Zbliżałem się do ludzi, nie do artystów – rozmowa z Jerzym Stuhrem

Państwo myślą, że jak ja całe życie, co wieczór idę na scenę, to ja zawsze artystą jestem? Nieee… – mówi skromnie podczas naszej rozmowy w warszawskiej kawiarni, a my przyglądamy się Mistrzowi z podziwem i uwierzyć nie możemy, że tyle w nim pokory. I pogody ducha. Dwie godziny mijają jak dwie minuty. Są ludzie, których chciałoby się słuchać całe życie, bez poczucia straconego czasu. Jerzy Stuhr zalicza się do nich bezsprzecznie.

W książce Tak sobie myślę… napisał Pan, że trzeba gonić lenia z siebie. Jak to wygląda w praktyce?

Ciągle mam niedosyt perfekcjonizmu. Zawsze myślę, że można było coś zrobić lepiej. I każda kolejna rzecz, jaką rozpoczynam jest chęcią poprawienia czegoś, co mi się mniej udało. Czasem na przykład dopada mnie myśl, żeby drugi raz zrobić to samo przedstawienie. Kiedyś wyreżyserowałem i zagrałem Ryszarda III – wiem, że dzisiaj zrobiłbym to zupełnie inaczej. Może lepiej? Tak sobie myślę, że na każdą – zwłaszcza teatralną – rzecz przychodzi odpowiedni czas.

Jak rozpoznać, że to właśnie teraz?

Kiedy nie potrafię czegoś zrobić, to to mnie strasznie ekscytuje. To dopiero jest wyzwanie. Bo jak umiem, jak znam… Co tam, jeszcze jednego inspektora Rybę zagrać? Po co mi to? A jak zobaczę coś, co jest jak biała kartka papieru, to jest podniecające. To jest motor. To zaczyna być twórcze. Zauważyłem też – może to głupie – że jak jestem zakochany, to chętniej pracuję. Tak… Jak się podnosi pewien stopień energii człowieka, to chce się ją od razu gdzieś zmaterializować. To na pewno.

A gdybyśmy poprosiły Pana o wskazanie takiej problematycznej roli, pierwsze co przyszłoby Panu na myśl…

Grałem Hamleta w 1982 roku, w reżyserii Andrzeja Wajdy. To był stan wojenny. I ten Hamlet, z którym się borykałem… Miałem jego straszny niedosyt, tej roli. A wydawałoby się, że będzie to moja życiowa rola – przecież jestem inteligentem, a Hamlet to pierwszy bohater inteligencki w literaturze. Jestem pogubiony, boję się polityki – wszystko się zgadza. Widzę, że jestem w świecie kłamstwa, dwulicowości – stan wojenny. No a jak. Udawać wariata czy nie udawać? W pracy inaczej, w domu inaczej… Okoliczności hamletyczne, prawda? A jednak nie umiałem go zagrać dobrze. I dopiero jak przyszedł ten stan wojenny, to nagle uzyskałem z publicznością ogromną więź. Wszyscy na tej widowni byli w podobnej, hamletycznej sytuacji. To był Hamlet na tamten czas.

A dziś jakby on wyglądał?

Każde pokolenie ma swojego Hamleta. Moje też go miało. Byłem młodym chłopakiem ze szkoły średniej, gdy zobaczyłem na krakowskiej scenie Leszka Herdegena, czyli Hamleta w dżinsach. I to był mój Hamlet, Hamlet na tamte czasy. Dzisiaj? Politycy wmawiają nam nową elitę, która dawniej była chamstwem. A ci co w Katyniu zginęli? To też była podobno elita. A teraz – dziady. Degradacja, upokorzenie resztek inteligencji – tak trzeba byłoby zagrać Hamleta, taki bohater by się marzył. O, taki właśnie Hamlet do góry nogami.

Kto był dla Pana inspiracją na początku drogi?

To byli anonimowi ludzie, nieznani. Pierwsi nauczyciele… Zacząłem naukę w 1954 roku. Był stalinizm. Ale ci nauczyciele, oni jeszcze byli wykształceni przed wojną. I oni umieli uczyć. Miałem szczęście do tych pierwszych wychowawców, którzy zaszczepili mi miłość do języka polskiego, nauczyli mnie czytać, rozszyfrowywać poezję, co jest trudnym zadaniem. Oni też rozkochali mnie w językach obcych. Niestety, wpoili mi również język rosyjski. Tak mi się życie potem ułożyło, że dużo pracowałem w Rosji, stałem się tam bardzo popularny, dzięki filmowi Déjà vu. Nie mogę w Moskwie przejść spokojnie ulicą… Potem musiałem nauczyć się jeszcze innych języków, ale moim marzeniem jest język hiszpański. Już jestem tak blisko… Rozumiem wszystko, bo bardzo dobrze znam włoski. Wykładałem nawet w Buenos Aires, uczyłem w szkole teatralnej, mówiłem po włosku, trochę mieszałem z hiszpańskim… Rozumieli!

A później?

Potem studia – polonistyka w Krakowie. Co tam byli za pedagodzy! Profesor Ulewicz od staropolskiej literatury… Nie zapomnę, jak chciał nam zanucić Bogurodzicę, a miał taki cieniutki głos… Trzysta osób na wykładzie, wszyscy ze śmiechu pod stołem. Profesor Kazimierz Wyka od romantyzmu. I moja ukochana Profesor – Maria Dulska. Poszedłem do niej na seminarium z poetyki, bo przez całe życie tliła się we mnie ta miłość do poezji. Pani profesor nauczyła mnie między innymi czytać wiersze Miłosza.

Różewicza także?

Różewicz to było podwójne tąpnięcie. Najpierw uderzyła mnie lektura jego pierwszego tomiku – Niepokoju. Zrozumiałem wtedy, jak myśli pokolenie wojny, jakie traumy pozostawia wojna. Ocalałem prowadzony na rzeź. A potem zetknąłem się z teatralnymi sztukami. Dla nas Różewicz to była rewolucja nowego, polskiego teatru. To był pierwszy, wielki, powojenny reformator. Wyszedł z domu w Teatrze Starym w reżyserii Jarockiego, Śmieszny staruszek w teatrze we Wrocławiu w reżyserii Grzegorzewskiego… To był mój teatr.

I to chyba fascynacja, która nie przemija.

Szczęśliwy jestem, że mogę grać Na czworakach w Teatrze Polonia. Dlaczego do dzisiaj fascynuje mnie ta sztuka? Z prozaicznego powodu. W pewnym momencie Pelagia – ta służąca – mówi do bohatera: Bo trzeba zupę najpierw zjeść, a nie śtuki pisać, w tej naszej tradycji romantyczno-wsiowej…  Różewicz generalnie wpłynął na moje pojmowanie sztuki. To ważne kogo zapamiętasz w młodości, kto stanie się twoim pierwszym mistrzem.

Jedna z dziewczynek napisała mi, że dzieciństwo będzie jej się zawsze kojarzyło z moim głosem, bo to ja czytałem jej wszystkie bajki. Piękne to.

Można powiedzieć, że miał Pan szczęście do ludzi.

W połowie miałem szczęście, ale też chyba po prostu szukałem. Może nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale podświadomie do tych lgnąłem, a do tych nie. Zawsze jednak to człowiek był dla mnie na pierwszym miejscu. Ja się zbliżałem do ludzi, nie do artystów.

Współpracował Pan z wieloma ważnymi osobami ze świata kultury. Wśród nich znalazł się Andrzej Wajda. Jedno słowo, które Pana zdaniem go określa to…

Odwaga. Rzucanie się w pomysły, które dla innych brzmiały czasem absurdalnie. Jak Wajda parę lat temu powiedział mi: Wiesz Jurku, tak mi chodzi po głowie… Film o Lechu Wałęsie, pomyślałem sobie: Jezus Maria, jak się położy… A to była odwaga. Człowiek w podeszłym wieku z taką energią! To mi szalenie imponowało.

W teatrze też odznaczał się odwagą?

Wajda miał bardzo niestereotypowy sposób myślenia o teatrze. Tak naprawdę on się na teatrze nie znał. Ale potrafił stworzyć arcydzieła, potrafił wyczuć moment i – przede wszystkim – genialnie obsadzić aktorów. Przy produkcji Emigrantów czekaliśmy cztery lata na Jurka Bińczyckiego, który nagrywał Noce i dnie. Pytam kiedyś Wajdy: Andrzej, czemu my tak czekamy? Nie możemy kogoś innego wziąć? Nie możemy, poczekamy – odpowiada. Nie rozumiałem. Ale potem, gdy się finalnie spotkaliśmy z Bińczyckim na scenie, wszystko stało się jasne. To musiał być on, nikt inny.

Wajda – odwaga. A Kieślowski?

Czułość. Tak… On kochał ludzi. Czasem pokazywał ich w okrutny sposób, ale robił to z miłości. Dekalog V. Czy trzeba więcej? W Cannes podczas pokazu pewna kobieta dostała szału, zaczęła krzyczeć, musieli wyprowadzić ją z sali. Myślisz sobie – tego bohatera-zabójcę nie sposób polubić. A jednak po takim czymś, po takim czynie nagle po kropelce, po kropelce… Zaczynasz go rozumieć. Krzysiek, aż tak? Musiałeś aż tak? – pytałem najpierw, ale potem zrozumiałem, że Kieślowski zawsze podchodził do swoich bohaterów z czułością, bronił ich. Mistrzostwo. Kto inny potrafiłby pokazać, że nawet 10 przykazań może być problemem, choć wydaje się, że wystarczy ich po prostu przestrzegać i iść przez życie? A nie tak prosto…

To przykłady reżyserów. Wśród aktorów wspomina Pan często Krystynę Jandę. Co jest źródłem jej sukcesu?

Spontaniczność. Ludzie się dzisiaj chowają za maskami, coś grają… Nawet ja prowadzę grę ze swoimi studentami. Nie odkrywam im od razu całej prawdy o nich samych. Dozuję ją.  A ona nic. Ona jest. Dlatego może się wcielać w tysiące postaci, bo ona jest wewnętrznie czysta. I jest bardzo dobrym człowiekiem.

Spotkali się Państwo na jednej scenie m.in. w spektaklu 32 omdlenia Teatru Polonia…

Takiego teatru już się nie uprawia, on jest już trochę niemodny. Do tego typu teatru trzeba mieć niesłychane przygotowanie warsztatowe. Młodzi aktorzy dzisiaj nie mają możliwości tak ćwiczyć tego zawodu, jak myśmy go ćwiczyli. Pytam się Maćka: Ileś razy zagrał w tym miesiącu? Sześć. A ja w jego wieku grałem trzydzieści sześć przedstawień, bo się grało jeszcze popołudniówki w środy i niedziele. To o czym my mówimy? Młodych rozbestwił film. Niestety przekłada się to też na teatr. 32 omdlenia często gramy poza Warszawą. Mamy próby. Przychodzi jakiś chłopak, dziewczyna… Przepraszam, gdzie mikrofonik umieścić? Wściekam się wtedy. Oszalał pan? Przecież ja w teatrze jestem, nie chcę żadnych mikrofoników. Dla mnie to jest obraza. A ci młodzi wszędzie z tymi mikroportami…

Co różni grę w filmie od występu w teatrze?

W teatrze gram do wszystkich, a w filmie gram do jednego widza. Trzeba użyć innych środków. W Kontrabasiście na przykład muszę się urobić jak wół, żeby każda z tych czterystu osób myślała, że mówię tylko do niej. A tak przecież nie jest.

A jak jest?

Przecież my się umawiamy z tą publicznością. Mówimy: to nie jest naprawdę, ja za chwilę będę kim innym. I co się dzieje, że jednak wierzą? Na przykład w Niedźwiedziu… W czasie prób kwintesencję tej jednoaktówki odkryła Krystyna. Mówi: Słuchaj, tu chodzi o to, że ta publiczność czeka, kiedy on ją pocałuje. To tworzy napięcie, to jest najprostsza zasada tej sztuczki. Publiczność ulega magii, temu, co dawniej nazywało się postaciowaniem. Stanisławski się kłania. Magiczne gdyby. Gdyby ja znalazł się w takich a takich okolicznościach, jak bym się zachował… Jak powiedziałem Oldze Tokarczuk, że jest taki termin, to ona oszalała. Jakie to piękne!

Ma Pan jeszcze czasem ochotę pójść do teatru bądź do kina prywatnie? Obejrzeć coś, co proponują koledzy?

Tak, zdarza się, aczkolwiek coraz rzadziej coś mnie zachwyca. W kinie z trudnością, ale jeszcze ulegam iluzji. Jeśli chodzi o teatr, to jest gorzej. Oglądam i wiem jak to wszystko jest zrobione, widzę niedoróbki.

Nazbyt Pan analizuje.

Tak, defrauduję to wszystko. Krysi Jandzie udaje się jeszcze mnie zaskoczyć. W spektaklu Maria Callas. Master Class w Och-Teatrze rzeczywiście uległem. Kiedy na scenę weszli śpiewacy i naprawdę zaczęli śpiewać – bo ja przecież wiem, co to znaczy śpiewać naprawdę i wiem jak śpiewa aktor, i jak śpiewak – to faktycznie się zachwyciłem. Ale na ogół widzę szwy. A najgorzej, jeśli się wstydzę za to co widzę.

Gdy aktorzy zaczynają przekraczać pewną granicę ekshibicjonizmu, to nagle się orientuję, że patrzę na własne buty. Dlatego  zawsze siadam z brzegu. Potem można zagrać, że zrobiło się niedobrze i wyjść.

Z kina też Pan czasem ucieka?

Z kinem w ogóle jest inaczej, chociaż nie ukrywam, że dużo zależy od pierwszego wrażenia. Krzysztof Kieślowski zawsze mówił: Jak ci nie uwierzą przez pierwsze 20 minut, to koniec. To nie uwierzą ci w ogóle. To samo powtarzam moim studentom. Muszą zapamiętać, że najważniejsze jest pierwsze 20 minut, do tzw. pierwszego punktu zwrotnego. Bardzo lubię filmy specyficzne, a z kinem gatunkowym, to u mnie w ogóle słabo. Nie oglądam kryminałów, komedii romantycznych. Ostatnio zachwycił mnie Frantz F. Ozona – piękny film kostiumowy. Nigdy bym siebie nie podejrzewał, że mi się spodoba, bo na filmy kostiumowe nie chodzę i też w nich nigdy nie grałem. W ogóle to mnie fascynuje w filmie, kiedy przyglądam się i myślę, że nie umiałbym tego zrobić. Mam na myśli filmy takie jak te Federico Felliniego. Wyreżyserować sen? Kurczę, w życiu bym takiego filmu nie zrobił. Jaki mistrz! Sen wyreżyserował! Tak naprawdę to ja jednak rzadko chodzę do kina. Chyba, że muszę zobaczyć coś ważnego z punktu socjologicznego. Tak jak na przykład Botoks.

Widział Pan?

Widziałem. Musiałem. Poszedłem, żeby zrozumieć to społeczeństwo. Podoba mi się zdanie Przemka Wojcieszka, który mówi, że dzisiaj mamy młode pokolenie – MMA, Doda i Botoks i w tym trójkącie rozkładają się gusta. A sam film? Żenujący. Najbardziej uderza mnie ten prymitywizm – prymitywne opowiadanie o tak poważnym temacie. Mówić w ten sposób o gangsterach – to jestem w stanie zrozumieć, ale o aborcji? To poważny problem młodych ludzi, dlatego jest afera.

No tak, debata publiczna na ten temat trwa…

Krysia Janda cały czas ciągnie mnie na manifestacje o aborcji, a ja jej wtedy mówię: Krysiu, ja? Starszy gość będzie krzyczał o aborcji?! Błagam cię, nie ciągnij mnie tam. To będzie tylko śmiesznie wyglądało.

A poprzednie filmy Vegi Pan oglądał?

Nawet dziś się przymierzam do Pitbulla, bo będzie emitowany w nocy. Ale wiecie, ja się wstydzę, bo ci wszyscy na ekranie, to moje dzieci, np. Maja Ostaszewska. Ja nie chcę ich oglądać w takich filmach jak nie muszę. A właśnie, dziewczyny! Czy wy wiecie kto jest moim najstarszym studentem? To aż wstyd się przyznać…

Niech Pan powie!

Bogusław Linda. Ile to już lat…

Ale pedagogiczne zacięcie pozostało. Czy Pan, pracując ze studentami, używa jakichś młodzieżowych słów? Dajmy na to: sztosik?

A co to jest? Stosunek seksualny? Za moich czasów z tym to się kojarzyło.

Teraz tego słowa używa się jak coś jest super.

Ja mało się w tym orientuję, w tym internetowym slangu. Widzę, że studenci w rozmowach ze mną starają się pilnować. Nawet im mówię, żeby inaczej się wypowiadali, bo to jakiś bełkot. Jestem filologiem i bardzo często pytają mnie o przekleństwa na scenie czy w filmie. Zawsze mówię, że to się wiąże z postacią. Nie mogę przecież nie używać knajackiego języka, jeśli mam knajaka na ekranie. To przynależy do postaci. Inaczej mówi knajak, a inaczej ksiądz. Dawniej to się nazywało indywidualizacją mowy. Często poprzez wybór języka buduję postać. Dziś gdybym miał wymyślić bohaterkę, bohatera młodziutkiego, to nie umiałbym tej roli napisać. Musiałbym znaleźć kogoś, kto by mi pomógł przełożyć moją myśl na taki język typu sztosik, narka.

Cykl naszych rozmów nazwaliśmy Mistrzowska Jesień. Pan nieustannie podróżuje między Krakowem a Warszawą. Które miasto jest piękniejsze jesienią?

Pytacie krakusa czy Warszawa jest ładniejsza? W życiu Wam tak nie powiem. (śmiech) Ja w Warszawie nie wychylam za bardzo nosa za drzwi. Mam trzy kina w pobliżu i chodzę do nich piechotą. Teatr jest po drugiej stronie ulicy, restaurację jedną mam na ul. Mokotowskiej, teraz doszła też Hala Koszyki. Muszę jeść zdrowo, a tam można tak zjeść.

A w Krakowie?

A w Krakowie mam Planty. Jak one się tą porą roku zmieniają, jak się człowiek ślizga po tych liściach… Boże, i te wspomnienia! Pierwsze dziewczyny, które całowałem, bo do akademika by nas nie wpuścili… Po balkonach się do nich chodziło. A jak! Teraz mieszkam nad Rudawą, gdzie chodzę z psem na spacery po wałach. Prawda jest taka, że zawsze wybieram Kraków. Ale ja generalnie nie jestem dobrym przykładem, bo życie tak mi się ułożyło, że ciągle jestem poza domem, w innych miastach. Teraz jadę na półtora miesiąca do Łodzi, reżyserować Szewców w Teatrze Nowym.

Łódź jest piękna!

A wiecie, że Łódź mnie fascynuje? Oczywiście trochę mniej, kiedy na ul. Piotrkowskiej zabiją  studenta w środku nocy, a ja właśnie w tej okolicy mieszkam, w Hotelu Grand. Mam tam nawet apartament swojego imienia! I jest tabliczka Apartament Jerzego Stuhra, są moje zdjęcia… Obok jest apartament Jandy, ale ona ma brzydszy. Teraz czeka mnie taki czas, taka robota w Łodzi, że nawet nie chcę zauważyć tej jesieni. Będę chodzić między hotelem, teatrem, dwoma restauracjami… I cześć! Ale jak mowa o takich nieoczywistych miastach, to muszę wspomnieć jeszcze, że uczę w Bytomiu. To jest dopiero przyjemne miasteczko. (śmiech) Nasz wydział taneczny się tam mieści i ci studenci bardzo dobrze się uczą, bo nie mają nic innego do roboty. Siedzą cały dzień w tej szkole. Naprawdę są fajni, bardzo ich lubię, ale sam Bytom? Straszny!

Czyli podsumowując – krakowska jesień wygrywa.

Tak. Ale wiecie co? Tak naprawdę to zależy, gdzie człowieka rzuci życie. Ja różne jesienie przeżyłem – w Perugii, we Florencji… Co roku inna jesień. I to jest piękne.

 

Rozmawiały:
Mila Fringee, Iga Herłazińska i Natalia Rieske.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany