Od czego zależy niezależność? – Ars Independent w pigułce

Katowice, Ars Independent 2017. Ciężko tutaj o wspólną, niemą i lekko snobistyczną przynależność do hermetycznego świata, którą udowadnia plakietka lub festiwalowy plecak. Festiwal nie zajmuje przestrzeni miasta prawie w żadnym stopniu. Szybciej zauważymy neon Zapiexy Kato, czy kebab Alanya. Dopiero gdzieś pomiędzy biegają zagubieni, oślepieni brakiem plakatów festiwalowicze. Czy to prawdziwa mekka dla hipsterów, którzy unikają wszystkiego, co przekracza ponad czterysta wyświetleń na YouTubie? A może nastąpił po prostu jakiś błąd w PR festiwalu…? Wiemy jedno – Ars Independent właśnie się zakończył. Czego mogliśmy doświadczyć podczas tego interdyscyplinarnego festiwalu?

Oczywiście, nie będę tutaj narzekać ponad miarę. Entuzjastyczne oczekiwanie na ogłoszenie wyników, wystawne gale, bułki z serem żółtym bez dziur dla wolontariuszy – tego na Ars Independent nie było i to bardzo dobrze. Ze spokojną swobodną i spowolnieniem, machając przyjaźnie w stronę Slow Fest, można było przemierzać Katowice, zwiedzać zakątki sztuki oraz – wyjątkowo – uniknąć festiwalowego FOMO. Mimo czterech sekcji konkursowych oraz sześciu festiwalowych dni nie trzeba było przyspieszać tempa swojej rzeczywistości. Lawirując pomiędzy kinem Rialto oraz Światowid, klubem Drzwi zwanym koniem i -najciekawszą przestrzenią – Katowice Miasto Ogrodów nie odhaczało się kolejnych pozycji programu, a raczej smakowało tę niezależność.

Źródło: Materiały prasowe

Ale czym jest niezależność zaproponowana przez katowicki festiwal? Najmocniejszym, według mnie, punktem programu była sekcja Czarnego Konia Animacji. Każdy z setów był starannie zaplanowany. W taki sposób, że widz był wręcz atakowany najróżniejszą estetyką i pomysłem na krótkometrażową animację. Wśród nich znalazła się opowieść o samotnych zwierzętach, odżywce do włosów, zaborczej matce, irytujących się wzajemnie sąsiadach, czy kobiecie o palcach-parówkach (sic!). Dużym z kolei zawodem było wydarzenie o enigmatycznej nazwie Obligatoryjne Odyseje, które zapowiedziane było jako pokaz teledysków niebanalnych, balansujących na granicy wideoklipu oraz filmu krótkometrażowego. Cóż, trzy teledyski zespołu The Lumineers pod rząd to jednak w tym przypadku pewna przesada.

Jednak chcąc wrócić do zdecydowanych plusów festiwalu, trzeba wspomnieć o sekcji Czarnego Konia Filmu. Sześc obrazów – w tym filmy z Holandii, Polski, Kolumbii, czy Iranu – może nie będą tymi perełkami kina studyjnego, na których premiery czekamy ze szczególną niecierpliwością, jednak trzeba przyznać, że katowiccy organizatorzy zadbali o zróżnicowanie dzieł oraz ustawienie w centrum debiutantów. Mogliśmy więc zobaczyć (nagrodzony!) film Morgana Simona pt. Posmak tuszu – opowieść o młodym tatuażyście, porównywaną stylem do twórczości Xaviera Dolana, czy polskie Serce miłości Łukasza Rondudy, którego z kolei boleśnie zabrakło w Gdyni…

Kadr z gry Inside. Źródło: Gram.pl

Na Ars Independent pojawiła się również ciekawa możliwość zapoznania się z nowymi grami wideo. W korytarzu budynku Miasta Ogrodów czekało siedem komputerów, na których uczestnicy festiwalu mogli przetestować konkursowe pozycje. Jako znawczyni jedynie Simsów oraz Zoo Tycon, o grach wypowiadam się z dużą dozą nieśmiałości, jednak pomijając moje merytoryczne braki z szaloną zachłannością grałam w Night in the wood – grę o smutnym kocie-studencie powracającym do rodzinnego miasteczka, czy pixel artowe Kingdom: New Lands. Z kolei Czarnego Konia otrzymała gra Inside (wyprodukowana przez Playdead) – czyli mroczna, oniryczna ucieczka chłopca przed tajemniczymi oprawcami.

Poza wydarzeniami głównymi można było również obejrzeć immersyjne teledyski VR, pójść na nocną giełdę gier wideo lub spotkać się z Wiktorem Stribog, autorem psychodelicznych i z pewnością świetnie Wam znanych serii wideo pt. Kraina grzybów.

Słowem, Ars Independent jest prawie rzeczywistym festiwalem kultury niezależnej. Prawie, bo na festiwal iście niezależny, taki z prawdziwego zdarzenia musimy w Polsce jeszcze trochę (rok, czy milenia?) zaczekać. Z drugiej jednak strony, Katowice dają radę. Klimatem miasta, które wciąga zadziwiająco nałogowo, lekką, nienarzucającą się atmosferą festiwalu i w końcu, skrawkiem sztuki, który nawet kiedy nie dotyka najwyższych strun wrażliwości, to otwiera nowe drogi w myśleniu o kulturze. A o kulturę, wybaczcie ten frazes, musimy przecież walczyć sami. W końcu kiedy zabierają nam miliony, trzeba pamiętać, że to nadal my – artyści, dziennikarze i widzowie – tworzymy zarówno festiwale, jak i sztukę.

Obrazek wyróżniający pochodzi z materiałów prasowych.

Julia Smoleń

Kiedy nie ma czasu, żeby pójść do kina czuje się zaniepokojona. Chciałaby spotkać Jima Jarmuscha i wypić z nim kawę. Życie ma zaplanowane na najbliższe pięć lat.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany