Albert Camus: znam tylko jeden obowiązek – kochać

Gdyby żył, obchodziłby dzisiaj swoje 104 urodziny. Albert Camus. Ot tak, po prostu, bez wstępu, bo nazwisko pisarza jest przecież niewątpliwie znane na całym świecie i jestem również przekonana o tym, że każdy z nas w szkole średniej musiał umieć pięknie wyrecytować to, co ukrywa się pod mrocznym słowem dżuma, będącym alegorią zła, którego bakcyl nigdy nie umiera; albo chociaż podporządkować Camusa do grona egzystencjalistów, z którymi tak naprawdę nigdy się nie utożsamiał. Na tych informacjach zwykle kończy się przygoda z twórcą. A szkoda! Bo kim właściwie był?

Piłkarz, pisarz, laicki egzystencjalista, meteorolog, moralista, dramaturg, uwodziciel, buntownik, myśliciel – każde z tych, na pozór przypadkowych, słów może stanowić prawidłową odpowiedź, bo jego życiorys jest niezwykle bogaty i nieco absurdalny. Któż bowiem mógłby przypuszczać, że biedne dziecko z Belcourt, robotniczej dzielnicy Algieru, otrzyma w 1957 roku literacką Nagrodę Nobla?

Wywodzący się z niezamożnej rodziny drobnych osadników francuskich, których sytuacja znacznie pogorszyła się po śmierci ojca zabitego podczas bitwy nad Marną, przyszły pisarz podjął przyśpieszony kurs dorastania. Już w wieku siedmiu lat został obarczony pierwszą pracą, by pomóc niemalże całkiem głuchej matce, której postać będzie stanowiła cichą obecność, świadomość oraz nienaturalną obojętność wobec świata, będącą osią tematyczną jego literackiej drogi. Świadczyć o tym mogą przykładowo już pierwsze słowa Obcego: Dzisiaj umarła mama. Albo wczoraj, nie wiem.

Mimo wychowywania się w trudnych warunkach materialnych, młody, choć niesforny, chłopiec, bardzo szybko się uczył, co zostało natychmiast zauważone przez jego nauczyciela – Louisa Germaina, oferującego mu indywidualny tryb nauczania. Nazywany przez rówieśników Bebertem często uciekał z lekcji nad morze. Doskonale wiedział, że w słońcu i w wodzie zanikają różnice między ludźmi i wówczas gwiazdy należą do wszystkich. Te morskie kąpiele wywarły znaczący wpływ na kształtującą się osobowość Camusa i również w późniejszym okresie przenikały przez jego eseje i teksty nazywane literaturą słoneczną. Ponadto głosił kult fizyczności, naśladując greckie wzory, które – jego zdaniem – tworzyły model człowieka zrównoważonego, świadomego własnych ograniczeń, zachęcającego do odkrywania ciało.

Ciało zanurza się i ucieka na plażę do pierwszych promieni słońca. Wszystkie letnie poranki na plażach wydają się być pierwszymi porankami świata.

Poza wybitnymi zdolnościami intelektualnymi, łączonymi  z wagarami nad wodę, Camus odznaczał się również fenomenalną grą w juniorskiej drużynie futbolowej, a sama dyscyplina była dla niego tak ważna, że po latach odważnie stwierdził, iż to dzięki piłce nożnej zawdzięcza wszystko to, co wie na temat moralności i obowiązkach ludzkich. W 1930 roku młody Camus zaczął jednak upadać na zdrowiu. Diagnoza, jaką postawili lekarze, zaważyła na całym jego przyszłym życiu. Gruźlica. Trafił do szpitala z głową pełną strachu przed śmiercią, której widmo postanowiło już nigdy go nie opuścić.

Pierwsze ataki choroby uniemożliwiły mu kontynuowanie kariery piłkarskiej, a jego nazwisko musiało zniknąć z relacji miejscowej gazety. Kruchość i nałożony przymus oszczędności ciała, sprawiły, że chłopak kładł nacisk na walory intelektualne – pisał pierwsze prace, nosił w kuferku awangardową literaturę, prezentował się na co dzień w ekscentrycznych strojach. Elegant i intelektualista przyciągał niejedno kobiece spojrzenie, w tym piękności, niejakiej Simone Hie, łamiącej wszelkie konwenanse, wyzwolonej i na dodatek nadużywającej morfiny. To niezwykłe połączenie dusz skończyło się ślubem z  jeszcze bardziej niezwykle burzliwym wspólnym życiem i wreszcie rychłym zerwaniem – mimo że pisarz miał nadzieję, że uda mu się dobrze wpłynąć na dziewczynę, ta zdradzała go z lekarzami.

W międzyczasie młody Camus  zafascynowany filozofią marksistowską wspierał komunistyczne pismo, zarabiał jako urzędnik i udzielał korepetycji. W 1936 roku powołał polityczny Teatr Pracy – inicjatywa ta okazała się ogromnym sukcesem, publiczności nie brakowało. Jednak niespełna po dwóch latach został niesłusznie oskarżony o trockizm i defraudację pieniędzy na teatr, co zaważyło na jego wydaleniu z partii. I to wydarzenie zostawiło w nim rysę do końca życia – pozbawiony złudzeń politycznych zaczął silniej angażować się społecznie w lokalnej algierskiej gazecie. Żył jednak w biedzie. Musiał ciągle dorabiać jako nauczyciel i laborant w stacji metrologicznej. Wreszcie to niedostateczne egzystowanie przerwała szansa na wyjazd do Paryża. To tam właśnie wreszcie zaznał bogactwa – pracował w słynnym Paris Soir. Ożenił się po raz drugi z cierpiącą na depresję Francine, żądając od niej erotycznej swobody. Wciąż uwodził inne kobiety. W tym czasie również w obieg trafił Obcy – książka uznana przez krytykę i okrzyknięta arcydziełem. W sinusoidzie życia nastał złoty okres. Pisarz szybko zyskał przyjaźń paryskiej śmietanki – Jeana Satre’a, Raymonda Arona, wydawcy Gallimarda i Simone’a de Beavouir, z którą, co ciekawe, później wszedł w konflikt, a ona w ramach całkiem wdzięcznej rekompensaty, uczyniła go jednym z negatywnych bohaterów swojej powieści. Nazwisko Camusa nieustannie przepływało przez czołówki plotkarskich gazet, gdy wyszedł na jaw jego szumny romans z hiszpańską gwiazdą sceny i wielkiego ekranu – Marią Casares. Mało tego: brylował w wolnościowym magazynie Combat, w którym deklarował się jako pacyfista i socjalista, negując komunizm: Prawica to ustawiczne prześladowanie i ciemnota, gorszy jest tylko komunizm.

Premiera Kaliguli – pierwszej sztuki teatralnej napisanej przez Camusa, okazała się kolejnym sukcesem. Dramat zamykał cykl absurdu indywidualnego i otwierał kolejny – cykl buntu przeciwko absurdowi zbiorowemu. Dziełem go początkującym była wszystkim nam dobrze znana Dżuma, w której autor prezentował etykę i moralność opartą na zbiorowym buncie przeciwko przejawom niesprawiedliwości. To dlatego w zakończeniu powieści czytamy  przestrogę przed tłumem, który nie wie, że bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika.

„Caligula” według Camusa w reżyserii Andrzeja Dziuka; Teatr im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem, 1999.

Mimo narastających pozytywnych wydarzeń nikt się nie spodziewał, że czterdziestoczteroletni pisarz zostanie, zaraz po Kiplingu, najmłodszym noblistą. 16 października 1957 roku, podczas kolacji z przyjaciółką, podszedł do niego kurier z wydawnictwa z wiadomością o wygranej. Mając na koncie zaledwie trzy powieści, otrzymał nagrodę za ogromny wkład w literaturę, ukazującą znaczenie ludzkiego sumienia. Czwartą książką miał być Pierwszy człowiek – rękopis, który miał przy sobie w chwili wypadku. Wśród znalezionych do niej notatek, zapisanych drobnym pismem, jawiło się zdanie: książka powinna być nieukończona.

Z perspektywy czasu śmierć Camusa wydaje się wręcz absurdalna, co jest nieco ironią losu, bo pisarz propagował walkę z absurdem życia. Zakładał, że tracąc poczucie wieczności, człowiek jest zmuszony żyć chwilą i przyjąć na siebie ciężar własnej egzystencji. Mam wrażenie, że skłębiły się nad nim czarne chmury, z których spadały krople niefortunnych decyzji; jakby fatum sprawowało władzę absolutną i nieuchronnie prowadziło go w stronę śmierci.

Po świętach spędzonych w Lourmarin, Camus miał wrócić do Paryża, a z racji tego, że bardzo bał się podróżować samochodem zamówił uprzednio bilet na pociąg. Jednak za namową Gallimardów, odważył się towarzyszyć przyjaciołom w drodze. Droga ta jednak okazała się być ostatnią, jaką przebył, bo pojazd na oszronionej jezdni wypadł z trasy, roztrzaskując się o drzewo. Pisarz zginął na miejscu. Znaleziono przy nim bilet na kolej, z którego nie skorzystał i wyżej wspomniany rękopis. Kilka dni później umarł również kierowca – wydawca Micheal Gallimard, a jego żona, z którą Camus zamienił się początkowo miejscami, wyszła z wypadku bez szwanku. Niesamowite jest to, że jeszcze 30 grudnia 1959 roku pisał do Marii Casares, z którą pozostawał w bliskich stosunkach, że umówiona kolacja może nie dojść do skutku, bo po drodze może przytrafić się coś nieprzewidzianego. Słowa pisane zapewne z niejaką beztroską okazały się tragiczną przepowiednią. Co ciekawe, kilkanaście lat wcześniej, Max Jacob, przyjaciel Jeana Greniera, poprosił Camusa o podanie daty i dokładnej godziny jego urodzin, chciał bowiem ułożyć horoskop pisarza. Dopiero po upływie roku zdecydował się na pokazanie go Camusowi; przepowiednia mówiła, że Albert zginie śmiercią tragiczną…

 

Słowa, z jakimi nas zostawił, kołaczą się w głowie: Nie idź za mną – mogę cię nie poprowadzić. Nie idź także przede mną – mogę za tobą nie podążyć. Po prostu idź obok mnie jako przyjaciel. I mój ulubiony cytat:

Gdybym miał tu napisać książkę o moralności, miałaby sto stron, a dziewięćdziesiąt dziewięć z nich byłoby pustych. Na ostatniej stronie napisałbym: znam tylko jeden obowiązek: kochać. Co do reszty mówię: n i e.

Monika Babińska

Cierpię na chroniczny brak pieniędzy, ponieważ wszystko wydaję na bilety do Teatru, książki, podróże, płyty i kino. I właśnie te pięć słów jest wszystkim tym, co kocham, dlatego rzadko żałuję pustych kieszeni. W wolnych chwilach rzucam studia, włóczę się w piżamie po mieście i tęsknię, bo:"czasem mam lat cztery, a czasem cztery tysiące".

2 komentarze
  1. Bardzo, bardzo sympatyczny tekst, chętnie go przeczytałem.

    Jedna drobnostka odnośnie cytatu: „Nie idź za mną – mogę cię nie poprowadzić. Nie idź także przede mną – mogę za tobą nie podążyć. Po prostu idź obok mnie jako przyjaciel. Nie idź za mną – mogę cię nie poprowadzić. Nie idź także przede mną – mogę za tobą nie podążyć. Po prostu idź obok mnie jako przyjaciel”. Te słowa są notorycznie przypisywane Camusowi, ale nigdy nie zostały przez niego napisane/powiedziane. O ile pamiętam zaczęły być przypisywane Camusowi w USA w latach 70 i potem ów „cytat” zaczął żyć własnym życiem…

    Maciek Kałuża, założyciel Polskiego Stowarzyszenia Alberta Camusa

  2. Nie ma nic cudowniejszego niż sentyment i nostalgia, które wypływają z każdego słowa życiorysu pisarza, który przedstawiła tutaj autorka. Przepiękny tekst!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany