Czy łatwo zostać wampirem i czy można podróżować w czasie? „St. Nicolas” – rodzinna produkcja teatralna

Co ma wspólnego krytyk teatralny z wampirami? O tym wiedzą – a raczej wciąż próbują się dowiedzieć – Weronika Kuśmider, studentka reżyserii w Akademii Teatralnej i jej ojciec Szymon Kuśmider, aktor Teatru Polskiego w Warszawie, obchodzący 25-lecie pracy artystycznej. Rodzinna produkcja teatralna – skok na głęboką wodę. Ale odwagi do spełniania marzeń im nie brakuje, dlatego zdecydowali się wziąć na warsztat… wampiryczną opowieść pełną metafor.

Weronika Kuśmider: O tekście Conora McPhersona St. Nicholas powiedział mi kiedyś tata. Że podobno fantastyczny, że czytał go ileś lat temu i że może warto by się mu przyjrzeć i go zrobić. Sięgnęłam więc po tę sztukę i okazało się, że tata miał rację – tekst jest niezwykły. Po pierwsze ze względu na to, jak świetnie jest napisany oraz ze względu na historię, którą opowiada. To wyzwanie zarówno dla mnie, młodej osoby, która wchodzi dopiero do świata teatru zawodowego, jak i dla mojego ojca, który w tym teatrze zawodowym jest już od 25 lat.

Szymon Kuśmider: Czytałem ten tekst kilkanaście lat temu i pomyślałem sobie, że kiedyś, kiedy skończę 50 lat, chciałbym to zagrać. Czekałem na ten moment dwadzieścia lat i bez wątpienia warto było czekać. Z perspektywy lat zupełnie inaczej patrzę na ten tekst, pewne rzeczy przeżyłem, o pewnym rzeczach więcej się dowiedziałem…

WK: Sztuka opowiada o krytyku teatralnym przeżywającym kryzys wieku średniego, który nagle uświadamia sobie, że jego życie nie ma sensu. W teatrze nie dzieje się nic ciekawego, on sam pisze jałowe recenzje, choć należy do grupy najlepiej opłacanych recenzentów… Ma nieudane życie zawodowe i rodzinne. Przełom następuje, gdy pewnego wieczoru podczas spektaklu zakochuje się w młodej aktorce…

SK: … i nie mamy pojęcia, dlaczego tak się dzieje, bo sztuka, w której ona gra jest beznadziejna. Ale ona ma takie ręce, ona ma takie nogi, takie ruchy… Ona jest taka piękna…

WK: I to zauroczenie jest dla niego jedynym światłem, jedyną nadzieją w życiu, dlatego rzuca wszystko i jedzie za tą aktorką z Dublina do Londynu, gdzie mają ma pokazywać ten spektakl. Nie wie, co chce jej powiedzieć, ale po prostu chce ją zobaczyć. I zupełnie niespodziewanie spotyka w tym Londynie… wampira, dla którego zaczyna pracować. I tutaj zaczyna się druga część opowieści. Pytanie – czy jest ona metaforą, czy wręcz przeciwnie? Bohater podkreśla przecież kilkukrotnie, że to się zdarzyło naprawdę.

Kiedy byłem chłopcem, bałem się ciemności… Tego, co się w niej kryło. Być może myślałem, że kryły się w niej… wampiry. Wiedziałem o nich tyle, co każdy z nas. Były to bzdury wyczytane z książek lub zasłyszane z opowieści. Nie miały nic wspólnego z rzeczywistością. Rzeczywistość jest bardziej zwyczajna. Jest faktem.

Opowiada o tym, jak przyprowadzał wampirom ludzi, których krwią się żywią, a sam w zamian za to od swoich mecenasów otrzymał atrakcyjność. Nagle stał się przystojnym mężczyzną, za którym szły tłumy, z łatwością podrywał kobiety. Wampiry opowiadają mu jednak historię, która pozwala mu uświadomić sobie pewne rzeczy. To metaforyczna opowieść o tym, że nie ma powrotu do przeszłości i często trzeba płacić wysoką cenę za swoje wybory. I w tej ostatniej części tekstu pojawiają się rozważania na temat tego, jaką odpowiedzialność ponosimy za rzeczy, które nas spotykają.

SK: Temat jest trochę sensacyjny, a zarazem też bardzo refleksyjny, bohater robi pewną wiwisekcję swojego życia. To, co mnie zachwyciło najbardziej w tym tekście to to, że jest on o wybaczeniu. O wybaczeniu sobie błędów. O tym, że czasu nie da się cofnąć. Nie da się cofnąć i zacząć czegoś od początku, na nowo. A gdyby nawet można było, to pewnie my – ludzie popełnilibyśmy te same błędy.

WK: W ostatnim czasie motyw wampirów przewijał się często w literaturze, w kinie. W St. Nicholas pojawiają się one w zupełnie innym wydaniu. Wszystko, co wiemy, to mity i przesądy, prawda jest zupełnie inna. Wampiry wysysają z nas energię. I tutaj pojawia się kwestia metateatralności tego tekstu. Rzeczywiście tak jest, że ta energia, którą mamy my – twórcy w konfrontacji z odbiorcą też jest wysysana. Metaforę wampira można więc przenieść na relację aktor-widz. Dużo rozmawiamy o tym podczas prób.
Dla nas ta praca jest przede wszystkim ważnym spotkaniem. Spotkaniem z fantastycznym tekstem, ale także naszym spotkaniem, nie tylko córki z ojcem, ale reżysera z aktorem. Po raz pierwszy tata zagrał u mnie w egzaminie w Akademii Teatralnej, potem zaproponował mi tę wspólną pracę, co jest dla mnie zarówno komplementem, jak i wielkim wyzwaniem.

SK: Praca z Weroniką jest o tyle ciekawa, że ona jest tak przygotowana do tej sztuki, że naprawdę pracuję z nią jak z reżyserem, nie jak z córką.

WK: Warto wspomnieć, że jest to tekst irlandzkiego dramaturga – Conora McPhersona – i cała historia dzieje się właśnie w Irlandii. Parę lat temu pracowałam jako asystentka przy spektaklu irlandzkiej reżyserki i kiedy nasz bohater wymienia wszystkie nazwy teatrów, miejsc, knajp, dostrzegam ukryte w tekście aluzje, żarty. To bardzo pomaga w pracy. Podobnie dużym ułatwieniem jest to, że… znamy się z tatą (śmiech).

SK: Weronika mnie bardzo dobrze zna – wiadomo, jak ojca, więc liczę na to, że wyciągnie ze mnie coś nowego, odkryje we mnie tę postać. Zazwyczaj aktorzy mają swoje ulubione sztuczki, miny, pozy – po prostu ulubione środki artystyczne. Dzięki tej bliskości Weronika więcej zauważa i nie boi mi się zwrócić uwagi, powiedzieć: Nie tak, zagraj inaczej.

WK: Jest to produkcja rodzinna i nie jest to bez znaczenia, naprawdę. Dawno się tak często nie spotykaliśmy, nie dzwoniliśmy do siebie, jak teraz – w czasie prób i przygotowań. Dawno nie śmialiśmy się tyle wspólnie!

SK: Postanowiliśmy także zrobić kampanię na Polakpotrafi.pl, bo okazało się, że koszty licencji, scenografii, nagrań, materiałów promocyjnych są wysokie, szczególnie jeśli robi się produkcję kompletnie niezależną. Sami wielokrotnie wspieraliśmy innych twórców, którzy też próbowali w ten sposób pozyskać brakujące pieniądze. Bo przecież marzeniom należy sprzyjać i trzymać za nie kciuki, prawda? Mamy nadzieję, że ludzie postawią na nas, na nasz projekt i pomogą nam w jego realizacji.

Więcej o projekcie możecie dowiedzieć się na stronie Polakpotrafi.pl/projekt/monologueplay.

Zdjęcie wyróżniające: fot. Magdalena Franczuk.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany