Koterski – operowo, czyli „Dzień świra” w Teatrze Kamienica

Pamiętam dokładnie dwie myśli, które przemknęły mi przez głowę, gdy po raz pierwszy usłyszałam o zaplanowanej na lipiec 2017 premierze musicalu Dzień świra w Teatrze Kamienica –  pierwsza: w jaki sposób można kultowe już teksty Marka Koterskiego odśpiewać?!, druga: bardzo, bardzo chcę to zobaczyć. Na pierwsze pytanie odpowiedź znalazłam 24 września, siedząc na widowni Teatru Kamienica, szczęśliwa, że moje życzenie wreszcie się spełniło.

Muszę przyznać, że pierwsze minuty spektaklu upłynęły mi na wewnętrznej walce o nieporównywanie między sobą znanego mi doskonale filmu Marka Koterskiego z tym, co powoli zaczynało nabierać tempa na scenie. Kiedy bowiem w głowie zdążyły już zagnieździć się konkretne teksty i powiedzenia z filmu, w dodatku – wydawałoby się – zaklepane dożywotnio przez Marka Kondrata, obawiałam się, że te słyszane ze sceny – i to w wersji śpiewanej! – będą mi zwyczajnie zgrzytać w uszach. Tak się jednak nie stało i już po pierwszej scenie, w której pośród ogrodu na tronach zasiedli wcielający się w główne role Maciej Miecznikowski i Joanna Kołaczkowska, wiedziałam, że na nas, widzów, czeka coś naprawdę dobrego. Dobrego wizualnie i muzycznie (wielki ukłon w stronę Hadriana Filipa Tabęckiego za doskonałą muzykę), a przede wszystkim – aktorsko.

Źródło: Teatrkamienica.pl

Macieja Miecznikowskiego, który wcielił się w rolę Adasia Miauczyńskiego, uwielbiam od dawien dawna, a po niedzielnym spektaklu w Teatrze Kamienica moje uwielbienie osiągnęło górną granicę. Oglądać go na deskach teatru – to jedna z największych przyjemności, jakie mnie ostatnio spotkały, słuchać go jednak na żywo – to zdecydowanie jedno z najmilszych doświadczeń. W ustach Miecznikowskiego nawet najbardziej soczyste przekleństwa brzmiały wyjątkowo ładnie (lecz jeśli już o przekleństwach mowa, to te wydobywające się z ust Joanny Kołaczkowskiej podczas finałowej Modlitwy Polaka wywołały największą euforię i owacje!). Postać Miauczyńskiego została zagrana w taki sposób, że niejednokrotnie – zwłaszcza pod koniec spektaklu – uśmiech schodził z mojej twarzy, bynajmniej nie dlatego, że genialne wciąż teksty przestały mnie bawić. Widz zostaje tak mocno wciągnięty w psychikę postaci, że jego nieszczęścia i troski, natręctwa i klęski stawiają go pod ścianą na równi z samym bohaterem. Śmiałam się więc i pogrążałam w refleksji na przemian, szczególnie podczas śpiewanego monologu Adasia Miauczyńskiego na plaży. Muszę przystanąć w biegu, chociaż nigdzie nie dobiegłem – kto z nas choć raz nie czuł się dokładnie w ten sam sposób?

Nie będę jednak ukrywać, że głównym powodem, dla którego od dawna marzyłam o obejrzeniu tego spektaklu, była Joanna Kołaczkowska, która fenomenalnie (co nie jest żadnym zaskoczeniem!) wcieliła się w role wszystkich kobiet Adasia Miauczyńskiego – matki, byłej żony i Elżbiety – pierwszej, utraconej miłości. Kto głos Joanny Kołaczkowskiej zna, ten wie, że mało kto do musicali nadaje się równie doskonale. Nie chcę wspominać tutaj o kabaretowym talencie artystki, gdyż temu spektaklowi do kabaretu bardzo, bardzo daleko. Trzeba po prostu przyjąć za pewnik, iż Joanna Kołaczkowska to po prostu aktorka przez duże A. Razem z Maciejem Miecznikowskim stworzyli wspaniały duet, niezależnie od tego, czy była to relacja matka-syn, czy pełne zgryźliwości eksmałżeństwo. I choć przez cały spektakl marudziłam w głowie, że Joanny Kołaczkowskiej na scenie zdecydowanie za mało, jej rola marzenia/wizji utraconej miłości głównego bohatera wynagrodziła mi wszystko.

Źródło: Teatrkamienica.pl

A pośród nich dwojga – Wojciech Solarz w roli Sylwunia, dzięki któremu na nowo – a być może jeszcze bardziej, niż kiedykolwiek – śmiałam się z kultowych tekstów, słyszanych dotychczas z ust Miśka Koterskiego. A także Kwartet Rampa, który w doskonały wręcz sposób dopełnił muzycznej strony spektaklu. Pojawiając się na scenie nie tylko w konkretnych i znanych wielbicielowi filmu postaciach, Kwartet towarzyszył głównemu bohaterowi niemal przez cały czas trwania spektaklu, niczym małe, wścibskie duszki. Za stronę wokalną – a przede wszystkim scenę w pociągu, kiedy w całym tym szaleństwie nie wiedziałam, ku komu zwrócić moje oczy – wielki ukłon!

Nie można powiedzieć, że Dzień świra Teatru Kamienica był wybitnie bogaty inscenizacyjnie, a jednak – niczego na scenie nie brakowało. Widz razem z głównym bohaterem pokonuje ciężką podróż nie tylko przez szary, monotonny dzień z życia nieszczęśliwego polonisty, lecz także poprzez najgłębsze zakamarki jego umysłu i duszy. Ciągła nadzieja na lepsze jutro pomieszana z jej gaśnięciem, małe wzloty i upadki, które dopadają każdego człowieka – być może właśnie dlatego śmiejemy się i płaczemy razem z nim? Dzięki zachowaniu oryginalnego tekstu kultowego filmu Koterskiego i jednocześnie nowatorskiej formie jego przedstawienia, widz ma szansę odkryć życie głównego bohatera na nowo. Wsłuchując się dokładnie w śpiewane bezbłędnie teksty, odczuwałam je zupełnie inaczej niż podczas oglądania filmu – do tego stopnia, iż wzruszyłam się niczym największa romantyczka podczas odśpiewanej przez Miecznikowskiego kwestii: Lecz nawet w chwili śmierci marzę, że spotkam jeszcze swą kobietę życia i zdążę z nią przeżyć jeszcze całe życie. 

Źródło: Teatrkamienica.pl

Na koniec chciałabym wspomnieć o kultowej Modlitwie Polaka, na którą czekałam z niecierpliwością cały spektakl. Kiedy w internecie pojawiło się nagranie promujące cały spektakl, bardzo często pojawiały się opinie o niesłuszności takiego przestawienia naszych rodaków, a poza tym, to kicz, chała i rzeczy tego typu. Z wielką przyjemnością zabrałabym wszystkich na widownię Teatru Kamienica, i to nie po to, by mieć pretekst do obejrzenia spektaklu raz jeszcze (choć – nie będę ukrywać – po trosze też dlatego…), lecz po to, by raz jeszcze przeżyć to wielkie szaleństwo, które podczas tego finalnego występu opanowało nie tylko wszystkich widzów, lecz także, co dało się odczuć, wszystkich aktorów spektaklu. Potężna dawka emocji pomieszana z równie potężną dawką energii. I za to teatr kochamy wszyscy.

Obrazek wyróżniający pochodzi z galerii Teatru Kamienica.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany