w domu.

Tak się zdarzyło, że w ostatnim miesiącu odwiedziłam cztery różne biblioteki. Te częste odwiedziny uświadomiły mi pewien fakt, na który wcześniej zupełnie nie zwracałam uwagi. Gdy na półce stoi kilka wydań tego samego tytułu, zawsze sięgam po najstarsze. Nie to z najładniejszą okładkę, nie to przyciągające wzrok wymyślną czcionką, ale to najstarsze, rozpadające się i często zapomniane przez lata.

Dotykając starych kartek, myślę o ludziach, którzy czytali tę książkę przede mną. Co z niej zapamiętali? Czy stała się dla nich ważna? Czy powrócili do niej po latach? Ile rąk trzymało ją przede mną? Były to dłonie dojrzałe, spracowane czy beztrosko młode? Pytania retoryczne mnożą się i choć nie ma na nich odpowiedzi, wypatruję wskazówek na pożółkłych stronach. Do każdej najmniejszej podpowiedzi dopowiadam jakąś opowieść.

Czasem brakuje kartek. Kogoś musiał urzec jakiś cytat. Pokusa posiadania tych słów na własność była większa od poczucia, że nie jest ładnie wyrywać strony z – nie swojej na dodatek – książki.

Czasem dostrzec można odciski palców. Ktoś jadł pączka albo kanapkę z szynką, ubrudzone tłuszczem palce błądziły potem po kolejnych stronach, nieświadomie pozostawiając po sobie ślady zbrodni. Czy przy odrobinie determinacji byłoby możliwe odnalezienie podejrzanego?

Czasem widać plamy po kawie. Noc była długa, a książka ciekawa, historia porwała czytelnika. Parzył kawę, w jednej ręce trzymając czajnik, w drugiej – wypożyczony egzemplarz. Na oślep dolewał mleko, słodził za dużo, a potem potknął się niechcący w drzwiach i pół zawartości kubka wylądowało na sto trzydziestej ósmej stronie. Kilka zdań pozostało nieczytelnych.

A czasem kartki są czyste, niezagięte, jakby niczyje. Pomimo upływu lat tekst wydaje się nietknięty czasem. Żadnego podkreślonego zdania, ani jednej notatki. Przyglądam się takim książkom ze zdziwieniem. Czy to możliwe, że nikt ich nie czytał? Że stały na półce kilkadziesiąt lat, czekając na kogoś kto dostrzeże je wśród tysięcy innych egzemplarzy?

Przez długi czas powtarzano mi, że o książki trzeba dbać. Zakładać okładki, odkładać na półkę, nie pisać po kartkach i nie wyrywać stron. Wierzyłam tym słowom bezgranicznie i jeszcze w szkole średniej buntowałam się przeciwko tym, którzy na marginesach zapisywali ołówkiem jakiejś uwagi i spostrzeżenia. Od tego są zeszyty, na boga! Książka ma być czystą kartą. Czy aby na pewno?

Teraz trudno znaleźć w mojej prywatnej biblioteczce (a nie jest ona mała) książki bez czegoś mojego. Do niektórych wkładam zamknięte w kopertach krótkie listy z myślą, że otworzę je, gdy po kilkunastu latach sięgnę po ten tytuł ponownie. Być może zapisane spostrzeżenia i słownie utrwalone emocje zupełnie nie pokryją się z nowymi przeżyciami? Chciałabym wtedy o tym wiedzieć, skonfrontować swoje doświadczenia, zrozumieć co się zmieniło (w świecie czy we mnie), co spowodowało zmianę mojego myślenia.

Podobnie robię z książkami wypożyczonymi w bibliotece. Pomiędzy strony wtykam czasem zapisane odręcznie notatki, kilka słów, parę zdań, które pojawiły się w mojej głowie po lekturze. Zadaję pytania albo stwierdzam fakty. Wierzę, że kolejny czytelnik zatrzyma się choć na chwilę przy moich słowach, że staną się one integralne z całą przygodą, jaką jest czytanie.

Nie namawiam do zaginania rogów, zakreślania dziesiątek cytatów i picia kawy nad książkami. Ale czasem warto jest uwolnić się od stereotypowego myślenia, że książka to sacrum. Może ktoś po latach odnajdzie czytany przez Was egzemplarz w antykwariacie i zapragnie dowiedzieć się, co myślał o tym tekście ktoś z innej epoki? Pozostawcie mu kilka wskazówek.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany