Pomiędzy światami. O filmie „Człowiek z magicznym pudełkiem” Bodo Koxa

W temacie kina gatunkowego polska kinematografia stawia pierwsze, nieśmiałe kroki. Niechęć do produkcji oflagowanych kategorią filmu sensacyjnego, thrillera, czy też akcji, tłumaczy się niskimi budżetami. Bodo Kox – naczelny outsider rodzimego podwórka filmowego udowodnił, że przy nakładzie pieniężnym, stanowiącym znikomy ułamek budżetów hollywoodzkich, można przełożyć Incepcję i Fight Club na język znad Wisły.

W świecie wykreowanym przez Bodo Koxa wystarczyło trochę ponad 10 lat by Warszawa stała się podzieloną ruiną. Pasmo rzeki rozgranicza stolicę na lepszą i gorszą połowę. Jedną z nich porastają gęsto przeszklone wieżowce. Ludzie smutno pokonują ulice miast z głowami spuszczonymi w dół. Nawołują ich tylko mijane reklamy, które znają ich lepiej niż drugi człowiek. Rozmowy nie są tutaj na porządku dziennym. Na spacery chodzi się samemu, w pracy przesiaduje się przy odizolowanym od reszty biurku, posiłki również jada się samotnie. Te po erze foodpornu w żadnym stopniu nie przypominają zdjęć z Instagrama. Jeśli zachwyciła Was pastelowa stylistyka przyszłości nakreślona przez Spike’a Jonze w Her, Bodo Kox pogrąży Was w smutku wymalowanym odcieniami granatu i ziemistej zieleni. Bohaterowie lepszej strony Wisły próbują rozświetlić mrok miasta odziani w błyszczące, ozdobione ledami stroje. Kostiumografka – Katarzyna Adamczyk – wykonała świetną robotę, nadając swoim bohaterom umowne uniformy, grubą kreską oddzielające ich pozycje społeczne. Do świata korporacji zamkniętych w szklanych wieżowcach należy Gloria. Drugą stroną w tej historii o miłości poza czasem i przestrzenią jest Adam, poddany amnezji przez niezdefiniowanych przedstawicieli rządowej góry, bacznie obserwującej obywateli. Wizja Orwella ziszcza się w świecie Bodo Koxa po raz kolejny.

Kadr z filmu „Człowiek z magicznym pudełkiem” źródło: Interia Film

Adam trafia na warszawską Pragę, która zapomniała co to słońce i ludzki śmiech. Krajobraz drugiego brzegu Wisły zdominowały drżące w fasadach pustostany i śmieci składowane na ulicach. Z rzadka pojawiający się przechodnie mają w sobie jeszcze więcej nieopisanego smutku niż ich warszawscy sąsiedzi po drugiej stronie rzeki. Adam – posiadacz nowej tożsamości, zagubiony w tym monochromatycznym, postapokaliptycznym świecie ludzi-androidów, odnajduje stare radio – niezbity dowód na toczące się niegdyś w zrujnowanej praskiej kamienicy życie. Bohater dzieli swój czas na pracę jako sprzątacz w korporacji Glorii, a majsterkowanie przy starym odbiorniku. Romans dwojga bohaterów z początku nie ma nic wspólnego z love story, którego mogliby ekranowym postaciom pozazdrościć widzowie. Bodo Kox celowo wkłada w usta swoich bohaterów frazy, balansujące na granicy kiczu i żenady. Wyzwolona, sfokusowana na własnych potrzebach Gloria nazywa nieśmiałego Adama staroświeckim romantykiem. Relacja zbudowana na jasnych zasadach wkrótce jednak runie jak miasto, które podczas pierwszego zbliżenia pary ulega w tle destrukcji. W scenie walącego się świata, żywcem wyjętej z Fight Clubu, bohaterowie zawierają przymierze, wiedząc, że są dla siebie jedynym ratunkiem w tych bezlitosnych czasach. Adam zaprasza Glorię do siebie, pokazując jej szczątki dawnego życia w postaci starego radioodbiornika, który umożliwia bohaterom podróże w czasie. W tym momencie Bodo Kox rozpoczyna wielopoziomową narrację, której akcja fabularna rozpościera się między latami 50. a mroczną współczesnością bohaterów. Gloria, której chłodne, zdystansowane serce zaczyna bić odważniej, podejmuje walkę o zagubionego w czasie ukochanego. Warszawa po kataklizmie wartości opiera się jednak happy endom.

Bodo Kox po sukcesie Dziewczyny z szafy, pokazuje że w kręgu jego zainteresowań znajduje się to, co nierzeczywiste i nieuchwytne. Delikatny realizm magiczny debiutu reżyserskiego, wyewoluował do dojrzałego kina. Nazywanie Człowieka z magicznym pudełkiem filmem sci-fi nie będzie na wyrost. Reżyser miał sporo szczęścia, współpracując ze scenografami, charakteryzatorami i kostiumografami, którzy trafnie przełożyli jego wizję polskiej postapokaliptycznej rzeczywistości z przymrużeniem oka. Wbrew temu, co sprzedają plakaty, to nie Olga Bołądź i Piotr Polak skradli show. Film broni się bardzo wyrazistym, trafnie obsadzonym drugim planem. Szczególnie za sprawą Sebastiana Stankiewicza w roli Bernarda oraz zjawiskowej Heleny Norowicz – mieszkanki praskiej kamienicy. Po obejrzeniu sceny z jej udziałem, którą wypełnia głos Kory, sprawi, że za każdym razem, gdy usłyszycie Krakowski spleen, poczujecie nieopisany smutek, gęsto spleciony z filmem Koxa.

Kasia Siewko

Zakochana w Katowicach i brzydkiej architekturze. Zapytana o ulubioną poetkę od wielu lat odpowiada- Poświatowska.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany