O tym, jak wybrałam się na studia

Wybrałam się ostatnio na studia. Do Krakowa. Przyszedł w końcu ten czas wyczekany i wymarzony. Walizka, od wielu tygodni stojąca samotnie w kącie pokoju. zapakowana, a w niej świeże ciasto od babci, które już następnego dnia umilić mi miało pierwszy poranek prawdziwie dorosłego życia. Słysząc pytania rodziny: A często masz zamiar wracać z tego Krakowa do domu? – snułam plany na kilkanaście weekendów wprzód, z których wynikało, że w rodzinnym mieście pojawię się pewnie dopiero na Gwiazdkę. Wymyślałam już nawet menu obiadowe na każdy tydzień października – jedzenie na mieście jest przecież za drogie! – zapominając, że daleko mi do Magdy Gessler, a ja jestem z tych, którzy nawet garnek z wodą potrafią przypalić.

No i przyszła ona – dorosłość. W moich planach ubrana była w długą, przyozdobioną w jesienne liście suknię i różowe okulary, przez które razem, jak najlepsze przyjaciółki, miałyśmy patrzeć w przyszłość. Tymczasem okazało się, że dorosłość nosi zabłocone kalosze i podarte spodnie, a oczy ma często podkrążone od niewyspania. Kiedy pierwszy raz pojawiła się na horyzoncie, pomyślałam sobie, że chyba się nie polubimy. Z biegiem czasu, i to biegiem dosłownie – głównie tym na zatłoczone krakowskie przystanki – okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny. Nadal bowiem patrzymy na świat przez różowe okulary.

Przez ostatni miesiąc notorycznie powtarza się słyszane w słuchawce telefonu pytanie: Jak tam, studentko? A mnie, słysząc je, aż skręca w środku – bynajmniej nie ze złości czy irytacji, ale… wyrzutów sumienia. Chciałabym bowiem w odpowiedzi snuć opowieści takie jak te, które słyszałam nie raz od starszych znajomych i które roztaczały przede mną wizję życia rodem z Projektu X. Tymczasem chyba nie wypełniam swojego studenckiego przeznaczenia. Może to kwestia tego, że nie jestem fanką wypełnionych po brzegi klubów muzycznych, za to zdeklarowaną wielbicielką miękkiej poduszki i ciepłego koca. Nie tracę jednak nadziei, że w końcu zechce mi się spod niego wygrzebać – Kraków to w końcu miasto życiem i muzyką tętniące. A jeśli dodatkowo mieszka się w pobliżu Miasteczka Studenckiego i późnym wieczorem na moment otworzy okno, by posłuchać płynących stamtąd dźwięków – bilans zabawy i tak wychodzi na plus.

Gdyby ktoś był ciekawy, jak wyglądało moje zderzenie się z tą dorosłą rzeczywistością, niech odszuka w sieci pierwszy lepszy filmik pod hasłem ściana śmierci na pogo. Wyglądało to mniej więcej w ten sam sposób, z tą jednak różnicą, że było dużo mniej hałasu. Głośno jest jedynie od śmiechu z samej siebie (i to, na szczęście, nie tego przez łzy!), kiedy z samego rana orientuję się, że zapomniałam o pójściu do piekarni i na pierwsze wykłady znów pójdę bez śniadania, bo nie poratuje mnie już mamina lodówka. Dzisiaj funkcję lodówki pełni balkon (ach, te akademickie warunki), przez co z utęsknieniem czekam na zimowe, mroźne dni i możliwość trzymania na nim mleka dłużej niż przez jedno popołudnie. Gotowanie parówek w czajniku, niegdyś wydające się zupełnie komicznym rozwiązaniem, dziś nie wydaje się tak głupim pomysłem. I te wykłady! Uczę się na kierunku, który wymarzyłam sobie już dawno temu, w planach widziałam więc siebie, z zapałem słuchającą wykładowcy, aktywną i zaciekawioną do granic możliwości. Moje możliwości kończą się jednak w momencie, gdy opieram głowę o rękę i zaczynam walczyć ze zbliżającą się sennością. I to nie jest tak, że wykłady są nieciekawe – wręcz przeciwnie! Tylko to wstawanie wczesnym rankiem, gdy za oknem jeszcze ciemno…

Nie zapominam jednak o moich różowych okularach, które zakładam niemal każdego dnia i przez które patrzę na tę rzeczywistość. Kolorową – wszak miasto królów Polski mieni się o tej porze roku najpiękniejszymi barwami. Choć Kraków w ostatnim czasie oglądam tylko z okien komunikacji miejskiej, udaje mi się czerpać przyjemność z każdej niemal chwili. Z patrzenia na Wawel podczas czekania na spóźniający się piętnaście minut autobus, z dźwięków hejnału, który czasem udaje mi się usłyszeć podczas spacerów na Rynek. Z błądzenia po tych starych uliczkach, co zdarza mi się dość często, bo orientację w terenie mam słabą i trudność zaczyna się już wtedy, kiedy po zmroku muszę trafić w miejsce, które dotąd znałam tylko za dnia. I choć za domem rodzinnym tęsknię niewymownie, za każdym razem, gdy tam wracam (do świąt chyba jednak bym nie wytrzymała), orientuję się, że moje serce i tak zostawiam tutaj. Wśród tych kolorowych liści, opadających na szare chodniki na Plantach i przy tym młodym chłopaku, który gra na skrzypcach pod Teatrem Bagatela. Z dorosłością i tęsknotą do ciepłych, babcinych obiadów nadal nie mogę się zaprzyjaźnić, cieszę się jednak, że rzeczywistość tak bardzo różni się od moich wcześniejszych wyobrażeń. Przerosła je bowiem o stokroć.

2 komentarze
  1. Aż zatęskniłam za czasami studiów! Chętnie wróciłabym do czasów, kiedy biegało się z zajęć na zajęcia, z książkami i zeszytami pod ręką. I mimo tego, że nie mam takich wspomnień jak gotowanie parówek w czajniku, bo mieszkałam z rodzicami, to i tak wspominam tamten czas z łezką w oku.
    Życzę Ci, żeby studiowanie w Krakowie, moim pięknym mieście, przyniosło Ci wiele radości i zadowolenia 🙂

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany