“Listy do M.”: dlaczego proste historie z happy endem skradły nasze serca?

Zanim wszyscy wpadniemy w szalony czas przygotowań do Bożego Narodzenia
i obsesyjnego wyczekiwania pierwszej gwiazdki na niebie, warto się do tego z należytą sumiennością przygotować. Jedną z form wprowadzania świątecznego, a więc dla wielu najcudowniejszego czasu w roku, jest otaczanie się piosenkami, które niosą ze sobą pozytywny wydźwięk: ukochane ho, ho, ho i jedyne w swoim rodzaju dzwoneczki sań. Tu bez dwóch zdań nie obędzie się bez Mariah Carey i znienawidzonego przez cały świat, a jednocześnie niezastąpionego przeboju grupy Wham! – Last ChristmasPrzygotowania nie mogą odbyć się także bez odpowiedniego wyboru filmów, a co za tym idzie, obejrzenia po raz setny klasyka klasyków tego okresu, czyli Listów do M.

Produkcja na punkcie której oszalała Polska, a Polacy, którzy rzadko chodzili do kina, a jeśli szli to dlatego, że żona kupiła bilet, że mąż zaprosił i głupio odmówić, albo na randkę fajnie pójść bo tak się robi w amerykańskich filmach – nagle masowo ruszyli do kin. Premiera pierwszej części Listów sprawiła, że nawet kanapowcy i ci, którzy złożyli dożywotnią przysięgę rezygnacji z oglądania komedii romantycznych, zmiękli i z uśmiechem na ustach powędrowali do kina. Sami albo z towarzystwem. Co w nas takiego tkwi, że większość wpadła w świąteczną opowieść jak śliwka w kompot i z utęsknieniem wyczekujemy okazji, aby obejrzeć tę cukierkową opowieść ponownie? Na moje oko tkwi w nas, jakkolwiek banalnie to zabrzmi –  deficyt piękna i dobra. Każdy ma życie jakie ma – lepsze, gorsze, ciekawsze albo koszmarnie nudne, ale wszyscy z chęcią oglądamy historie, gdzie wszystko jest piękne, błyszczące, bez skazy. Kochamy bohaterów, którzy są niby normalni, niby czujemy, że to w sumie moglibyśmy być my, ale wiemy, że scenariusz przewiduje praktycznie wyłącznie happy endy. We własnym życiu nie mamy takiej pewności.

I oto Listy do M. pokazują to, co chcemy widzieć. Chcemy oglądać hollywoodzko ozdobioną Warszawę, która choinkami, śniegiem i bogactwem bombek płynie. Gdzie nie ma pluchy, zamieci na ulicach, bezdomni zawsze natrafią na dobrych ludzi oraz schronienie, a porzucone dzieci znajdują nowy dom w kilka chwil. W tymże nienagannym mieście chcemy podglądać losy bohaterów, którzy w okresie świąt zawsze wyczekują na największe zmiany w życiu, punkty kulminacyjne ważnych spraw, aż wreszcie czekają na miłość swojego życia, która oczywiście, jak to w komedii romantycznej, zjawia się jeszcze przed pierwszą gwiazdką. Po obejrzeniu pierwszej części w 2011 roku, wszystkie młode dziewczyny chciały być jak Doris (Roma Gąsiorowska), która dzwoniąc do radia z rozsypanym w drobny mak sercem i chorobliwą potrzebą miłości, niechcący nawiązała kontakt z mężczyzną jej życia (Maciej Stuhr). Młodsza część widowni była też Majką (Anna Matysiak), która jak każdy młody człowiek, buntując się przeciw świątecznej szopce, jednocześnie chciała siedzieć ze starymi, gawędzić o sprawach zwykłych, nieważnych, ale ważne, żeby spędzić ten wyjątkowy czas razem. Lubimy oglądać na ekranie jak wszystko się udaje, a bohaterowie – w znakomitej większości – są pomijani przez jakiekolwiek życiowe problemy. Żyją w dużych mieszkaniach na Wilanowie, jedzą bezglutenowe produkty, chodzą na fitness, mają pracę, która jest spełnieniem ich marzeń, a dodatkowo znajdują najbliższego sobie człowieka, zupełnie przypadkowo, ot tak, na ulicy lub centrum handlowym. Patrzymy i mówimy: Jakie to piękne! Och, jak oni się kochają! Jakie to urocze! I wzdychamy do ekranu. 

Za nami dwie części Listów do M. Pierwsza, której premiera odbyła się 6 lat temu, powraca co roku do naszych domów, bo tamto pierwsze spotkanie z filmem było jak dotknięcie czarodziejskiej różdżki, zaproszenie do lepszego, dobrego świata. Zakumplowaliśmy się wtedy z Melchiorem-cwaniaczkiem (Tomek Karolak od teraz staje się Mikołajem na zawsze), z lekko zwichniętym związkiem postaci granych przez Dygant i Adamczyka, którzy natychmiast zebrali rzeszę fanów, zimną jak lód Małgorzatą (doskonała Agnieszka Wagner) i małą, uroczą Tosią (Julia Wróblewska), którą każdy chciałby zaprosić do świątecznego stołu na śledzika, wręczyć górę prezentów, a nawet zaprosić do naszego życia, takiego, które zostało jej odebrane (poza domem dziecka). Bohaterowie stali się naszymi sezonowymi kumplami, którzy towarzyszyli nam co święta. Niestety ryzyko powtarzalności i zbyt bezczelnego naciągania historii, kiedy kręci się kontynuację jakiegoś tytułu, tutaj wyraźnie się objawiło. Druga, wyczekiwana przez widzów odsłona Listów do M., nie tylko zanudziła, ale przede wszystkim rozczarowała. Zupełny odlot do krainy absurdu, zbyt wielkich cudownych przypadków w życiach bohaterów i mnogość nowych wątków nieźle namieszała w głowach i skołowała nawet najwierniejszego fana i bystrego widza.
Dziś, na ponad miesiąc przed Bożym Narodzeniem, otrzymujemy w podarunku przedświątecznym trzecią część Listów do M. Trochę się przez blisko 3 lata pozmieniało, ale nasza tęsknota za tą formą pozostała niezmienna. Wszyscy liczymy na dużo, bo dużo dostaliśmy na samym początku, te 6 lat temu. Wiara w sinusoidę (pierwsza część świetna, druga fatalna) sprawia, że zacieramy ręce na myśl o kolejnych przygodach Kariny i Szczepana, czekamy na rozwój wydarzeń u Wojciecha (Wojciech Malajkat), zagadkowo zapatrujemy się na nowe postacie m.in. Magdę Różczkę, Borysa Szyca, Kasią Zawadzką, Izę Kunę i Danutę Stenkę, a przede wszystkim chodzimy z podekscytowania przed pierwszym spotkaniem rodziców Melchiora (Tomasz Karolak), dziadków wyrośniętego już Kazika. Drodzy państwo, Karolaka mogli spłodzić tylko Andrzej Grabowski ze Stanisławą Celińską, jak napisała Karolina Korwin Piotrowska.

Czy znowu rekordowa liczba widzów zasiądzie w salach kin w całej Polsce? Tego dowiemy się już za kilka chwil. Jedno jest pewne. Listy do M. są nam potrzebne jak rozmowa z rodziną przy stole, jak prezenty pod choinką, jak Wśród nocnej ciszy w wersji starszych pań w kościele, jak coroczne pytania od cioć: Kiedy przyprowadzisz swoją sympatię? A masz no tam kogoś? Film, który jest nieodłączną częścią naszych świąt.

Ten film to już tradycja. Stany mają Kevina Samego w Domu i The Holiday, a my mamy Listy do M. i nie ma się czego wstydzić!

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

2 komentarze
  1. Dokładnie tak – na święta wszyscy chcemy wierzyć w dobre i piękne historie. Mnie osobiście „Listy do M.” (pierwsza część) bardzo przypadły do gustu i chętnie wracam do niej przy okazji każdych kolejnych Świąt Bożego Narodzenia. Mam nadzieję, że trzecia część będzie lepsza od drugiej i nie gorsza niż pierwsza.
    Byłaś już może na seansie „Listów…” w kinie?

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany