„Pomiędzy nami góry”: gdyby twoje życie zależało od nieznajomego?

Są tacy artyści – i każdy z nas takowych posiada – którzy bez względu na projekt, w którym biorą udział silnie nas przyciągają. Z pewnymi twórcami zawiązuje się niepisaną umowę wierności, silnie związaną z zaufaniem. Takim człowiekiem jest dla mnie właśnie Kate Winslet. Bez względu na to co referuje i jak to prezentuje, idę w to w ciemno. Za każdym razem ufam, że ona – aktorka przez wielkie A angażuje się w coś, co warto, a nawet trzeba zobaczyć. Ta jesień przynosi dwie pozycje filmowe z jej udziałem.

Za nami premiera pierwszego z nich, mianowicie Pomiędzy nami góry w reżyserii Hany Abu-Ass. Choć od światowej premiery produkcji minęło już kilka miesięcy, promocja w Ameryce trwa w najlepsze, a Winslet z serialowym partnerem Idrisem Elbą udzielają niezliczoną ilość wywiadów, w Polsce film – mówiąc delikatnie – przemilczano. Czy słusznie?

Jeśli zamierzacie wybrać się do kina na Pomiędzy nami góry, odradzam zapoznanie się z jakimkolwiek zwiastunem, a najgorsze co można zrobić (a co ja niestety zrobiłam), to przeczytać wywiady z aktorami i twórcami, bądź odnaleźć w sieci nagrania behind the scenes. Dlaczego? Odbierzecie sobie całą przyjemność, a legenda o tym, że montażyści sklejają trailery z najmocniejszych i najciekawszych fragmentów filmu stanie się przykrą rzeczywistością.

Jeśli zaś mowa o fabule… Bardzo szybko zapoznajemy się z dwójką głównych bohaterów, którzy będą towarzyszyć nam niezmiennie przez blisko dwie godziny. Ona – fotoreporterka, dziennikarka,  on – neurochirurg. Od pierwszej sceny, kiedy tylko dowiadujemy się, że ich samolot ma wstrzymany lot z Idaho, a każdy z bohaterów musi niezwłocznie dostać się do Baltimore, czujemy, że akcja, jak to w amerykańskim filmie, będzie miała nadzwyczaj szybki rozwój.

Mamy chyba podobny problem. Mam pomysł rzuca z ekranu Winslet i już trzy sekundy później, w kolejnej scenie widzimy, że razem z nieznajomym wynajmują na gwałt czarter i na własną rękę próbują dostać się do celu. On spieszy się na ważną operację do Baltimore, ona nie może się spóźnić na swój własny ślub. To dopiero początek filmu, ale nie ma co ukrywać – akcja dzieje się powoli, żeby nie powiedzieć dosyć nudno i przewidywalnie, ale wizja nakręca niecierpliwe oczekiwanie na… katastrofę samolotową. Kiedy wreszcie się jej doczekujemy, okazuje się, że nie ma w niej nic zaskakującego ani mrożącego krew w żyłach. Standardowa scena, która może i miała potencjał, ale niestety został on zabity w zarodku. Zawał pilota, trzęsienie i dynamiczne ruchy kamery, krzyk, hałas, ogień, odrywanie się kawałków samolotu, zbliżenia na przerażone oczy bohaterów, aż wreszcie walka o siebie, o pilota, o towarzysza, o psa. Walka o przeżycie.  Wszystko zaprezentowane w wersji light. To najbardziej dynamiczna scena w filmie, a przecież to wciąż dopiero początek… Kolejne minuty to obserwacja zmagań bohaterów z żywiołem i survivalowymi warunkami oraz próby nawiązania ludzkiego kontaktu między nimi.

Z tym ostatnim bywało różnie, bo niezwykle różni okazali się bohaterowie. Skazani na swoje towarzystwo w strasznych warunkach, długo nie mogli znaleźć wspólnego języka. Alex mówi o sobie więcej niż jej nowy kolega – skryty lekarz, ewidentnie bijący się z przykrymi wspomnieniami. On – opiekuńczy, racjonalny, a ona – roztrzepana, bezkompromisowa, nazbyt odważna, nieznosząca sprzeciwu, despotka. Mimo to, nieuniknione jest dojście do konsensusu, który może nie gwarantuje, ale zwiększa szanse na happy end. A gdyby twoje życie zależało od nieznajomego? Widz wielokrotnie mierzy się z takim pytaniem.

Rozbicie samolotu wysoko w górach wiąże się z odcięciem od świata (brak sygnału, rozładowane telefony), a dotkliwe obrażenia Alex sprawiają, że rozbitkowie muszą zostać we wraku.  Ben dokłada wszelkich starań aby jak najlepiej zająć się swoją nową znajomą. Na szczęście – jak to w amerykańskich filmach bywa – akurat przypadkiem jest lekarzem. Opatruje Alex, a sam rozgląda się wokół samolotu, próbując znaleźć rozwiązanie z tragicznej sytuacji, a co się z tym wiąże – przeżycia w niebezpiecznych warunkach i finalnego dotarcia do domu.

Widz słyszy zdania i widzi zachowania, które w realnych warunkach nie mogłyby się zdarzyć. Jak można przez ponad 2 tygodnie w temperaturze -38 stopni utrzymać aparat fotograficzny w stanie gotowym do użytku czy posiadać wciąż naładowany telefon komórkowy? Jak możliwe jest zachowanie nienaruszonej fryzury i nienagannie przystrzyżonej brody? Wszystkie te zabiegi odbierają wiarygodność opowieści, dając poczucie bezpiecznej przechadzki w warunkach górskich, a nie walki o życie. Wszystko zaprezentowano – jak już wspomniałam – zbyt lekko, przez co widz nie może wczuć się w tragiczną sytuację bohaterów, mając poczucie, że i tak wszystko dobrze się skończy.

Najciekawszym wątkiem nie jest wcale sama katastrofa lotnicza, a właśnie rodząca się wyjątkowa relacja pomiędzy dwojgiem nieznajomych sobie ludzi. Widzowie razem z bohaterami odkrywają zakamarki ich przeszłości, która ma bezpośredni wpływ na ich obecne życie i postępowanie. Na pozór oschli, zamknięci w sobie, wraz z rosnącym zagrożeniem i utratą nadziei na przeżycie w zaskakujący dla samych siebie sposób stają się sobie najbliźsi, nie tylko ze względu na brak innego towarzystwa. Mogę z Tobą umrzeć,  a nawet Cię nie znam (…) Nikt nie wie, gdzie jesteśmy. Mamy tylko siebie – mówi w pewnym momencie Alex. Między innymi takie słowa burzą mur między nimi, a pozornie ledwo tlące się uczucia zaczynają kiełkować. Scenarzyści mogli dołożyć więcej starań i bardziej rozpisać role Winslet i Elby, bo relacja rodząca się pomiędzy nimi to mocna część filmu.

Jeśli mowa o pozytywnych stronach filmu, nie można nie wspomnieć o Mandy Walker, odpowiedzialnej za zdjęcia. Pomiędzy nami góry to niezwykłe górskie przestrzenie, pokazane w sposób, który uświadamia, jak wielka i zachwycająca jest natura, a człowiek w jej obliczu jest małym, nieznaczącym pyłkiem. Kawał dobrej roboty, a robienie filmu w mrozie, wysoko w górach pokrytym gigantyczną warstwą śniegu, który odbija światło, to naprawdę wielka sztuka.

Czy warto pójść na Pomiędzy nami góry? Jeśli spodziewacie się fantastycznych doznań i historii, która pochłonie Was i poruszy, to niestety nie. Jeśli zaś chcecie obejrzeć przepięknie zrobiony film i wgryźć się nieco bardziej w jego psychologiczny wymiar i sferę kontaktów międzyludzkich, zdecydowanie powinniście odwiedzić najbliższe kino. Od projekcji dręczy mnie pytanie: Co, gdyby twoje życie zależało od nieznajomego? Może o taki efekt chodziło reżyserowi?

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany