Filmowe portrety nauczycieli

Nie wiesz, co się mówi, kiedy życzy się komuś źle? Obyś cudze dzieci uczył! – usłyszałam od swojej nauczycielki historii kilka lat temu, kiedy odważyłam się przyznać, że jednym z moich największych marzeń jest zostać właśnie… nauczycielką. Oto ja – pełna niegasnącego zapału – będę kroczyć po szkolnej posadzce na spotkanie z tymi młodymi, światłymi głowami, które napełnię wiedzą i wyślę dalej – w świat…

Dalsze życie szybko jednak zweryfikowało moje plany na przyszłość, a ja wbiłam sobie do głowy jedno: nie można spełnić wszystkich swoich marzeń, bo wtedy nie ma po co żyć! Zawód nauczyciela – podobnie jak lekarza – upchnęłam gdzieś między te nie do spełnienia, żeby zawsze mieć jakieś na zapas. Film i literatura dostarczają nam jednak tak wiele różnorodnych portretów nauczycieli, że o ich istnieniu zapomnieć nie można, nawet jeśli już wyrośliśmy z koszul z białym kołnierzykiem i piosenek śpiewanych swym wychowawcom na szkolnych akademiach. Przyjrzyjmy się zatem jacy są ci książkowi i filmowi nauczyciele – znienawidzeni belfrowie czy mentorzy, torujący swym podopiecznym drogę ku dorosłości?

John Keating, Stowarzyszenie umarłych poetów (1989)

Robin Williams w filmie Stowarzyszenie Umarłych Poetów, 1989 (źródło: Filmweb)

Postać, która wywołała duże zamieszanie nie tylko w świecie bohaterów książki Nancy H. Kleinbaum, lecz także w moim postrzeganiu zawodu nauczyciela. John Keating (w filmowej adaptacji grany przez Robina Williamsa), nowy wykładowca języka angielskiego w elitarnej Akademii Weltona, szybko staje się przyczyną szeregu zmian w sposobie życia i postrzeganiu świata przez młodych wychowanków uczelni. Próbując obudzić wśród swoich podopiecznych miłość do poezji i poszerzyć ich horyzonty (ograniczane nie tylko przez władze szkoły, lecz często także przez najbliższych), w nieoczekiwany sposób pomaga młodym chłopcom uwolnić się spod ciężaru surowej dyscypliny i żelaznych reguł. Nauczyciel otwiera uczniom serca na piękno i ulotność otaczającego ich świata, budzi w nich miłość do sztuki i zachęca do korzystania z uroków młodości według swej ulubionej sentencji carpe diem. John Keating to nauczyciel idealny, któremu już od początku każdy czytelnik chciałby zakrzyknąć: o, kapitanie! mój kapitanie!

LouAnne Johnson, Młodzi gniewni (1995)

Michelle Pfeiffer w filmie Młodzi gniewni, 1995 (źródło: Filmweb)

W filmie Johna N. Smitha podoba mi się przede wszystkim to, że postać LouAnne, nauczycielki języka angielskiego w szkole w Los Angeles, jest przedstawiona wyjątkowo autentycznie – widz nie otrzymuje tutaj portretu nauczyciela perfekcyjnego, pełnego niekończących pokładów się cierpliwości i pasji. Wydawać by się mogło, że jedyne, co w tej postaci jest niekończące się, to wątpliwości. LouAnne Johnson (Michelle Pfeiffer) została postawiona przed trudnym zadaniem – na jej wychowanków składają się bowiem mieszkańcy najczarniejszych dzielnic Los Angeles, pochodzących z rozbitych czy patologicznych rodzin. Mimo wszelkich obaw i niepewności, LouAnne podejmuje wyzwanie i w szybkim czasie zyskuje szacunek, a nawet podziw swoich podopiecznych. To, co podoba mi się w postaci LouAnne najbardziej, to jej wielkie zaangażowanie w relacje z uczniami, które nie kończą się po wyjściu z murów szkoły. Nauczycielce udało się dokonać pozornie niemożliwego – nie tylko rozbudziła w swych podopiecznych chęć do poszerzania swojej wiedzy i pokonywania własnych słabości, lecz także zawiązała z nimi wyjątkowo silną więź. Pozwoliła ona poczuć zagubionym młodym ludziom, że nie są sami ze swoimi problemami – a to uważam za jedną z najwyższych wartości tego zawodu.

Roberta Guaspari, Koncert na 50 serc (1999)

Meryl Streep w filmie Koncert na 50 serc, 1999 (źródło: Filmweb)

Koncert na 50 serc połączył ze sobą w całość moje dwie wielkie słabości: Meryl Streep i muzykę, dlatego postaci Roberty (Streep), nauczycielki klasy skrzypiec w jednej z nowojorskich szkół, nie mogło tutaj zabraknąć. Choć życie rodzinne i uczuciowe Roberty to niekończąca się sinusoida, prawdziwą w nim stałą jest muzyka. Swoją pasję z determinacją i uporem stara się przekazać swoim podopiecznym, pochodzącym z najuboższych dzielnic Nowego Jorku. Dzięki swemu zaangażowaniu i poczuciu humoru udaje się jej zyskać przychylność uczniów, a przychylność widzów – autentycznością. Twórcy filmu nie mydlą nam bowiem oczu kolejną opowiastką o prawdziwym powołaniu i niegasnącej pasji nauczania – wręcz przeciwnie, często odnosimy wrażenie, że gdyby nie kłopoty finansowe, bohaterka trzasnęłaby drzwiami i więcej do pracy nie wróciła. Nie zmienia to jednak faktu, że podczas finałowego koncertu Roberty i jej podopiecznych w Carnegie Hall, wyjaśnia się cały sens wieloletnich starań nauczycielki o wypuszczenie w świat kolejnego pokolenia doskonałych muzyków. Starania te z całą pewnością kończą się sukcesem, kiedy Roberta razem ze swoimi uczniami stają na scenie jednej z najbardziej prestiżowych sal koncertowych na świecie i grają jak równy z równym.

Elizabeth Halsey, Zła kobieta (2011)

Cameron Diaz i Thomas Lennon w filmie Zła kobieta, 2011 (źródło: Filmweb)

Choć o jakości i walorach estetycznych filmu Jake’a Kasdana można długo dyskutować, nie da się zaprzeczyć, że Elizabeth Halsey (Cameron Diaz) to jedna z najbardziej niekonwencjonalnych postaci nauczycielek w amerykańskim kinie. Halsey nie ma zamiaru ukrywać przed sobą i przed światem, że swojej pracy nienawidzi – przy stanowisku trzyma ją tylko umiejętność przypodobania się przełożonym, a jedyną motywacją do pozostania przy nim jest potrzeba zebrania pieniędzy na operację plastyczną. Podobnie jak ona sama, oryginalne są również jej metody nauczania – by zdobyć nagrodę pieniężną za najlepsze wyniki uczniów na egzaminie końcowym, terroryzuje ich i przemocą niemal fizyczną zmusza do nauki. Choć widz może zaobserwować pewną przemianę, jaka dokonuje się w kobiecie pod koniec całej historii, wciąż daleko jej do ideału Johna Keatinga. Elizabeth jest niestroniącą od używek materialistką, złośliwą i wulgarną zarówno wobec kolegów z pracy, jak i podopiecznych. Tę nauczycielkę kocha się albo nienawidzi, lecz na pewno nie zostaje się wobec jej oryginalności obojętnym.

Terence Fletcher, Whiplash (2014)

J.K. Simons w filmie Whiplash, 2014 (źródło: Filmweb)

O metodach nauczania Terence’a Fletchera (J.K. Simons), profesora i dyrygenta zespołu jazzowego, można mówić wiele. Podobnie, jak o nim samym. Można go szanować, potępiać, podziwiać, a ostatecznie nawet znienawidzić, nie można jednak być obojętnym wobec tej postaci. Od momentu obejrzenia Whiplash po raz pierwszy, po głowie chodzi mi pytanie: czy chciałabym mieć do czynienia z takim nauczycielem? Terence Fletcher bowiem, choć początkowo sprawia wrażenie surowego, acz sympatycznego pana od muzyki, w miarę rozwijania się akcji filmu przemienia się w oczach widza w bezdusznego tyrana, uciekającego się do najbardziej bezwzględnych metod podporządkowania sobie swoich uczniów. Złośliwe, nierzadko seksistowskie komentarze, niszczenie instrumentów, przemoc psychiczna i w końcu ciężka praca, ociekająca potem i krwią – oto, co składa się na lekcje muzyki u Fletchera. U swoich podopiecznych wzbudzał zarówno motywację, jak i strach, a wszystko to, by osiągnąć swój najważniejszy cel – oddać światu nowego Charliego Parkera. O postaci Fletchera, zagranego fenomenalnie przez J.K. Simonsa, nie da się zatem łatwo i szybko zapomnieć.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany