Życie po „Twin Peaks”

Zrobiło mi się dziwnie pusto po obejrzeniu finałowego odcinka trzeciego sezonu Twin Peaks. Nie wiem, czy to bardziej smutek, czy gorycz, zaskoczenie, skonfundowanie, czy niedosyt, mimo, że pozornie wszystko zostało wyjaśnione. David Lynch pożegnał się z kultowym serialem w nienagannym stylu, z przymrużeniem oka, pozostawiając widzów z pewnym kłopotem – jak właściwie interpretować to, co działo się przez ostatnie osiemnaście odcinków?

Powrót do niewielkiego miasteczka w Stanach Zjednoczonych sprawił mi ogromną satysfakcję, zwłaszcza, że początek serii zapowiadał się doskonale. Cztery pierwsze odcinki, choć nierównomiernie to jednak budowały napięcie i podsycały oczekiwania. Spotkanie z miejscowymi dziwakami, starymi i dobrze znanymi mieszkańcami Twin Peaks, wreszcie z agentem Cooperem po 26 latach nieobecności, to jak odwiedziny rodzinnych stron. Lynch stanął przed prawdziwym wyzwaniem ukazania rzeczywistości po tak długiej przerwie, zachowując jednocześnie historię, klimat i duszną atmosferę miasteczka.

Nową serię w całości zrealizował duet David Lynch i Mark Frost. Twórcy postawili wszystko na jedną kartę i zdecydowali się złamać wszelkie zasady fabularne i dramaturgiczne. Ponoć Frost niejednokrotnie próbował interweniować i hamować zapędy Lyncha, ale jak się okazuje niezbyt skutecznie. Sam Kyle MacLachlan przyznał w jednym z wywiadów, że nie do końca rozumie co się dzieje z jego postacią i dokąd to wszystko zmierza.

W trzecim sezonie pojawia się mnóstwo wątków i postaci, czasami na jeden odcinek, a czasami przewijały się one w kilku. Nie wszystkie zostały wyjaśnione, nie wszystkie postaci odegrały kluczową rolę, bądź miały większe znaczenie dla całości. Balans między  gatunkowym a autorskim kinem wielokrotnie zostaje zaburzony. Szala zdecydowanie przechyla się w stronę szaleńczych i dziwacznych, a nade wszystko surrealistycznych wizji Davida Lyncha. Twin Peaks po 26 latach to już nie jest ten sam serial co z początku lat 90. Nowy sezon ma swój ciężar, lekkość i trywialność niektórych scen łączy się z rozbudowanymi wizjami, dłużące się dialogi zastępują obserwacje pozornie nic nie znaczących działań bohaterów, zwroty akcji – jeżeli już się pojawiają – to jako nierównomiernie rozłożone akcenty. Czy w tym szaleństwie jest metoda? To pytanie, które towarzyszyło mi przez cały sezon.

Lynchowi daleko do stworzenia komfortowych warunków dla widza. W wielu przypadkach brakuje odpowiedzi na nurtujące pytania. Rzeczywistość Czarnej Chaty i świata realistycznego przenikają się z różną intensywnością, postaci z obydwu wymiarów wzajemnie się konfrontują, Lynch wielokrotnie ukazuje zło, granice ludzkich możliwości. Twin Peaks można odczytywać jako historię o współczesnym społeczeństwie amerykańskim. Trzeci sezon każe nam wszystkim zastanowić się nad zagrożeniami dzisiejszego świata. Serial jest opowieścią o tym, do czego może być zdolny człowiek, jeżeli ma za sobą odpowiednią, nienazwaną, aczkolwiek siejącą ogromne spustoszenie siłę. Świetnym przykładem na to jest 8 odcinek serii, który stanowi wyjęty z całości, samodzielny epizod o narodzinach zła, zilustrowany długimi sekwencjami wybuchu bomby atomowej z muzyką Krzysztofa Pendereckiego Tren ofiarom Hiroszimy i przerażającą rzeczywistością Czarnej Chaty, w której drzemią najdziksze demony. Być może jest to preambuła ukazująca źródło zła, które ogarnia już nie tylko małe miasteczko Twin Peaks, ale rozlewa się jak lawa po całej Ameryce. Rzecz jasna umieszczona w połowie sezonu z charakterystyczną dla Lyncha ironią.

Trzeba przyznać, że pozytywnym zaskoczeniem trzeciego sezonu jest kreacja Kyle MacLachlana odtwórcy głównej roli – agenta Dale Coopera. MacLachlan miał bowiem niezwykle trudne zadanie przeistoczyć się w co najmniej trzy postaci – niemrawego, kompletnie oderwanego od rzeczywistości Dougiego Jonsa, pracownika korporacji, męża i ojca, a także Coopera w dwóch odsłonach – dobrego i złego. Dougi długo poszukiwał swojej tożsamości, żyjąc jak dziecko we mgle prowokował najczęściej tragikomiczne sytuacje. Walka między Cooperem zamkniętym w Czarnej Chacie i Cooperem próbującym odzyskać świadomość trwała dość długo – w rezultacie właściwemu Cooperowi udaje się wyjść z Chaty i odnaleźć Laurę Palmer. David Lynch utrzymując widzów w niepewności, zwodząc na wszystkie możliwe sposoby przeciągnął moment zyskania świadomości przez agenta aż do przedostatniego odcinka.

Nowy Twin Peaks intryguje, wkurza, zaczyna wątki, których nie kończy, wystawia na ogromną próbę cierpliwość i wytrzymałość widzów. Serial plasuje się gdzieś pomiędzy zdrową dawką absurdu i mocno surrealistyczną formą, o czym świadczy chociażby wątek doktora Jacoby’ego sprzedającego pozłacane łopaty, aby ludzie mogli wykopać się z gówna a pewną ironią, krytycyzmem i interesującą diagnozą dzisiejszej Ameryki i wydarzeń rozgrywających się na świecie. Lynch niczym genialny behawiorysta przedstawia w pigułce najbardziej skrajne zachowania i postawy ludzi – od rozładowujących swoją niepohamowaną agresję po kontemplujących rzeczywistość. Po drodze nieco jednak gubi się historia o morderstwie Laury Palmer, zagadki dwóch wymiarów rzeczywistość i roli agenta Dale Coopera, który mimo odzyskanej tożsamości nadal pozostaje postacią enigmatyczną.

Lynch balansuje na granicy tego co przyswajalne, toczy z widzami grę pełną niedomówień i irytujących zabiegów. To wszystko sprawia, że na Twin Peaks patrzy się jak na dzieło, które ma ogromny potencjał i siłę rażenia. Niestety finalnie stopniowo napompowane powietrze schodzi, co pewnie paradoksalnie można uznać za atut. Twin Peaks ad. 2017 w zasadzie jest kumulacją i podsumowaniem dotychczasowej twórczości reżysera. Znajdziemy tu nawiązania do pierwszych krótkometrażówek, czy mocno surrealistycznej Głowy do wycierania. 

Pustkę po niedopowiedzianym, dziwnym, a zarazem poruszającym Twin Peaks może wypełnić rzecz jasna kolejna produkcja – Stranger Things. Serial braci Dufferów po intensywnym i wymagającym tworze Lyncha będzie świetną okazją do pozostania w klimacie niewytłumaczalnych zjawisk. Aura, którą udało się uzyskać twórcom serii jest niezwykle ujmująca i na drugą odsłonę przygód czwórki dzieciaków z Howkins, stawiających czoła bliżej nieokreślonemu potworowi i światu nieprzyjaznych dorosłych czekam przebierając nogami, ciesząc się jak dzieciak. Sukces produkcji został osiągnięty dzięki bardzo prostej metodzie – konfrontacji dobra ze złem w najbardziej klasycznym ujęciu, łączącym w sobie wszystko co najlepsze dla kina przygodowego i science fiction lat 80. i 90. Czas otrząsnąć się po Lynchu i ponownie wejść w świat małomiasteczkowej rzeczywistości, gdzie tajemnica i pewna doza grozy podobnie jak w Twin Peaks są niezwykle nurtujące.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany