Łączę wodę z ogniem – Tymon Tymański o sztuce i szołbiznesie

Tymon Tymański – muzyk, który był w Azji Express, wrócił i nadal gra w małych, artystycznych piwnicach; autor Polskiego gówna, wielbiciel Gombrowicza i Vonegutta, poeta, buddysta. Między koncertami z jego trasy One Man Show, na krakowskim Kazimierzu, rozmawialiśmy o Polsce, scenie muzycznej i półcelebryctwie.

 

Julia Smoleń: Jesteś artystą, czy celebrytą?

Tymon Tymański: Jestem artystą, który odmawia przymierania głodem i udziela się medialnie. Chociaż w latach 80., zaczynając moją twórczą przygodę, powiedzmy, że artystyczną, uznawałem terminy sztuka i artysta za terminy redundantne, terminy nad to, niepotrzebne. Wychowałem się w kulcie sztuki, ale co jest ważne, w kulcie bez podziału na sztukę wysoką i niską. Moi starsi koledzy z lat młodzieńczych – wieczni studenci polonistyki – podsuwali mi multum płyt i książek, miałem więc wyjątkową szansę swoistej edukacji. Ci ludzie uważali mnie za takiego beniaminka, zdolniachę muzycznego. Chodziłem do nich mając lat kilkanaście i słuchaliśmy razem jazzu, muzyki amerykańskiej, nowej fali. To było takie popierdolone osiedle, gdzie młodzi ludzie cierpieli. Takie dead poet society. Ich starzy byli twardymi belframi, zgredami wychowanymi w komunistycznym drylu. Uciekaliśmy na wszystkie sposoby. To była edukacja, która bardzo wcześnie ukierunkowała mnie na to co chcę robić. Sztuka była dla mnie rodzajem chleba typu pumpernikiel. Nie zawsze strawna, ale smakowo i treściowo intrygująca. Chciałem się przez sztukę wyrwać z tego rodzaju kołtuństwa, w którym tkwiła cała rzesza osób na moim osiedlu. A więc szybko zacząłem sobie wyobrażać, że jestem artystą. W wieku jakichś dziewięciu lat postanowiłem pisać, komponować muzykę, rysować. Próbowałem literacko i pewnie nawet zapowiadałem się jako młody poeta, ale będąc zwierzęciem stadnym wolałem życiową niedolę dzielić na czworo, a tak się dzieje w zespole muzycznym. Interesowała mnie scena, publiczna interakcja. Pewnie trochę z próżności, a trochę dla możliwości. Do dzisiaj uważam, że był to dobry wybór.

Co w takim razie z tym celebryctwem?

Cóż, z muzyki nie zawsze da się przeżyć. W większości przypadków nawet najwybitniejsi pokroju Bacha czy Mozarta przez całe lata klepią biedę, niektórym udaje się na sam koniec, kiedy już są schorowani, nie są w stanie skonsumować swojego umiarkowanego sukcesu. Jebać tę mękę, jebać mizerię. Wybór marzenia, pasji, języka artystycznego, ścieżki życiowej, jest wyborem istotnym i definiuje go inteligencja, wrażliwość, ale z jakiej paki miałem wybierać biedę i cierpienie dla siebie i mojej rodziny? Oczywiście ja się z niczego nie tłumaczę, tłumaczą się winni. Wyjaśniam tylko motywy mojego postępowania i rozdwojenia. Jestem artystą i czasem udaję półcelebrytę. Niekiedy coś dziabnę, uszczknę splendoru, gdzieś wystąpię, przemarzę się przez głośne medium. Deliberuje nad tym, czy coś mi zaszkodzi wizerunkowo. Jeżeli masz dom z zajebistą rodziną, studio nagrań, gdzie możesz nagrywać, ile chcesz i co chcesz, jeżeli możesz pomóc nagrywać innym, młodszym artystom, to jest to już jakieś zaplecze. A status półcelebryty takie zaplecze mi daje.

Pytam między innymi dlatego, że liczba artykułów typu plotkarsko-tabloidowego po wpisaniu Twojego nazwiska w Google jest całkiem spora. Chyba musisz chociaż trochę lubić showbiznes?

Lubię to. To pewnie próżność, ale kto nie jest próżny? Poza tym pieniądze to czysta energia. Nie przesadzajmy też, nie zarabiam ich aż tak wiele, po prostu nie stronię od zarobku, którego charakterem gardzą inni alternatywni artyści. Ale czy na pewno wszyscy nim gardzą? Może po prostu nie mają takiej możliwości, nie mają też tyle do powiedzenia. Poza tym, cechuje mnie pewna schizofrenia, z którą żyje za pan brat. Jestem jednocześnie twardzielem i wrażliwcem, karateką i adeptem qi gongu, kontrabasistą jazzowym i szarpidrutem. To rodzaj charakteru, który godzi takie skrajności. Łączę ogień z wodą, starając się rozważać te medialne propozycje i biorąc niektóre za dobrą monetę. Mam szansę dorobienia kasy na boku, a z drugiej strony tworzę jednak dość pojechane rzeczy o dużym stylistycznym rozstrzale. To twórczość dla wymierającej polskiej inteligencji, dla niewielkiej grupy. Skala zjawiska artyzmu i jego odbioru jest, cóż, niewielka. Nie ma co wywyższać części ludzi mianem elity, mianem ludzi mądrzejszych, czy bardziej wrażliwych, ale przecież samorozwojem zainteresowana jest radykalna mniejszość i tego nie zmienimy. Generalnie zajmuję się sztuką, ale flirtując ze światem celebryctwa, skazuję się na oczywiste nagłówki w prasie i Internecie. Co zrobić? Trudno i basta. Ludzi nie za bardzo interesuje moja sztuka, większość bardziej interesuje, z kim śpię i czy publicznie pokazałem dupę. Oczywiście, że wolałbym, żeby ktoś napisał – Tymon zrobił zajebistą płytę, ale akceptuje to co do mnie przychodzi. Praktykuje od wielu lat buddyzm zen i sztuki walk, zatem moim celem nie jest kopanie się z koniem, ale akceptacja tego stanu rzeczy, tego tao. Ja robię swoje.

Miłość, Kury, Tymon&The Transistors, soundtrack filmowy, audycja radiowa, Polskie gówno – ten natłok różnych form nadal oscyluje wokół muzyki. Dlaczego właśnie ona i jednocześnie – dlaczego w tak wielu formach?

Jako dzieciak rysowałem, rzeźbiłem, grałem i pisałem. Nie byłem wykształcony muzycznie, literacko albo plastycznie. Sam sobie wybierałem to, co mi się przyda, a co muszę odrzucić. Nie do końca miałem możliwości, żeby rozwijać wszystkie wątki, dlatego skupiłem się na pisaniu i graniu. Tego się trzymam, tego jestem pewien. Zawsze myślałem, ze muzyk improwizujący ma szanse na trzy stany transgresyjne, stany intersubiektywnego i metafizycznego połączenia z innymi i całością. Jeden, kiedy tworzysz, drugi, kiedy zaczynasz grać z ludźmi, a trzeci, kiedy występujesz na scenie i słuchają cię inni. Te trzy etapy składają się na wyjątkowość muzyki jako medium ponadsemantycznego, właściwie wręcz patafizycznego. Jest idealnym nośnikiem katharsis. W poezji czy malarstwie masz do czynienia z jednym, dwoma wymiarami, w muzyce masz wszystkie. Jedynie film przewyższa muzykę jako genialna i zapierająca dech w piersiach synteza bodźców, języków i gatunków. Dlatego trzymam się muzyki, jednocześnie nie ograniczając się do gatunku, stąd wiele różnych pomysłów, projektów, natłok tego wszystkiego. Nie jestem wyznawcą jednego gatunku.

Miałem wielkie szczęście, bo w mojej otwartości zdarzało mi się trafiać na mistrzów tegoż gatunku. Pracowałem z Lesterem Bowie, Johnem Zornem, Wojtkiem Smarzowskim [przyp. red.: Tymański jest autorem muzyki do filmu Wesele Wojtka Smarzowskiego]. Miałem okazję wytarzać się w światowym jazzie i zarazem zamieszkać na planie filmowym, otrzeć się o wielkie osobowości i sztukę dużego formatu. To naturalnie dodaje odwagi.

Właśnie, napisałeś scenariusz do Polskiego gówna. Miałam wrażenie, że to próba diagnozy polskiej sceny muzycznej. Jest na tej scenie więcej bylejakości, czy może buntu, potrzeby kontry?

Ktoś mi wczoraj powiedział, że to płyta Kur pt. “P.O.L.O.V.R.U.S.” była taką diagnozą muzyki. Dalej mamy disco polo, zły hip hop, mnóstwo okropnego agro-rocka, kwitnie kibolstwo i nacjonalizm, wiec faktycznie wciąż jest to aktualne. Jeśli chodzi o „Polskie gówno”… Musiałem to z siebie wyrzygać. To film bardzo osobisty, mój rozrachunek z rokendrolem i mizerią polskiej sceny muzycznej. Dzwonił do mnie ostatnio znakomity poeta Marcin Sendecki mówiąc, że ten film go mocno poruszył. Kiedy ktoś taki jak Marcin dzwoni do mnie i dzieli się wrażeniami, oznacza to, że film trafił tam, gdzie trzeba. Nie pod strzechy – raczej pod kopuły ludzi myślących.

A co z tą diagnozą w takim razie?

Trudno tak naprawdę powiedzieć. Muszę podkreślić, że ten film powstał z wkurwienia, z rozpaczy i niemocy, a jednocześnie z potrzeby autoterapii. Miałem potrzebę opisania tej beznadziei, grania za 5 złotych dla dziesięciu osób, tej całej znikomości i mizerii polskiego szołbiznesu, który jednak nie przestaje się puszyć. Ale jest to też film o marzycielstwie, ideowości, spotkaniu idei z realiami. Ten element sowizdrzalstwa w „Polskim gównie” istnieje. A jeśli odnieść to do dzisiejszych realiów, to na pewno nie jest dobrze. Więcej, jest coraz gorzej. Za beznadzieją idzie bylejakość, brak jakości i charakteru, bezmyślność i naśladownictwo. Mam wrażenie, że „Polskie gówno” jest tylko, lub aż, samotnym krzykiem w puszczy. Krzykiem, przerywanym wybuchami histerycznego śmiechu.

Polska też się nie zatrzymuje i pędzi zmianami…  Czy w Tobie ciągle jest siła, żeby poprzez muzykę się buntować? A może zaczęło to już robić nowe pokolenie?

Ja buntować się nie mogę. Chyba nie jestem już w wieku buntowniczym. Co nie znaczy, że nie mogę robić nic… Bardzo niepokoi mnie to, że wielu moich przyjaciół siedzi cicho. Nie wiem gdzie jest ich bunt, czy jak to można nazwać…

Może reakcja?

No właśnie. A jeżeli chodzi o młodych, to w ogóle nie wiem, gdzie oni są. Może nie mają takiej możliwości zaistnienia w tej debacie publicznej. A żeby zrobić głośny singiel to trzeba być już kimś, mieć mocny głos i mocne plecy. Zastanawiam się co to za postawa, czy też jej brak – czy to konsumpcjonizm, inna wrażliwość…. A to przecież jest ich czas. Mają szanse wyjść i wyrzygać wszystko.

Kiedy Polska stała się wolna, dla mnie był to ogromny, zbiorowy sukces. Przepełniały mnie radość, duma. Te czasy można przyrównywać to czasu Ameryki lat 60. Było twórczo, inspirująco, mimo tej  całej szarugi. Działo się. Nisze pojawiały się w każdej domenie kreatywnej i nie tylko. To było świeże, to były nasze pierwsze kroki w chmurach cytując Hłaskę. Czuje, że teraz idzie wielki cień, który zasłania słońce i ogólną widoczność, który straszy nas możliwością kolejnego zniewolenia. Idzie burza i trzeba na nią jakoś zareagować. Nic co nazywa się dobre, dobre nie będzie. I młodzi powinni o tym intuicyjnie wiedzieć.

Na koniec chciałam jeszcze wspomnieć o Twojej trasie koncertowej. Nazywa się ona One Man Show. Zaznaczasz swoją pozycje lidera, czy może zmęczyła Cię praca w zespołach?

To jest czas próbowania nowych rozwiązań muzycznych. Pracuję w tej chwili nad trzema projektami naraz. Jeden z nich jest solowy, deczko publicystyczny i nawiązuje do mojego tryptyku sowizdrzalskiego. Nie potrzebuje po prostu do tego zespołu. Żeby prowadzić dialog z publicznością, uprawiać swego rodzaju obyczajowy i polityczny standup, grając piosenki stare i nowe. Pracuje też nad dwoma innymi ujawinieniami. Tymon Tymański & Mu to avant-rockowy, ambitny projekt z młodymi muzykami z trójmiejskiej sceny okołojazzowej. Jesteśmy w trakcie nagrywania pierwszej płyty tego składu.  Z kolei One Man Show jest rodzajem zebrania myśli, zsumowaniem dokonań oraz próby wejścia w kontakt z publicznością.

Piszę też książkę pt. „Jak zostać mistrzem zen w wolny weekend” – o tym, jak przetrwać w szołbiznesie i o tym, jak w ogóle przetrwać, będąc wrażliwcem. W międzyczasie piszę muzykę do teatru, co jest czasochłonne, ale buduje doswiadczenie muzycznego rzemiosła. Przygotowuję też dokumentację w związku z planowaną fabułą o Gombrowiczu. Dzieje się dużo, ale raczej powoli i po kolei. Mam małe i duże dzieci, które wymagają miłości, uwagi i kontaktu. Nie zamierzam też rozwadniać mojej sztuki i łasić się do publiczności, radia i telewizji. Będzie raczej ambitnie i dojrzale, choć oczywiście – nie wykluczam leciuchnego sowizdrzalstwa.

Julia Smoleń

Kiedy nie ma czasu, żeby pójść do kina czuje się zaniepokojona. Chciałaby spotkać Jima Jarmuscha i wypić z nim kawę. Życie ma zaplanowane na najbliższe pięć lat.

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany