Jestem „staroczesny” – wywiad z Markiem Niedźwieckim

O wędrówkach po lesie, jesiennej muzyce, autorytetach, „staroczesności” i listach od słuchaczy opowiada Marek Niedźwiecki – właściciel jednego z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych głosów radiowych w Polsce.

Michalina Bieńko: Czy lubi Pan jesień?
Marek Niedźwiecki: Tak. Jesień i wiosna to moje dwie ulubione pory roku. Nienawidzę zimy, za zbyt gorącym latem też nie przepadam, ale jesień… jest piękna. Kojarzy mi się przede wszystkim z sezonem grzybowym, bo uwielbiam grzyby, ale też z muzyką. Zawsze bardzo czekam na wrzesień, kiedy mogę zaprezentować „September morn” Neila Diamonda. To już taka tradycja od wielu lat, że tę piosenkę zawsze dwa, trzy razy w ciągu września prezentuję na antenie. Potem przychodzi październik i zespół October Project albo piosenka „October Road” Jamesa Taylora – takie mam muzyczne skojarzenia z jesienią. Jesienią pojawia się również wiele premier płytowych… Ktoś wyliczył nawet, że we wrześniu ukaże się sto trzydzieści siedem nowych płyt! To niesamowite, że jesienny wysyp wraz z grzybami robią wytwórnie fonograficzne.

A jakie ma Pan wspomnienia związane z jesienią z czasów Pana młodości?
Jesień zawsze wspominam sympatycznie, bo po pierwsze od lat siedemdziesiątych zwiastowała powrót na studia, a lubiłem studiować z powodu pracy w studenckim radiu „Żak”, gdzie spełniałem swoje marzenia. Ale jesienią lubiłem też szwendać się po lesie w Szadku, mojej rodzinnej miejscowości. Już półtora kilometra od centrum miasteczka, czyli od rynku, były lasy i to ogromne. Znałem je właściwie „na wyrywki” przez tyle lat chodzenia, chociażby właśnie na grzyby. Te lasy były mi bardzo bliskie. W ogóle lubię naturę.

Podobno pierwsze audycje tworzył Pan właśnie w lesie.
To jest taki wstydliwy temat. Chodziłem po lesie i w jakimś sensie układałem sobie te audycje, czyli prowadziłem radio. Nikt mnie nie słyszał, bo byłem sam. Nie śpiewałem piosenek, broń Boże, ale to były takie wprawki, ćwiczenia.

W szkole podstawowej grał Pan na akordeonie. Co dała panu nauka gry na instrumencie muzycznym?
To były lata sześćdziesiąte, małe miasteczko, w którym właściwie jedynym domem kultury była szkoła, także po zajęciach, wieczorem, gdzie spotykaliśmy się na kółkach zainteresowań. Kino „Rolnik” raz na jakiś czas pokazywało jakieś filmy, ale tylko raz na jakiś czas. Normalne życie koncentrowało się jednak wokół szkoły. Ten akordeon to był przypadek. Moja siostra grała na mandolinie. A ja… na czym facet może zagrać? Na akordeonie ewentualnie. Poprosiłem rodziców, kupili mi Weltmeistera, który miał 90 basów i nauczyłem się grać, ale to wszystko się działo przypadkiem. Zresztą uważam, że w moim życiu wiele rzeczy się zdarzyło przypadkiem. Nie wierzę, jak ktoś mówi, że nie ma przypadków i to jest gdzieś tam zapisane. Być może tak, ale te przypadki zadecydowały o tym, kim dzisiaj jestem. Na akordeonie umiałem zagrać parę piosenek bigbitowych typu „Popełniłeś drogi chłopcze duży błąd”. Ale potem pamiętam, po latach, telewizja zrobiła program i zawieźli mnie do szkoły muzycznej, gdzie stał na scenie akordeon. Nie odważyłem się go założyć i zagrać, bo nic bym nie pamiętał. To nie jest tak jak z jazdą na rowerze, że wchodzi się po kilkudziesięciu latach i zaczyna się grać. A czego mnie to nauczyło? Może tego, że trzeba po prostu być konsekwentnym.

Czy pamięta Pan, kiedy poczuł, że muzyka to jest to?
Dokładnie to trudno określić. Myślę, że to się mogło zdarzyć, jak miałem około 14 lat. Już byłem dosyć dorosły. Pierwsze piosenki zasłyszane w radiu, które pamiętam, są chyba z 68, może 67 roku, ale głównie 68. „Strangers in the night” Franka Sinatry, jakaś piosenka Cliffa Richarda… Mieliśmy w domu radio Pionier, które odbierało tylko fale długie, średnie i krótkie, nie było ultrakrótkich, więc słuchaliśmy Jedynki, bo Jedynka docierała wtedy to takich małych wsi, miasteczek i osiedli. Pamiętam, że radio było istotne w naszym domu. Rytuałem było dla mnie słuchanie radia po południu. Najważniejsze było dla mnie Popołudnie z Młodością od 16 do 19 – taka audycja w Jedynce – w ramach której w każdą sobotę o osiemnastej była Lista Przebojów „Studia Rytm”. Najpierw prowadził ją Andrzej Turski, a później Piotr Kaczkowski. To były czasy, kiedy nie było Internetu, więc jak nie zapisałem tej listy, to ewentualnie mogłem kupić gazetę „Sztandar Młodych”, w której była drukowana. Gorzej było z Listą Przebojów Radia Luxemburg czy American Top 40, bo one nie były nigdzie drukowane u nas, więc nie mogłem sobie pozwolić na to, żeby ominąć jakiekolwiek notowanie. Byłem jednak kolekcjonerem, pisałem w takich zeszytach jak ty tu masz zapisane pytania, flamastrami w różnych kolorach, każda piosenka miała przypisany kolor. Teraz brzmi to trochę zabawnie, ale wtedy to było tworzenie takiej własnej Wikipedii. Pamiętam też jak w niedzielę o 15 było słuchowisko – Teatr Polskiego Radia – całą rodziną zasiadaliśmy i słuchaliśmy. Każdy robił coś swojego, ale radio grało głośno dla wszystkich.

Pamięta Pan, kiedy zaczął Pan marzyć o pracy w radiu?
Myślę, że wtedy, kiedy chodziłem po lesie i robiłem te swoje prywatne audycje. Z tym, że to było takie marzenie jak o tym, żeby być kosmonautą. Pierwszy raz przyznałem się do tego, że chciałbym kiedyś pracować w radiu w szkole średniej, kiedy prowadziłem radiowęzeł szkolny na przerwach i gazetkę ścienną na temat muzyki, głównie pisząc tam to, co mówili prezenterzy listy amerykańskiej czy brytyjskiej. Studia wybrałem w politechnice, budownictwo, ale tylko dlatego, że wiedziałem, że tam jest radio Żak. Nie miałem wtedy świadomości, że prawie na każdej uczelni jest studenckie radio. Przez cały czas spędzony na studiach już byłem pewien, że muszę skończyć w radiu. Wtedy nie było tak jak teraz, 200-300 stacji radiowych, tylko 17 rozgłośni regionalnych i Warszawa. Trójka w ogóle nie chciała wtedy młodych ludzi, takie odnosiłem wrażenie, więc zacząłem współpracować z Jedynką, z Radio Kurierem (taka audycja), Studiem Gama, a potem z Trójką, ale to były pojedyncze audycje, które robiłem jako pracownik łódzkiej rozgłośni. Cud się zdarzył w 78 roku, kiedy byłem już na urlopie, ponieważ radio mi się nie szykowało, a po skończeniu studiów poszedłbym do wojska, więc wziąłem urlop dziekański, żeby dać sobie jeszcze kolejny rok szansy. Wtedy dowiedziałem się, że jest konkurs na spikera w łódzkiej rozgłośni. Zgłosiłem się do tego konkursu i zostałem przyjęty. To był ten pierwszy moment, nawet gdzieś mam wklejone pierwsze zarobione pieniądze, taki kwitek, bo to było dla mnie coś niezwykłego, że jednak mi się udało.

Czy teraz, po tylu latach pracy w zawodzie, czuje się Pan dziennikarzem?
Nie, nigdy nie byłem dziennikarzem. Zrobiłem parę audycji, powiedzmy „dziennikarskich”, czyli relacje z festiwali w Opolu czy w Sopocie, robię wywiady z artystami, ale tak naprawdę jestem tylko prezenterem muzyki. Niedawno byłem w Opolu, przy okazji prezentacji „Australijczyka” i dziennikarka zapytała mnie, czy nie czuję się źle z tym, że tylko zapowiadam piosenki, że może można by spożytkować moją energię i zaangażowanie w jakimś bardziej konkretnym zawodzie i wtedy może byłbym bardziej spełniony. Ja jestem spełniony. Jest mi z tym dobrze, że tylko zapowiadam piosenki, uwielbiam to robić, a jeśli są odbiorcy i chcą tego słuchać i dla nich to ma jakieś znaczenie, to wtedy jest fajnie.

Jaka jest Pana definicja autorytetu?
Hmm, to nie jest łatwe pytanie. Autorytet to ktoś, kogo chciałbym posłuchać czy poczytać, ktoś, kto nigdy nie zrobił skoku w bok, kto jest zawsze taki sam. Wiele razy stało się tak, że wydawało mi się, że ktoś jest autorytetem, a potem zawiodłem się, bo to czy tamto… Autorytet to ktoś wyjątkowy, na kim się nigdy nie zawiodłem, o tak bym powiedział.

Czyli ma Pan jakieś autorytety?
Tak, oczywiście! Albo powiem inaczej: miałem autorytety. Młody człowiek szuka autorytetów, nawet nie po to, żeby się wzorować, tylko po to, żeby mieć jakieś punkty zaczepienia. Dla mnie na przykład podczas studiów był nim pan od geometrii wykreślnej, który wydawał mi się ideałem z Sèvres pod Paryżem. W radiu miałem kolegów, których słuchałem i byli dla mnie autorytetami radiowymi. Teraz traktuję to chyba trochę inaczej. Mam jakieś autorytety, ale nie wiem, czy chciałbym o tym mówić, bo to są bardzo prywatne sprawy. Nie interesuję się polityką, a na przykład mógłbym wymienić jakiegoś polityka, ale to jest moje tylko, dlatego nie powiem tutaj żadnych nazwisk.

Ostatnio odeszło z tego świata wiele osób ważnych dla kultury zarówno polskiej, jak i zagranicznej. Ta pustka po nich jest bardzo odczuwalna. Czy jest ktoś, kogo najbardziej Panu brakuje lub kogo najczęściej Pan wspomina?
Niestety, tych ludzi teraz będzie coraz więcej. Ja już jestem 60+, więc ci, którzy byli dla mnie autorytetami w muzyce, aktorstwie czy pisaniu, teraz będą odchodzić. Doszliśmy do takiego wieku, że to tak będzie działało. Strasznie trudno jest mi się z tym pogodzić. Jasne, że każdy z nas odchodzi, w którymś momencie, ale najgorsze są takie odejścia nieplanowane. Chociaż trudno tak powiedzieć, jeśli się ma 67 lat, jak Glenn Frey – muzyk zespołu The Eagles, który dla mnie był zawsze. Wydawało mi się, że The Eagles będą, nawet jeśli nie powiedzą, że nie nagrają już żadnej płyty, to wiedziałem, że za kilka lat się skrzykną na koncerty i to będzie działało. Kolejnym przykładem jest Zbyszek Wodecki, z którym ostatni raz rozmawiałem dwa lata temu, robiąc program telewizyjny. Był wtedy w świetnej kondycji, czuło się, że może zrobić jeszcze dużo. Najciężej przeżyłem jednak odejście Grześka Miecugowa, bo to praktycznie mój rocznik. Był moim kolegą od kiedy pamiętam, od kiedy pojawiłem się w Trójce. To była taka znajomość, że nawet nie musieliśmy do siebie dzwonić czy się spotykać, a wiedziałem, że on jest, kiedy pracował na Myśliwieckiej, spotykaliśmy się oczywiście częściej. A teraz nagle go nie ma. I to jest dla mnie najtrudniejsze odejście. Smutne jest to, że nie doceniamy czasami ludzi za życia i po śmierci nagle trzy płyty Wojciecha Młynarskiego są przez pół roku na liście przebojów, to samo z Wodeckim, to samo się działo z Bowiem, kiedy wydał tę ostatnią płytę – to też niesamowita historia.

Czasem próbuję sobie tłumaczyć te odejścia tym, że ci doskonali, doświadczeni artyści, którzy zostawiają po sobie ogromny dorobek, robią miejsce dla młodych. W końcu każdy musi kiedyś zadebiutować… Jak Pan ocenia młodą scenę muzyczną teraz?
Przyznaję, że trochę podchodzę do tego „jak do jeża”. Jak to mówię, jestem staroczesny – lubię artystów z tamtych lat i jak mam swojego artystę, to jestem mu wierny i mam każdą płytę, którą wyda, bez względu na to, czy mi się podoba czy nie. Obserwuję też sytuację, że nie wszyscy artyści z moich czasów utrzymali wysoki poziom i niestety czasami muszę powiedzieć: Nie, dziękuję, to nie jest już moja bajka. Natomiast młodych podziwiam za kreatywność. Wydawało się, że wszystko już było, a jednak nie. Każdy następny młody artysta, który się pojawia, ma nam coś nowego do zaproponowania.
Oczywiście nie wszystko mi się podoba, nie jestem fanem rapu, hip-hopu i innych współczesnych muzycznych wynalazków, ale jeżeli coś mnie zachwyci pozytywnie, to łapię to, tak, jak na przykład Taco Hemingway czy młodzi Waglewscy. Są świetni.

Wielu artystów – również młodych – porusza w swojej twórczości wątki polityczne. Może teraz już nie tak bardzo, jak chociażby w latach osiemdziesiątych, ale to zjawisko wciąż występuje. Czy uważa Pan, że takie zaangażowanie jest właściwe?
Jeśli artysta jest zaangażowany i uważa, że powinien się w ten sposób wyrazić, to ja nie mam nic przeciwko temu. Tak było zawsze, tylko w tamtych cięższych latach było bardziej zakamuflowane. Czy to Autobiografia Perfectu, Nocny patrol Manaamu, Dorosłe dzieci Turbo czy Przeżyj to sam Lombardu… Właściwie mógłbym wymieniać długo. Ciągle tam były poruszane tematy współczesne nam, wtedy młodym ludziom. Teraz jest chyba trochę trudniej, tak myślę. I to nawet nie dlatego, że staramy się te kwestie eliminować. Kazik nigdy nie będzie inny i zawsze będzie dotykał tych spraw i to jest okej. Natomiast nie wszystko mi się podoba. Na przykład to, że ktoś ma jakieś poglądy polityczne i nawet o nich nie śpiewa, a eliminujemy go, bo ma takie, a nie inne poglądy polityczne. I to jest słabe moim zdaniem. Cały czas starałem się, żeby Lista Przebojów była kompletnie apolityczna. Jeżeli zdarzały się piosenki, które poruszały jakieś sprawy, to były to nasze sprawy.

Czy dostaje Pan jeszcze od słuchaczy listy w wersji papierowej czy już wyłącznie maile?
Dostaję, choć zdecydowaną większość stanowią te mailowe, oczywiście, bo tak jest najprościej. Bywają takie audycje, że w ciągu jednej godziny dostaję ponad sto e-maili! Ale nadal przychodzą listy tradycyjne, wysyłane pocztą albo podrzucane gdzieś do radia, nawet do portierni.

Jest taki list, który zapadł Panu w pamięci szczególnie?
Takich listów było bardzo dużo, zwłaszcza w latach 80. Dlatego też, że to były trochę inne czasy, łatwiej się pisało listy niż teraz. Czy byłbym w stanie wskazać tylko jedenz nich? Myślę, że nie. Oczywiście jestem próżny i najważniejsze są listy, w których ktoś pisze, że spełniłem jego marzenie czy życzenie. Fajnie jest się dowiedzieć o takich rzeczach. Natomiast dostaję też listy o trudnych sprawach w życiu.
Dzisiaj na przykład wysyłałem stertę zdjęć, okładek „Smooth Jazz Cafe” i audiobooka „Radioty” z moimi autografami. Słuchaczka, która mnie o to poprosiła, jest lekarką, ale jednocześnie chce wspomóc kogoś, kto bardzo potrzebuje tej pomocy i zapytała, czy mógłbym podpisać te rzeczy i przekazać na licytację. Staram się reagować na takie rzeczy. Jeśli to jest dla kogoś istotne, to dla mnie jest to wyróżnieniem.

A znajduje Pan jeszcze czas na wysyłanie tradycyjnych listów bądź pocztówek?
Oczywiście. Nie koresponduję już co prawda z nikim poza mailami, ale jak ktoś mnie prosi, żeby wysłać autograf czy zdjęcie, to wysyłam i piszę zawsze kilka zdań, bo myślę, że to jest najistotniejsze, żeby to było adresowane właśnie do tej jednej osoby, która napisała do mnie list. Pocztówki wysyłam czasami nawet z Australii, jeżeli ktoś mnie poprosi. Dostaję wiadomość: „Moim marzeniem jest, żeby pan mi wysłał pocztówkę z Australii”, zapisuję sobie adres i wysyłam. Nie są to dziesiątki, może dwie, trzy pocztówki z podróży, ale jeśli to komuś sprawia radość, to czemu nie? Sam zresztą też dostaję pocztówki z całego świata, jak widzisz tam są poprzyklejane na tablicy korkowej. Tak na chwilę. Aż nie spadną i pojawią się następne.

Michalina Bieńko

Na co dzień nałogowo słucha radiowej Trójki. Nie wyobraża sobie życia bez muzyki.

5 komentarzy
  1. Bardzo piękny wywiad, Pani Michalino❤
    Uwielbiam i szanuje Marka Niedzwieckiego, jest moim autorytetem muzycznym. Słucham Go od zawsze, jesteśmy rówieśnikami. Jest prawym, porządnym człowiekiem. Przeczytałam i mam Jego dwie książki /z autografami, oczywiscie/, brak mi tylko „Australijczyka”. Czytam zawsze bloga i oglądam świat z Jego perspektywy. Dziękuję Pani bardzo.Ukłony 😊 Małgorzata Zaczyńska

  2. Bardzo cieszę się, że tu do Ciebie trafiłam, bo lubię takie mądre i szczere wywiady. Ciekawe pytania i piękne odpowiedzi, które wprawiają w zadumę i przynoszą spokój ducha i ukojenie. Lubię słuchać audycji pana Marka i nie powiem – czytając tę rozmowę miałam w głowie jego głos.

  3. Witam , bardzo lubię wszystkie programy z Panem Markiem . Ma b.miły ujmujący , relaksujący głos poza tym mamy podobny gust muzyczny dlatego staram się zawsze słuchać bo po prostu wypoczywam przy tym . Kultura i jeszcze raz kultura , piękna polszczyzna , jednym słowem uwielbiam p. Marka .
    Wiem ze teraz wypoczywa na urlopie dlatego tęsknie i już nie mogę doczekać się na powrót .
    Serdecznie pozdrawiam ze słonecznego Wrocławia
    Maria Poprawa

  4. Pięknie napisał Pan Mariusz, podpisuję się pod Jego słowami. Dodam, że Pan Marek jest dla mnie wzorem do naśladowania. Takt, kultura, wielka wrażliwość, nie tylko muzyczna. I niesamowita wiedza i gust muzyczny. Bardzo jestem wdzięczna Opatrznosci, że żyjemy w tym samym czasie. Czekam na każdą Jego audycję. I dziękuję Mu za każde spotkanie.

  5. „Autorytet to ktoś, kogo chciałbym posłuchać czy poczytać, ktoś, kto nigdy nie zrobił skoku w bok, kto jest zawsze taki sam….… Autorytet to ktoś wyjątkowy, na kim się nigdy nie zawiodłem, o tak bym powiedział”
    Odniosę się do tych słów Pana Marka…. To właśnie Pan Marek Niedźwiecki jest tym Kimś…. (słuchałem… czytałem…. nigdy nie „zboczył” ze swoich ścieżek muzycznych…zawsze taki sam… Wyjątkowy…. Nie zawiódł mnie ani pisarsko ani muzycznie (bo w tych dziedzinach Go poznałem).
    Zaszczepił we mnie muzykę w latach 80 gdy miałem „naście” lat. Zaszczepił we mnie Listę Przebojów i natchnął poprzez swoją miłość do muzyki do tego bym miał też swoją…. Robię ją od lat choć już kila razy się zmieniała bo zmieniają się czasy… Była w zeszycie robiona na 2 kaseciakach, robiona w szkole na przerwach, w komputerze z rodziną (żona dzieci i ja głosowaliśmy) na żywo… ja przy komputerze a rodzina i znajomi w drugim pokoju słuchali…. 🙂 A teraz moją prywatną którą słucham tylko z żoną (nagraną na płytach CD ) I ostatnio zacząłem w sieci na FB ze znajomymi… wspominkową. Głosujemy na utwory sprzed 35 lat i tylko te które były na liście „3” u Pana Marka. W tym roku mamy 82 za rok 83 itd. Grupa po miesiącu ma 35 członków większość znajomych ale przybywają też z dalszych zakątków. Nazwaliśmy naszą Listę (grupę) Miłośnicy LP3 🙂 A nie byłoby tego gdyby nie Pan Marek Niedźwiecki i „wszczepienie” mi „bakcyla” muzycznego. Tak to jest AUTORYTET.
    Pozdrawiam Mariusz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany