Gdyńskie zaskoczenia i rozczarowania – 42. FPFF

Tegoroczny Festiwal Polskich Filmów Fabularnych okazał się zaskoczeniem na wielu płaszczyznach. Już ogłoszenie filmów zakwalifikowanych do Konkursu Głównego spotkało się z wieloma komentarzami widzów i dziennikarzy. Wiele debiutów, powrót do starej nazwy festiwalu, zmiany w zarządzie… Wszyscy wyczekiwali z niecierpliwością drugiej połowy września, aby przekonać się, jak daleko posunęły się przemiany w organizacji gdyńskiego wydarzenia. My zdradzamy, co nas zaskoczyło a co rozczarowało podczas 42. edycji FPFF.

 

Największe zaskoczenie: Atak paniki, reż. Paweł Maślona

Jadąc na festiwal, wielu tytułów filmów z Konkursu Głównego nie kojarzyłam nawet z konkretnymi aktorami, opisami czy reżyserami. Miał to być przecież festiwal debiutów. O Ataku paniki usłyszałam dopiero w Gdyni. Większość komentarzy była pozytywnych, pojawiały się nawet opinie, że jest to faworyt do Złotych Lwów. Znając swój gust filmowy i wiedząc, jak często poglądy ogółu zupełnie mijają się z moją wrażliwością artystyczną, starałam się jednak specjalnie nie nastawiać i na wtorkowy seans poszłam bez większych oczekiwań. Ba, kilka godzin wcześniej obejrzałam – niestety! – Voltę Machulskiego i straciłam nawet nadzieję na to, że będzie to dobry filmowo dzień. Tymczasem Maślona naprawdę miło mnie zaskoczył! Chociaż film oglądałam godziną wieczorną i choć powoli dopadało mnie znużenie spowodowane nagromadzeniem festiwalowych emocji, nawet przez moment nie pomyślałam o tym, żeby przymknąć na chwilę oko (co zdarzało mi się podczas tej edycji wyjątkowo często…). Atak paniki trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty. Widz równolegle śledzi historie kilku osób i choć początkowo wydają się one zupełnie z sobą niepowiązane, z czasem zaczyna dostrzegać pewne konotacje, podobieństwa… Bardziej bystry i uważny widz już w połowie seansu domyśli się kto z kim i dlaczego, ale nawet odkrycie tej prawdy nie odbierze mu ekscytacji płynącej z ciekawości zakończenia. Aktorsko – majstersztyk. Duet Segda-Żmijewski zasługuje na długie brawa.

Największe rozczarowanie: Ptaki śpiewają w Kigali, reż. Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze

O ile o wielu filmach wiedziałam przed festiwalem niewiele, o tyle Ptaki śpiewają w Kigali należały do tej drugiej grupy. Informacje o realizacji filmu wielokrotnie pojawiały się na tablicach na Facebooku moich znajomych. Niektórzy brali udział w zdjęciach, inni żywo komentowali determinację i odwagę Joanny Kos-Krauze, która kontynuowała pracę nad filmem po śmierci swojego męża. Mimowolnie oczekiwałam od tego filmu bardzo dużo. Może za dużo? Czekałam na emocje sięgające najgłębiej, dotykające i paraliżujące, a dostałam jedynie powierzchowne uczucia. Czekałam na genialny warsztat aktorski, a wyszłam z kina po prostu rozczarowana. Tym bardziej zdziwił mnie werdykt jury, bo – w moim odczuciu – był to film przeciętny i oprócz naprawdę pięknych zdjęć, oddających atmosferę historii nie znalazłam w nim nic, co zatrzymałoby mnie na dłużej, zmusiło do refleksji i zastanowienia. Jowita Budnik i Eliane Umuhire zagrały poprawnie, ale mając w pamięci kreacje Budnik w Papuszy czy Placu Zbawiciela pozostaje pewien niedosyt. Usprawiedliwieniem może być fakt, że twórcy zdecydowali się pokazać całą historię w sposób stonowany, stosując niespieszne tempo, nie bojąc się ciszy. W filmie nie ma rzeczywiście drastycznych scen, epatowania krwią i okrucieństwem i nie ma też – co wspomniałam wcześniej – wielkich emocji. Niestety, zabrakło też pewnego rodzaju niepokoju, wewnętrznej niepewności, przez co Ptaki śpiewają w Kigali wprowadzają raczej w senny aniżeli w refleksyjny nastrój.

Iga Herłazińska

Największe zaskoczenie: Pomiędzy słowami, reż. Urszula Antoniak

Po latach nieobecności, Stanisław (Andrzej Chyra) konfrontuje się ze swoim dorosłym synem, który ułożył sobie życie na Zachodzie. Jedyne, co łączy Michaela (Jakub Gierszał) z ojczyzną to rodzice, z którymi świadomie zerwał kontakt. Wspólnie spędzony weekend, stanie się ciężką próbą odbudowania relacji, której nigdy między nimi nie było.  Liryczna, oszczędna w formie, czarno-biała opowieść zaskoczyła mnie nie dosłownością. Historia o relacji syn-ojciec stała się tu tylko pretekstem do zrealizowania metaforycznego eseju o kryzysie migracyjnym w Europie. W tym filmie najważniejsze staje się jednak to, co jak w tytule, niewypowiedziane na głos. Pomiędzy słowami jest jak sztuka, pisana tylko na trzech aktorów – Gierszała, Chyrę i miasto Berlin. Przez obraz Urszuli Antoniak, głównie za sprawą pięknych zdjęć (nagroda na festiwalu w Gdyni dla operatora Lennert Hillege) się płynie, a raczej – tak jak główny bohater – przemierza taksówką centrum Berlina. Płynnym, spokojnym ruchem.

Największe rozczarowanie: Człowiek z magicznym pudełkiem, reż. Bodo Kox

Wariacja na temat komedii romantycznej i Sci-Fi, osadzona w przyszłości. Po co powstała? Nie mam pojęcia. Główny bohater – Adam – traci pamięć i rozpoczyna pracę w korporacji. W nowym mieszkaniu odkrywa zabytkowe radio, dzięki któremu odbywa podróż w czasie. Z 2030 roku trafia do lat 50. XX wieku. Wcześniej jednak zakochuje się w Gorii, granej w wyjątkowo irytujący sposób przez Olgę Bołądź. To właśnie ona przybywa mu na ratunek i poznaje tajemnicę jego przeszłości. Mój główny zarzut dla tego filmu to niewykorzystany potencjał w scenografii i kostiumach. Ekranowa rzeczywistość, choć jaskrawa, dla mnie okazała się wyjątkowo tania i nieprzekonująca, pewnie za sprawą dużej ilości foli aluminiowej i pelerynek przeciwdeszczowych z sieciówek. Historia miała ogromny potencjał, czuć tu powiew czegoś nowego, innego, wszak w Polsce nie przywykliśmy do snucia futurystycznych wizji świata na ekranie (poza Seksmisją z 1983 roku…). Bodo Kox skradł wiele filmowych serc, realizując pięć lat temu  niezwykle wdzięczną Dziewczynę z szafy. Zachwytu, tym razem, niestety nie udało się powtórzyć.

Zosia Wierzcholska

Największe zaskoczenie: Wieża. Jasny dzień, reż. Jagoda Szelc

Zaraz po ogłoszeniu filmów biorących udział w Konkursie Głównym, mówiono, że tegoroczny festiwal to zdecydowanie przegląd debiutów oraz filmów drugich. Już pierwszego dnia gdyńskiego festiwalu głośno mówiono o debiucie Jagody Szelc – studentki łódzkiej szkoły filmowej. Mimo wielu oporów ze strony widzów, znalazła się także grupa ludzi – do której zdecydowanie należę i ja – uważających debiut Jagody za awangardowe objawienie polskiego kina. Z początku mogłoby się wydawać, że to kolejny psychologiczny dramat. Na uroczystość rodzinną przyjeżdżają bliscy Muli: brat z rodziną oraz siostra Kaja, która nie dawała znaku życia przez ostatnich 6 lat. Widz dowiaduje się, że Nina – córka Muli jest tak naprawdę biologicznym dzieckiem Kai, jednak ta informacj ma zostać zachowana w tajemnicy. Reżyserka i autorka scenariusza od pierwszych chwil stopniuje poziom napięcia, tworząc historię pełną oniryzmu i metafizyki. Wiele niedomówień oraz niejasności w filmie spowodowało, że odkąd wyszłam po pokazie filmu z sali kinowej nie mogę przestać o nim myśleć. Jagoda Szelc podczas sobotniej gali wręczenia nagród zdobyła  nagrodę za debiut reżyserski oraz scenariusz. Bądźcie czujni i zapamiętajcie to nazwisko, jeszcze nie raz o nim usłyszymy!

Największe rozczarowanie: Zgoda, reż. Maciej Sobieszczański.

Jako, że – jak już wcześniej wspominałam – na tegorocznym festiwalu, mogliśmy oglądać głównie debiuty i filmy drugie, moja lista filmów, które koniecznie chciałam zobaczyć była dosyć skromna. Mimo, że film Macieja Sobieszczańskiego także należał do tych debiutujących pokładałam w nim bardzo dużo nadziei. Niestety, mocno się rozczarowałam. Na Śląsku powstaje obóz pracy dla Polaków, Niemców i Ślązaków. Młody Franek zgłasza się do obozu, by uchronić swoją miłość – Annę. W obozie pojawia się także Erwin, przyjaciel sprzed wojny, który również zakochany jest w dziewczynie. Młodzi aktorzy – Zofia Wichłacz, Jakub Gierszał i Julian Świeżewski dostali scenariusz, który dawał szansę na stworzenie wyrazistych postaci, zapadających w pamięć. A jednak podczas oglądania seansu byłam bardzo zawiedziona grą aktorską, na którą liczyłam w sposób szczególny. Poza kilkoma dobrymi i mocnymi scenami nie czułam się poruszona, wzruszona ani dotknięta. Mimo, że podczas festiwalu czułam rozczarowanie, to film, do którego po czasie będę chciała powrócić.

Natalia Rieske

Filmy z Konkursu Głównego – średnia ocen naszej redakcji:

Amok, reż. Kasia Adamik: 6/10

Atak paniki, reż. Paweł Maślona: 7,5/10

Catalina, reż. Denijal Hasanovic: 2/10

Cicha noc, reż. Piotr Domalewski: 7/10

Człowiek z magicznym pudełkiem, reż. Bodo Kox: 5,5/10

Czuwaj, reż. Robert Gliński: 4/10

Najlepszy, reż. Łukasz Palkowski: 8,5/10

Pokot, reż. Agnieszka Holland i Kasia Adamik: 9,5/10

Pomiędzy słowami, reż. Urszula Antoniak: 6,5/10

Ptaki śpiewają w Kigali, reż. Joanna Kos-Krauze i Krzysztof Krauze: 7/10

Reakcja łańcuchowa, reż. Jakub Pączek: 2/10

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, reż. Maria Sadowska: 6,5/10

Twój Vincent, reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman: 8,5/10

Volta, reż. Juliusz Machulski: 2/10

Wieża. Jasny dzień, reż. Jagoda Szelc: 6,5/10

Wyklęty, reż. Konrad Łęcki: 3,5/10

Zgoda, reż. Maciej Sobieszczański: 4/10

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany