Ilustratorka-amatorka. Co tam pani bazgrze?

Mówi się, że nie istnieje pisanie i malowanie do szuflady, a wszyscy którzy twierdzą, że tak właśnie robią – kłamią w żywe oczy. Ja choć wiele ilustracji skrywam w blokach i segregatorach na dnie komody, w większości, z potrzeby serca oddaję je bliskim. To moja forma upominku. 

Pamiętacie swoje szkolne zeszyty, a konkretnie marginesy? Przypuszczam, że każdy z nas obowiązkowo zamieszczał na nich datę lekcji i ewentualne informacje z grona dodatkowych (choć wcale nie mniej ważnych). Nie oszukujmy się, marginesy są po coś zupełnie innego. Wymyślił je ktoś, kto za wszelką cenę chciał wydobyć choć odrobinę artyzmu z każdej istoty. Mały fragment kartki podsunięty pod długopis jest mobilną sztalugą, która przyjmie wszystko. Pokaż mi swoje marginesy, a powiem ci kim jesteś – taką teorię miałam przez większość lat szkolnych, bezczelnie zaglądając w zeszyty ludziom z klasy. My – artyści zeszytowi, tworzyliśmy szlaczki, zwierzątka, domki, krzyże, oczy i bezkręgowe istoty. To co się działo na tych pobocznych, pozornie nieważnych fragmentach kartki papieru, często wołało o pomstę do nieba, ale wiem, że każdy z nas w ten sposób odreagowywał stres, radość, chwilową wenę, którą natychmiast trzeba było przenieść z umysłu na kartkę.

Ja najczęściej rysowałam, aby się skupić, bądź wtedy, kiedy nerwy robiły ze mną co chciały. Zamalowywanie marginesów jako forma amatorskiej autoterapii. Jak świat długi i szeroki, wszyscy mamy swoje lekarstwa na odtrutkę na niepowodzenia i chwilowe rozedrgania na poziomie fizycznym, jak i psychicznym. Sięgamy do książek, słuchamy muzyki, gnieździmy się w fotelu kinowym, podziwiamy jak aktorzy spalają się dla nas na deskach teatru, mieszamy w garnkach, łączymy smaki, sprzątamy na błysk całe mieszkania, przekąski odrzucamy na rzecz porządnych, wystawnych dań.  A Wy? Co robicie? Konstruujecie kapcie na szydełku? Oglądacie amerykańskie komedie romantyczne, aby mieć pewność, że bohaterowie będą żyli długo i szczęśliwie, dodatkowo pławiąc się w luksusie? A może właśnie tak jak ja – rysujecie? Malujecie? Ilustrujecie?

Rysowanie (początkowo na marginesach, potem już nieco bardziej profesjonalne) to mój świat od kiedy pamiętam. Pamiętam dokładnie jak Marta, moja starsza siostra przyjeżdżała do mojego rodzinnego mieszkanka co weekend na studia, a wieczorami zasiadała w kuchni, rozkładała swoje przybory i rysowała. Jako mała dziewczynka z kokardą większą niż cała głowa, przyglądałam się jej z otwartą buzią i zazdrościłam. Próbowałam potem kalkować jej rysunki, a każde kolejne wspólne weekendy mijały na chorobliwym pragnieniu malowania tak jak ona. Była jedyną na tamten moment osobą, która w sposób naturalny, skromny, a jednocześnie nadzwyczajnie spektakularny, potrafiła narysować wszystko co wyprodukowała jej głowa. Wyświetlała obrazy pod powiekami, a potem potrafiła przenosić to na kartki papieru. Kiedy moi rówieśnicy oglądali zakazane japońskie bajki w telewizji, ja, przytulona do poduszki z segregatorem jej rysunków nad głową oddawałam się artystycznym marzeniom. Długo nie miałam odwagi sięgnąć na poważnie za ołówek, kredki czy (o zgrozo!) flamastry. Wiedziałam, że nigdy nie będę malować tak jak ona, więc długo wzbraniałam się przed jakimikolwiek próbami. Zgodziłam się dopiero pod przymusem, tak na odczepkę.

Pamiętam, że pewnego wspólnego wieczoru popłynęłam wraz z czarnym tuszem zajmującym płynnie ziarnisty papier w bloku rysunkowym. To było TO uczucie, które nawet pisząc teraz te słowa, jest ciągle świeże, jakby z wczoraj. Poczułam wolność i możliwość stworzenia na kartce papieru tego czego tylko zapragnę (oczywiście z różnymi skutkami). Nagle, ku mojemu zdziwieniu, przestałam chcieć być jak moja siostra, a chciałam tylko móc rysować po swojemu. To był punkt zwrotny w moim podejściu do mazania po kartkach, a minęło od tej chwili kilka ładnych lat.

Choć rysuję od kilkanastu lat i zrobiłam kilka kroków w kierunku dokształcania się na tej płaszczyźnie, zawsze będę robiła to amatorsko i, jak to się ładnie mówi, po głupiemu, ale po swojemu. I dobrze. Lubię tak do tego podchodzić. Rysuję z potrzeby serca i potrzeby duszy. Rysuję dłonią i sercem, a nie wielkim, niepodrabialnym talentem, którego nie mam zbyt wiele. Mam za to pasję, a to w tym wszystkim jest najważniejsze.

Ostatnio tęskniłam. Od dłuższego czasu czułam pustkę w sferze artystycznej. Choć robię dużo: sporo pracuję, kojarzę słowa w pary w różnych miejscach w sieci i nie tylko, latam jak oszalała po Warszawie i podziwiam narodziny jesieni, czegoś mi w tym brakowało. Codzienny pęd, coraz częściej niezorganizowany chaos odebrał mi czas na moje bazgroły. Kilka tygodni temu, w deszczowy, ponury dzień, po kolejnym potknięciu zawodowym, złapałam za flamastry i kredki, rysując w kilka minut kobietę trzymającą parasol, a wokół niej krople deszczu, które łączą się z łzami. Bez namysłu, moje uczucia przeniosłam na papier. Ulżyło mi, a ta chwila rozedrgania, wraz z nerwami przyniosła olśnienie. Bazgroły! Ilustracje! Rysunki! Tego mi brakowało!

Maluję z przyjemnością, z potrzeby serca i chęci skierowania kącików ust bliskich ku górze. Rysuję dla innych i z radością od lat wręczam tego typu upominki. Działam indywidualnie – pod każdą osobę. Z jakim skutkiem? Cieszą się, więc ja również jestem zadowolona i wiem, że te wieczory ze starszą siostrą Martą sprzed kilku lat mają w tym swój ogromny udział.

Zmykam do świeżo zakupionego bloku i flamastrów o kilku różnych grubościach. Będę sobie tak malować dla innych ludzi przez całą jesień, a co będzie potem? Przyjdzie zima, ale zimą ilustruje się jeszcze przyjemniej! Narysujcie coś dla mnie! 

 

Zdjęcia: materiały prywatne, Pinterest

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany