Będę twoją groupie – o boysbandach, t-shirtach i muzycznych obsesjach

W pewnej sieciówce Inditexu, jak co sezon, możemy kupić rockowe bluzki z nazwami zespołów muzycznych gigantów. W innej znajdziemy ubrania inspirowane tymi z trasy Justina Biebera. Na upragnionym koncercie płaczemy z emocji, vlogerki ekscytują się, kiedy dotkną swojego idola, wygniecione plakaty wciąż z czułością wieszamy na ścianach. Kłócimy się także o ulubione piosenki, bo w końcu trzeba ustalić – Nostalgia Taco Hemingwaya jest dobra, czy fatalna? Ba, zdarza nam się kłamać. To te stresujące momenty, kiedy znasz tylko Welcome to the jungle, deklarując swoją miłość do Guns N’ Roses albo nie lubisz Nirvany, ale Cobain na koszulce wygląda przecież fantastycznie.

Mimo tego, że chodząc po ulicach z słuchawkami na uszach nie dzielimy się naszymi lepszymi lub gorszymi upodobaniami z całym światem, to jednak piosenki, o których rozmawiamy, których słuchamy także wspólnie, określają nas w znaczącym stopniu. Szczególnie fascynujące wydają mi się napięcia, które przemykają pomiędzy dźwiękami, słowami i obijają się o relacje międzyludzkie, kulturę, czy nasze osobiste obsesje, przywiązania, także uzależnienia.

A więc, czy słuchając muzyki słuchamy także prawdy o nas i o świecie? Jaką drogę przemierza współczesna groupie?

Dla mnie ty, ja dla ciebie – czego nauczyły nas boysbandy

Na zawsze będę w tobie, ty we mnie i my w nas – tak obiecywali nam chłopcy z Just 5, a potem… zniknęli. Identycznie znikali Backstreet Boys, Tokio Hotel i US5 (nie mylić z U2). Te boysbandowe piosenki nie mają w sobie lekkości klasycznej piosenki pop. Bywają toporne, kiczowate, oparte na tekstach, które związane są ściśle z banałem. Teledyski uwypuklają ten kicz, wyprowadzając na pierwszy plan domniemaną atrakcyjność chłopców z zespołu. Jednak nikomu to nie przeszkadza. Szaleństwo wokół takich bandów pojawia się co sezon, co pokolenie. To kolejny – po disneyowskim księciu – etap dorastania. A więc doświadczenie przywiązania do konkretnej grupy muzycznej jest doświadczeniem pokoleniowym. Doświadczeniem święcącym kolorami glamour, obiecującym lepszy świat z MTV. Wydarzenie dojrzewania i potrzeba męskich wzorców okazują się silnie uniwersalne. Boysbandy – dekada po dekadzie – są, jak wyjaśnia Geroge Lipsitz w The Hidden History of Digital Capialism, obiektem romantycznego pożądania. Drogą mlecznej miłości utkanej z róż i kilku błyszczących łez. Drogą ku temu co najważniejsze – odnalezieniu księcia na wieczną wieczność.

Czy jest to bezpieczna droga dojrzewania? Chłopcy śpiewają o ubranej w złoto-kryształową nadzieję miłość, która objawia się bardzo normatywnie w postaci pięknej dziewczyny. Zresztą, sam wizerunek boysbandów jest chłopięcy, idealnie dopasowany do optyki nastolatki. To śliczni młodzi muzycy (a może produkty…?) o głosie przed mutacją, delikatnej urodzie i naiwnym spojrzeniu. Kiedyś gospodynie domowe oglądały seriale o szalonych romansach z pokojówkami w roli głównej, dzisiaj dziewczynki uczone są zero-jedynkowej miłości. Niebezpiecznego i nudnego, utopijnego przywiązania do jednego typu relacji. Bo tak właśnie powinno to wyglądać.

A dokładnym rewersem boysbandów nie będą przecież zespoły dziewczyn, w których piosenki wsłuchują się zauroczeni nastolatkowie. The Pussycat Dolls, Spice Girls, Destiny’s Child ukręcają boysbandom, a także ich fankom nosa. To nie świat, w którym miłość jest nieskończona, to świat gdzie dziewczyny śpiewają Number one chick when I step out on the scene. Kiedy dorosną, będą sławne, będą jeździć fajnymi samochodami, będą podróżować. To nadal utopijna rzeczywistość, ale pełna zabawy, samodzielności i siły. Dlatego zamiast Just Because of You wybieram Survivor.

Od zera do idola

Oczywiście, nie tylko boysbandy mają wokół siebie silne mury fanów. Potrzeba idola, odnalezienia autorytetu, który oscylować będzie między superbohaterem, inspiracją i obsesją jest wszechobecna. Kiedyś był to Jerry Lee Levis, Michael Jackson, Madonna; dzisiaj pewnie Beyonce. Podkręcający mechanizm produkcji idoli to telewizyjne programy typu American Idol. Bohaterowie wspinają się po schodach odcinków, zbierają wokół siebie rzesze kibiców i kończą przygodę z programem nie taką znowu spektakularną karierą. W tym temacie ciekawym programem będzie X Factor, który ucieka od kultu talentu. Program sprzedaje dramaty o nieobecnym ojcu, alkoholizmie, problemach finansowych. Równolegle do tego nieśmiała licealistka ze Zbąszynka przemienia się w prawdziwą super star. Pamiętamy ją z castingów, a teraz obserwujemy na żywo – jaka pewna siebie, cała w cekinach, czy to naprawdę nasza Agnieszka?

W końcu czujemy, że coś nas właściwie łączy. Takie historie pozwalają uwierzyć w jakiś telewizyjno-warszawski dream sławy. To także bohaterowie, których społeczeństwo może szczerze pokochać. Jak można po prostu śpiewać piosenki… Dramaty i zdrady nakręcają tabloidową machinę, która aż kusi – uzależnij się od nas. Już nieważne kto ma talent, nadbudowa okazuje się ważniejsza.

Podsycaniem sławy zajmują się także konsumpcjonizm i kapitalizm, swoi silni, jakby nie patrzeć wspólnicy. To w pewien sposób zabawne, że Dżem, którego płyty należały do trzeciego obiegu, ma teraz w swoim sklepie internetowym zegary ścienne i kubki z logo zespołu. Handel produktami, kult merchu ma także swoje plusy – fani czekają na te koszulki i plakaty. To pewien osobisty manifest, niema komunikacja pomiędzy osobami w koszulce z tym samym zespołem…

Koncert Rolling Stones? Przecież oni nie żyją!

Ale przecież nosząc koszulkę z Morrisonem bez znajomości The doors narażamy się na społeczne szykanowanie. Fani bywają brutalni. Klasycy kręcą nosem, jeśli nie znasz Berlioza, jak jedziesz na Openera i nie znasz żadnego z headlinerów to raczej kiepsko, a okładkę Dark Side of The Moon przywłaszczyły sobie tumblerowe marzycielki. Oczywiście trochę przesadzam, ale ta okołomuzyczna dyskusja rozpoczyna cały szereg towarzyskich miłostek i niesnasek. Czy tych, które będą objawiać się w milczącym zalewie łez podczas katartycznego koncertu, czy tych spajających, silnie określających subkultur, które choć w znacznie mniejszym stopniu nadal żyją swoją siłą. Będąc groupie, nie płaczemy tylko pod plakatowym ołtarzykiem. Zyskujemy przyjaciół. Takich, z którym łączy nas namiętna ekscytacja albo po prostu wspólna wrażliwość, coś co spaja właściwie na wieki.

Słuchając zapętlonej playlisty na naszych telefonach prowadzimy więc historie pozamuzyczne, te nasze, osobiste, a także bardzo szerokie, do któryh wkrada się przemysł i media. Czy nadal jesteśmy gropuies? Chociaż nie każdy będzie jeździł TLK za koncertową trasą błagając na koszulce Take Me Backstage to siła przywiązania – czy nieudolna, boysbandowa, czy dojrzała, objawiająca się w szacunku do działalności artysty – wciąż pozostaje gorąca. Tak gorąca, że obraz dzisiejszych belieberek i innych Linkiewicz blednie.

Źródło: giphy.com

Namiętne, seksualne wręcz przywiązanie do obiektu muzycznego kultu łączy się często z festynem kiczu. Jednak w sieci szalonych powiązań i interdyscyplinarnej dyskusji na temat muzyki nadal pozostaje bardzo osobiste doświadczenie. Doświadczenie naszych muzycznych błędów, słabostek, niewiedzy, wymądrzania się, sentymentów. Tego wszystkiego co nie ucieka całkowicie od sprytnie budowanej muzycznej branży, ale pozostawia nas w stanie muzyczno-miłosnego upojenia.

Obrazek wyróżniający pochodzi ze strony: Inbatmania.com

Julia Smoleń

Kiedy nie ma czasu, żeby pójść do kina czuje się zaniepokojona. Chciałaby spotkać Jima Jarmuscha i wypić z nim kawę. Życie ma zaplanowane na najbliższe pięć lat.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany