Będąc świadkami tej samej śmierci – „4.48 Psychosis”, 15 lat po premierze

Spektakl Grzegorza Jarzyny z Magdaleną Cielecką w roli głównej obchodzi w tym roku 15-lecie. 4.48 Psychosis, którego premiera odbyła się w lutym 2002 roku na deskach TR Warszawa (ówcześnie Teatru Rozmaitości) wzbudził zachwyty zarówno wśród publiczności, jak i krytyków. Sztuka została doceniona za niezwykle mocny, wręcz porażający realizm, którego główną oś stanowi opowieść o śmierci, chorobie psychicznej i procesie, który doprowadza główną bohaterkę do samobójstwa. 15 lat temu sztuka Sarah Kane wywoływała  emocje, prowokowała do dyskusji, a jak jest dzisiaj? Czy spektakl ma podobną siłę oddziaływania? 

Psychosis to historia choroby, przyglądanie się umieraniu, obserwacja różnych stanów ludzkiej psychiki, ale nade wszystko historia kobiety samotnej i bezgranicznie cierpiącej z powodu braku miłości i zrozumienia. Niewątpliwym atutem tego klasycznego już przedstawienia jest hipnotyzująca rola Magdaleny Cieleckiej, która łączy w jednej postaci różne typy osobowości – od choleryka po melancholika. Z pewną dozą ironii i siły, czasami  z szyderstwem, a niekiedy doniośle i patetycznie Cielecka modeluje ton i barwę głosu, wypowiadając kwestie dotyczące kary i winy, choroby, samotności i śmierci.

To spektakl ważny i wymagający, który stanowi studium choroby, ale jest również zapisem konfrontacji chorej z otoczeniem. Bohaterka usytuowana jest w kontrze do zewnętrznego i nieprzyjaznego świata. Skonfliktowana z kochanką, przeciwstawia się również lekarzom, nie znajduje w nich oparcia, pogłębiając przy tym stan braku równowagi psychicznej. Cielecka eksponuje pełną gamę emocji – zmienność nastroju podyktowana jest nadmierną wrażliwością, stanami depresyjnymi, urojeniami i gniewem. Krzyk bohaterki jest wołaniem o pomoc, pragnieniem zrozumienia, akceptacji i miłości – żadne z tych nie są jednak możliwe do spełnienia – barierą jest obłęd popychający chorą do ostateczności. Od samego początku przyglądamy się kobiecie skazanej na śmierć – śmierć nieoczywistą, która dokonuje się w ciemności i samotności.

Na uznanie zasługują przede wszystkim rozwiązania inscenizacyjne, ukazywanie bohaterki w półmroku – czasami w równorzędnych pozycjach w trakcie dialogów z partnerami scenicznymi, a czasami  na drugim planie z boku sceny, po to by na końcu bohaterka zniknęła oświetlona jedynie przez niewielką smugę światła. Podczas finałowego monologu reflektor oświetla oczy bohaterki, co daje efekt filmowej panoramy. Widzowie stają się świadkami powolnej śmierci, nasilającego się obłędu. Uwydatnia to ponura scenografia, dając wrażenie jeszcze większego odosobnienia. Szpitalne i sterylne wnętrze, gra świateł oraz wyświetlane na ścianie cyfry i ciąg liczb czytanych przez lektora aż do momentu śmierci doskonale budują hermetyczny świat chorej.

Psychosis – z pozoru oczywisty i przytłaczający – w rezultacie wzbudza dyskomfort, uderza. Co najważniejsze nie traci na aktualności, porusza tematy choroby i samobójstwa, które nadal w przestrzeni publicznej są wypierane lub traktowane marginalnie. Spektakl jest testamentem twórczym Sarah Kane, która w wieku 28 lat popełniła samobójstwo. Nie wiemy, dlaczego bohaterka jej sztuki chce się zabić, jakie ma motywacje. Jako widzowie jesteśmy jedynie biernymi świadkami. Widmo śmierci wyczuwalne jest od samego początku i nieuchronnie pochłania coraz bardziej zrujnowaną psychikę i zdewastowane ciało, czego symbolem staje się krew, którą naciera się bohaterka.

To drastyczne studium ludzkiej psychiki, kobiety pogrążonej w depresji i urojeniach. Ciało jest pierwszorzędnym narzędziem, dzięki któremu aktorka buduje swoją postać – ruch, gesty korespondują z przeżyciami chorej. Bohaterka zrzuca na siebie wszystkie winy, dając tym samym do zrozumienia o nieprzystawalności do tego świata: To ja zabiłam Żydów, to ja zabiłam Arabów, to ja zabiłam Kurdów – słowa te wybrzmiewają dość mocno, podkreślają rodzaj głębokiej frustracji, pogrążenia w chorobie, które owocuje przejęciem win świata na siebie. Ogrom bólu i rozpaczy coraz bardziej destruktywnie wpływa na bohaterkę i jej zachowanie oraz stosunek do najbliższych. Granice między irracjonalnym odczuwaniem, a rzeczywistością szpitalną zacierają się.

Cielecka bezbłędnie odtwarza nastrój, który waha się pomiędzy stanami euforii a rozpaczy, agresji i poszukiwania utraconej miłości, próby racjonalizacji świata oraz własnej osoby co sprowadza bohaterkę do coraz mroczniejszych stron, a nade wszystko na margines życia społecznego.

Tekst Kane wydaje się niezwykle trudny do wystawienia, jest barwny, realistyczny, wymaga stworzenia warunków scenicznych, odnalezienie języka teatru, znalezienia metafor, które pozwolą zbudować tę opowieść w teatrze. Grzegorz Jarzyna znalazł klucz interpretacyjny z intuicją i wrażliwością prowadząc aktorów. Piętnaście lat to dość spory odstęp czasu. Magdalena Cielecka nadal wchodzi w rolę bez problemu, jest wiarygodna i nadzwyczaj wyrazista, przenikliwa. Doskonale partnerują jej Lech Łotocki, Rafał Maćkowiak, Katarzyna Herman, czy Paweł Smagała.

Godzina spektaklu mija momentalnie, jednak amplituda doświadczeń i emocji jest tak intensywna, że daje się we znaki. Publiczność pozostaje wprawiona w konsternację, gdyż na finał aktorzy nie wychodzą do ukłonów. Przez dłuższą chwilę nikt nie wie co robić, czy to koniec, czy przerwa, oklaskiwać, czy nie. Silne poczucie osamotnienia pozostaje jeszcze długo po wyjściu z teatru.

Spektakl Grzegorza Jarzyny  jako jeden z nielicznych w TR Warszawa reprezentuje  przełomowy dla współczesnego teatru nurt rewolucji dokonanej przez tzw. Ojcobójców z Lupą, Warlikowskim, Augustynowicz i właśnie Jarzyną na czele. To wciąż żywy, choć coraz bardziej znikomy dowód teatru młodzieńczych fascynacji, prób i błędów, ale przede wszystkim szczerości i autentyzmu, które towarzyszyły młodym gniewnym w ich teatralnych poszukiwaniach. Brak kalkulacji i  pewnej dozy wyrafinowania czyni Psychosis spektaklem ponadczasowym.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany