Czy Pan wie, kim był Wajda?

Wyszłam na spacer Saską Kępą, aby znaleźć inspirację na napisanie tekstu o Andrzeju Wajdzie. Nie pierwszy to mój tekst o reżyserze i zapewne nie ostatni, ale choć myślałam o nim od tygodni, nie potrafiłam ubrać w słowa ani swojego podziwu, ani swojej tęsknoty.

– Czy Pan wie, kim był Andrzej Wajda? – zatrzymałam przypadkowego starszego pana, prowadzącego rower. Popatrzył na mnie poddenerwowany i burknął:

– No wiem – i tyle go widziałam. Stanęłam na skrzyżowaniu Paryskiej z Aleją Stanów Zjednoczonych, tuż obok małego warzywniaka i wypatrywałam kolejnych ofiar. Dwie młodsze ode mnie o kilka lat dziewczyny – z plecakami, owinięte szalikami – głośno rozmawiały o zbliżającej się studniówce.

– Cześć, wiecie kim był Wajda? – zapytałam mimochodem, zupełnie jakbym pytała o wyniki ostatniej klasówki z matematyki. Napotkałam zdziwione spojrzenie jednej z nich.

– Reżyser, a co? – odpowiedziała.

– A nic – wzruszyłam ramionami i odeszłam. – Lubiłam go – rzuciłam przez ramię, ale już mnie nie słuchały. Za trzy miesiące studniówka…

Pomyślałam – do trzech razy sztuka i tym razem wypatrzyłam z oddali około czterdziestoletnią kobietę w szarym płaszczu do kostek, dokładnie takim, o jakim zawsze marzyłam. I w ogromnych okularach, dokładnie takich, jakie nosiła Małgorzata Braunek w Polowaniu na muchy. Instynktownie poczułam, że ona powie mi coś więcej. Szłam pewnym krokiem w jej kierunku, w głowie układałam pytania, uśmiechałam się. Byłyśmy od siebie w odległości dosłownie kilku metrów, gdy wyjęła z kieszeni dzwoniący telefon i odebrała go, zaczynając rozmowę słowami: Cześć, kochana. Skapitulowałam.

Postanowiłam już nikogo nie zatrzymywać. Spacerem zawędrowałam pod dom Osieckiej. Chodzę tam często, czasem tylko po to, by posiedzieć na krawężniku.Wtedy pomyślałam, że może tam w końcu doznam jakiegoś olśnienia. Przecież 9 października to nie tylko rocznica śmierci Wajdy. To też rocznica jej urodzin. Idąc w kierunku domu poetki, przypomniałam sobie, że to jeszcze jedna ważna data. Dzień Pisania Listów. A przecież Wajda napisał ich setki. Pisał do swoich aktorów, pisał do bliskich, pisał. Kochał listy, papier, słowa. Kiedy jeszcze żył, wielokrotnie naiwnie marzyłam by dostać od niego list, chociażby jednozdaniowy. Dziś cieszę się, że nad moim łóżkiem wisi chociaż pocztówka, a na niej jego podpis i że mam w pamięci uścisk jego dłoni i ciepły uśmiech.

Na Saskiej Kępie zaczął padać deszcz. Niby tylko mżawka, ale ja znów zapomniałam parasola i czapki. Mijali mnie ludzie w koszulkach z napisem Polska, z biało-czerwonymi flagami i transparentami. Wieczorem Polacy mieli rozegrać jakiś ważny mecz. Ciekawe, jak by to nakręcił… – pomyślałam. Nie tylko ich – kibiców, ale cały naród, który tkwi teraz w jakimś moralno-światopoglądowym rozkroku.

Dzięki Wajdzie widzę świat w kadrach. Na co dzień nie myślę o tym, że odszedł ktoś ważny, kto w dużym stopniu wpłynął na mój odbiór sztuki i kogo praca uwarunkowała mój gust. Ale są takie dni, gdy biegnę ulicą i nagle zatrzymuję się wpół kroku, bo ktoś wygląda jak bohater wyjęty z filmów Wajdy albo jakaś sytuacja przypomina mi analogicznie którąś z filmowych scen. Czasem zupełnie przypadkiem biorę do ręki w księgarni czy antykwariacie książkę o nim, przeglądam kartki, które w większości znam już na pamięć i myślę sobie, że jest go brak. Bardzo brak. Że chciałabym, żeby stanął za kamerą, krzyknął akcja i nakręcił coś, co pomogłoby zrozumieć i zobaczyć więcej. Bo kto tak jak Wajda potrafi(ł) portretować ludzkie nastroje?

Często tęsknię za Wajdą, a raczej za świadomością, jaką miałam do czasu jego śmierci – że jest, że prędzej czy później pojawi się w mediach informacja o tym, że zaczęły się zdjęcia do nowego filmu w reżyserii Andrzeja Wajdy, że będę mogła schować się w kinie i raz jeszcze poczuć emocje związane z pierwszą projekcją dzieła Mistrza. W moim życiu Wajda był od zawsze. Był takim pewnikiem, kimś kogo niby nie znasz osobiście, ale kto warunkuje wiele spraw w twoim życiu. I jest szalenie ciężko, gdy ten pewnik nagle znika z twojego świata, bez obietnicy powrotu do niego w jakimkolwiek innym czasie.

Ze wszystkich anegdot najbardziej lubię tę o drzemce Wajdy na planie zdjęciowym Wesela. Reżyser usnął, nikt nie chciał go obudzić, wszyscy chodzili na palcach, cała wielka ekipa siedziała cicho. Wajda obudził się po kilku minutach i krzyknął: Kto powiedział „przerwa”?! Tak bym chciała, by to się powtórzyło – my w oczekiwaniu, stęsknieni i Mistrz, który pojawia się nagle i pyta: A wy czemu siedzicie? Film trzeba robić.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

1 Komentarz
  1. Miło się Panią czyta, ciepło.
    Dziękuję.
    Jako, że dziś nadzwyczaj listownie przesyłam mój list (mail) do Przyjaciół, sprzed roku, z krótkim wspomnieniem o Andrzeju Wajdzie.
    Pozdrawiam.
    Beata Jaśniak

    SZKLANKA WODY

    Kochani

    Wieść o śmierci Andrzeja Wajdy dotarła do mnie dziś rano.
    Smutno.
    Jak smutno.
    Niewielu dziś ludzi takiego formatu.
    I niezależnie, czy ktoś był fanem jego twórczości, czy nie, nie da się zaprzeczyć, że była to jedna z najbardziej znaczących postaci polskiej a i światowej kinematografii.
    Reżysera miałam okazję spotkać dwukrotnie i dwukrotnie byłam pod wrażeniem.
    Po raz pierwszy, któregoś roku (nie pamiętam dokładnie, kiedy) chyba na jakimś festiwalu filmowym, z którego robiłam reportaż fotograficzny. Musiało to być na wiosnę, bo Andrzej Wajda miał wtedy urodziny, a kierownictwo Muzeum Kinematografii, gdzie rzecz miała miejsce, przygotowało dla Niego uroczystość z tak zwaną „pompą”. Był krótki koncert fortepianowy, były przemówienia, życzenia, kwiaty. Same niespodzianki dla Jubilata. Był także tort. Specjalny, ogromny. Kiedy czterech Panów ubranych na czarno wwiozło go na środek sali, zamarłam. Przyszło mi bowiem na myśl (i chyba nie mnie jednej) bardzo dziwne skojarzenie… Tort był czekoladowy, w kształcie prostokąta, a na nim, wypisz, wymaluj leżał złoty filmowy Oskar! Wokół buchały ozdobne, tortowe race. Trzeba przyznać, że zamurowało mnie. Wyglądało to groteskowo – po prostu Oskar na katafalku! I to w ogniu!
    Spojrzałam na Mistrza, na jego twarzy malowało się zmieszanie. Ale tylko przez chwilę! Zaraz potem roześmiał się i zaczął bić brawo, czym doskonale rozładował tę dziwaczną sytuację. Posypały się też gromkie brawa z sali i po wszystkim. Oskar na katafalku został rozkrojony na tysiące kawałków i zjedzony. Nie wiem, kto był autorem cukierniczego dzieła, ale zanosiło się na klapę. Uroczystość uratował sam Jubilat – znać klasę Mistrza! A później, cierpliwie, z pokorą i lejącym się z czoła potem Andrzej Wajda rozdawał autografy, przyjmował życzenia i gratulacje.
    Kolejne spotkanie miało miejsce w Dyskusyjnym Klubie Szkoły Filmowej, gdzie wówczas studiowałam. Reżysera zaproszono na premierowy pokaz filmu „Tatarak”. Sala Antoniego Bohdziewicza (bo tam mieści się szkolne kino) była pełniusieńka. Nie było można wcisnąć szpilki. Gdy Andrzej Wajda przyjechał, z ledwością przebił się na scenę. Tam czekało na niego krzesło i prowadzący rozmowę student. Tego wieczora było naprawdę gorąco. Dyskusja po premierze przeciągnęła się. Panom na scenie skończyła się woda. I wtedy Reżyser poprosił studentów, by ktoś z końca sali, jeśli to możliwe, skoczył po szklankę wody. Oczywiście wkrótce pojawiła się rzeczona-pełniusieńka, prawie z meniskiem wypukłym. I kiedy wędrowała nad głowami studentów, podawana z rąk do rąk, tak by nie uronić ani kropli, Reżyser zakrzyknął: „Kochani, upijcie trochę!”
    Był bardzo ciepłym człowiekiem. W rozmowach ze studentami szkoły filmowej zawsze był tylko ich starszym kolegą, skromnym, pełnym pokory. Z chęcią dzielił się doświadczeniami.
    Ja bardzo cenię jego filmy, mam pośród nich kilka ulubionych . Pośród nich jest mniej znany szerszej publiczności obraz pt.„Niewinni czarodzieje”. Jeśli go nie widzieliście, polecam serdecznie.
    Kochani, ściskam Was z samego Cypla Wszechświata.
    Dbajcie o siebie.
    Beata

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany