Monotematyczny Powszechny – „Mefisto” odpowiedzią na „Klątwę”

Na pierwszą premierę nowego sezonu w Teatrze Powszechnym wybrano Mefisto. Spektakl inspirowany jest powieścią Klausa Manna i filmem Istvána Szabó, z oryginałem jednak ma niewiele wspólnego.  Nawiązuje jedynie do tytułu wystawionego w 1983 przez Michała Ratyńskiego. W tamtej inscenizacji aktorzy sprzeciwiali się działaniom władz PRL, a sam spektakl był reakcją na stan wojenny. Mefisto w reżyserii Agnieszki Błońskiej dotyka kwestii jak najbardziej nam współczesnych, jest komentarzem do wydarzeń politycznych, nawiązuje do licznych wypowiedzi, sytuacji, które miały miejsce ostatnimi czasy w przestrzeni publicznej. Przede wszystkim jest odpowiedzią na odbiór Klątwy Olivera Frljića, która w zeszłym roku wywołała ogromne emocje i stała się teatralnym skandalem.

Mam poczucie, że tym razem wyszedł nieco egzaltowany teatralny pamflet, będący krytyką dzisiejszej sytuacji politycznej i władzy. Rozumiem intencje obrony wartości demokracji, swobód obywatelskich, stawianie pytań o  granice w sztuce, cenzurę twórców, czy przestrogę przed końcem wolności w teatrze utożsamianych z prezesem, ministrem kultury czy premierem widzianych w roli cenzorów-nazistów. Jednakże pewne porównania, czy metaforyka spektaklu w moim odczuciu jest zbyt daleko idąca i zwyczajnie powierzchowna. Owszem, trzeba przyznać, że dzieje się nieciekawie, że wiele granic zostało przekroczonych, że trudne sytuacje teatrów w Poznaniu czy Krakowie, gdzie dyrektorów wymienia się z politycznego nadania jest kwestią wysoce niepokojącą i zasługuje na pilną, ale i rozważną reakcję. Zmysł i wstępna idea wydają się być słuszne, tylko najzwyczajniej Mefisto wypada blado, nudno, a momentami pretensjonalnie. Wykorzystywanie po raz kolejny tych samych środków, symboli, gestów, poprzez które twórcy i aktorzy podkreślają swoją niezgodę i niezależność jest już mało zaskakujące i może pozostawić widza niewzruszonym.

Zwrócenie uwagi na problem, który dotyczy nie tylko Teatru Powszechnego, ale również Teatru Polskiego we Wrocławiu, a za chwilę Starego w Krakowie byłoby świetnym pretekstem do stworzenia sztuki stawiającej pytanie, jak również diagnozę dzisiejszej sytuacji teatralnej i kulturalnej. Niestety w przypadku Mefisto ad 2017 tej przestrzeni do debaty brakuje. Otrzymujemy bowiem dość płytki, mało wyrazisty spektakl. Aktorzy Powszechnego, którzy występują pod swoimi prawdziwymi nazwiskami wyrastają na współczesnych męczenników, którzy jako jedyni i heroiczni obrońcy najważniejszych wartości człowieka podnoszą larum na zagrożenie czyhające na nich samych oraz instytucję teatru ze strony polityków. Niestety, w znacznym stopniu Błońska operuje banałami, aktorzy wykrzykują pojedyncze słowa, hasła o wolności sądów, konstytucji, prawdzie, które w rezultacie same w sobie, wyjęte z kontekstu nic nie znaczą.

Owszem, trzeba przyznać, że jest parę intrygujących rozwiązań inscenizacyjnych, jak np. groteskowo-musicalowa scena z piosenką Forever Young, nawiązanie do spektaklu z ‘83 roku w postaci powracającego kilkukrotnie motywu Kankana odtańczonego przez aktorów na znak protestu, niektóre ironiczne i autoironiczne dialogi oraz element konstrukcji scenografii, czyli ogromne metalowe litery składające się na napis POLSKA, które w surowych dekoracjach, gdzie dominuje ceglana ściana niewątpliwie robią wrażenie. Wszystko to momentami ciekawe i pomysłowe – pytanie tylko po co i co ma z tego wynikać.

Reżyserka nie znalazła sposobu na to, by opowiedzieć o tym co faktycznie stanowi dla nas zagrożenie. Pozostał zlepek scen, gagów, luźnych i niepowiązanych, mniej lub bardziej kontrowersyjnych i wulgarnych, które starają się angażować widzów i włączyć ich w reakcję na to, co dzieje się w kraju. Problem w tym, że po kilkudziesięciu minutach takiej wyliczanki brakuje puenty, czegoś co pozostawiłoby publiczność z pytaniem, czy wzbudziło dyskomfort. Być może jest to kwestia nie do końca odpowiednio poprowadzonych aktorów, między którymi nie ma wyraźnie zarysowanych relacji, konfliktów. Postaci są do siebie podobne i w dużej mierze monologują niż dialogują.

Odnoszę wrażenie, że Teatr Powszechny nieco się zapętlił i musi uważać, by nie popaść w śmieszność, bądź nie stać się własną karykaturą. Mefisto jest spektaklem autotematycznym. Odnosi się do zespołu Powszechnego , ale przede wszystkim do Klątwy. Aktorzy przekrzykują się wzajemnie, wypowiadając frazesy o faszyzmie, urągając nie tylko władzy, ale również zrzucając winę  na środowiska liberalne, lewicowe, czy inteligenckie. Mefisto choć sili się na teatr polityczny, niestety nim nie jest. Nie zostawia po sobie nic, co mogłoby zmienić myślenie o Polsce, nie pozostawia przestrzeni na dyskusję, wszystko jest nazbyt dosłowne. W końcu teatr, który decyduje się wtrącać powinien to robić z rozwagą.

Tematyka i sposób jej ujęcia są mocno wyeksploatowane. Brakowało mi w tym wszystkim inteligencji i sarkazmu Klaty, czy polotu Strzępki i Demirskiego, a nade wszystko pewnej lekkości i mądrości. Przecież to co nie wypowiedziane wprost, aluzyjne jest o wiele bardziej ciekawsze i może stać się przyczynkiem do podjęcia głębszych refleksji. Szkoda, bo potencjał był.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany