Czy kino sprawiło, że jesteśmy nieszczęśliwi?

Jedną z moich toksycznych i całkiem autodestrukcyjnych przyjemności jest skłonność do wyobrażania sobie wielkich tragedii w miejscu, w którym aktualnie się znajduję. Dlatego ostatnio, kiedy leciałam samolotem na wakacje w spokoju planowałam przebieg domniemanej katastrofy. Czy będę czekała na pomoc, czy sama zacznę pomagać innym? Mężczyzna, który siedzi obok przepuści swoją kobietę do wyjścia ewakuacyjnego, czy będzie przepychał się pierwszy, nawet się nie odwracając? Pilot okaże się bohaterem, czy może tchórzem?

Chociaż oczywiście żaden koszmar nam się nie przytrafił, obraz tragedii pozostał ze mną jeszcze przez dłuższą chwilę. Czemu skrycie oczekiwałam spektaklu odwagi, wzruszającej i banalnie prostej chęci pomocy innym ludziom? Zanim zrozumiałam, że najprawdopodobniej byłabym świadkiem dusznej paniki, która z pewnością pochłonęłaby również mnie, pomyślałam, gdzie te – zgoła wygórowane- oczekiwania mają swój początek.

Przypominam sobie sceny zatapianego Titanica. Dwóch przyjaciół wskakujących do wody, trzymając się za dłonie, kłęby fal zalewających złote sale koncertowe, wodę wypełniającą kryształowe kieliszki słoną pianą, grupę ludzi w pośpiechu podnoszącą łajbę ratunkową.  Kobiety i dzieci idą przodem. Mężczyźni radzą sobie sami lub giną – bohaterowie.

Źródło: Tumblr.com

W takim razie, czy to właśnie kinowe produkcje sprawiły, że jesteśmy nieszczęśliwi? Że nie radzimy sobie z własnymi oczekiwaniami, że tak łatwo przybywa do nas pewność rychłych rozczarowań, że kłamiemy, by wydać się ciekawsi, że podnosimy honor do rangi wartości najwyższej, choć sami nie wiemy po co… Czy te wszystkie filmy-hity, albo ogromne blockbustery, albo skromniejsze produkcje skierowane na konkretne grupy społeczne – utrwaliły w naszej świadomości jacy powinni być ludzie? Jaki zestaw cech ma ofiara, kochanek, zbrodniarz i femme fatale?

W Stowarzyszeniu wędrujących dżinsów nawet studentki każdy konflikt rozwiązują z łatwością gimnazjalistek, a przyjaźń płynie cukierkowym torem zapowiadając już powoli etap, kiedy przeniesiemy się na Seks w wielkim mieście. Dalej poznajemy bohaterki, które zamiast magicznych dżinsów mają problemy – rozwody rodziców, kompleksy, wyprowadzka z rodzinnego miasta. Te nieśmiałe protagonistki po drugiej stronie barykady obserwowane są przez seksowne blondynki, podbijające serca chłopaków. To prawda, że z zakompleksioną bohaterką nastolatki utożsamiać się będą z dużo większą łatwością, ale… Sprawę wykańczających prób odnalezienia swojej tożsamości załatwia zazwyczaj nagle zdobyta popularność (poprzez dostosowanie się…? Grease) lub nowo poznany słodki blondyn wokół którego neonowe amorki strzelają strzałami pierwszego flirtu.

Czy od samego początku, sięgając po różowe kasety w wypożyczalniach VHS byliśmy hartowani? Dziewczynki ostrzegane przed zbliżającym się bowaryzmem, chłopcy trenowani do ról wybawicieli z zaułków ciemnych, licealnych korytarzy? Ten dydaktyzm pozostaje przecież szczególnie chybionym pomysłem…

Idziemy dalej i oglądamy Oszukaną z Angeliną Jolie jako definicją matki idealnej, Forresta Gumpa, czy Życie jest piękne Roberta Benigniego. Czy Oszukana nie będzie definicją tego czego społeczeństwo oczekuje od kobiet-matek? Łzawego poświęcenia, dziś ohashtagowanego na Instagramie czymś w rodzaju #mojewszystko. Co jeśli w życiu trafia nam się właściwie ciągle to samo, a rzeczywistość wcale nie jest kiczowatą bombonierką, czekoladkami tutti frutti tylko paczką misiów, w której zostały jedynie te żółte? Co jeśli Życie jest piękne wcale nie wzrusza ogromem ojcowskiej miłości, a w zamian huczą wątpliwości powtarzane za Adorno? Mianowicie, czy po Holokauście można jeszcze w ogóle uprawiać sztukę?

No dobrze, ale czy zmierzamy do tego, żeby w sali kinowej z podekscytowaną ciekawością czekać, aż w końcu ktoś opowie nam prawdę? Najciekawsze jest chyba to, że prawda nie ma właściwej definicji. Ale tym samym moje domniemane oczekiwania nie mają sensu. To kino, które sprawia, że ogromna struktura stereotypów kulturowych rośnie w siłę wydaje mi się znacznie bardziej niebezpieczne niż globalne ocieplenie. Kinowa projekcja wyśnionego świata wydaje się być kusząca, bo przecież rzeczywistość dostaniemy za dwie godziny, chwilę po napisach końcowych…

Źródło: Followmeto.travel

Być antybohaterem jest znacznie ciekawiej niż mieć jedną supermoc, choćby było to latanie. Z drugiej strony, nie ma się czego wstydzić, jeśli bliżej nam do bohaterów Ostlunda niż Cassavetesa. Przecież chociażby Kugelmass – bohater jednego z opowiadań Woddy Allena – gdy już przeniósł się w ramiona liter Flauberta i spragnionych ust Emmy Bovary uciekając, przysięgał, że już nigdy nie zdradzi swojej żony, że nie opuści swojego świata…

Disneyowskie bajki pozwoliły wierzyć w dziwną, do grobowej deski książęcą miłość i zapewniły nam repertuar do śpiewania w późnych godzinach każdej imprezy. Z kolei dzisiaj wiemy co to znaczy nuda, strach, którego nie da się przełamać, tchórzostwo i rozczarowanie – okazało się, że trochę sobie z nimi nie radzimy. Czy winić za to Hollywood, Bollywood, botoks Nicole Kidman, czy wszystkie łzawe happy endy?

Ale skoro oddaliliśmy się od oczekiwań z pierwszej klasy liceum, nie wspominając o tych z pierwszej klasy podstawówki –  można już chyba z dystansem oglądać te wszystkie komedie romantyczne puszczane w multiplexach albo świadomie zrezygnować z Sandry Bullock na ekranie i zostać w kinie studyjnym na kolejny wieczór. Bo jeśli chodzi o to kino z wielkiej litery, wciąż wierzę, że dostarcza ono wzruszeń niepowtarzalnych.

A przecież i nasze życie bywa czasem całkiem ładne.

Julia Smoleń

Kiedy nie ma czasu, żeby pójść do kina czuje się zaniepokojona. Chciałaby spotkać Jima Jarmuscha i wypić z nim kawę. Życie ma zaplanowane na najbliższe pięć lat.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany