Wizualny masterclass – o filmie „Loving Vincent”

O tym filmie mówiło się na długo przed jego oficjalną premierą. Na animowaną biografię Vincenta van Gogha z polskim, reżyserskim duetem czekają nie tylko wielbiciele malarstwa. Loving Vincent będzie filmem otwarcia 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w ramach obchodów 70-lecia polskiej animacji.

Twórcy niejednokrotnie podejmowali próbę przeniesienia malarstwa na język kina. Przykładów nie musimy długo szukać: w ostatnich latach pojawił się Mr.Turner”, zdjęciami naśladujący płótna spod pędzla tytułowego impresjonisty, czy też Dziewczyna z portretu wraz ze wspaniałymi kadrami wyjętymi wprost z duńskich sztalug. Nie było jednak twórcy, który odważyłby się wziąć na warsztat historię pełnometrażową, złożoną tylko i wyłącznie z dzieł malarskich.

Pięć lat realizacji, 65 tysięcy ręcznie malowanych klatek i aż 125 artystów z Polski i Wielkiej Brytanii. Wszystko po to, by stworzyć wyjątkowe dzieło, animację, pomnik dla jednego z największych artystów XIX wieku, prekursora sztuki nowoczesnej – Vincenta van Gogha. Loving Vincent w reżyserii Doroty Kobieli i Hugh Welchamana to kryminalna podróż do źródeł biografii artysty. Kim był? Jaką skrywał tajemnicę? I dlaczego jego geniusz został dostrzeżony tak późno?

Duet reżyserski odbył bardzo długą drogę, od samego pomysłu na – początkowo – skromny, krótki metraż, przez analizę korespondencji Vincenta z jego bratem Theo (która stanowi oś scenariusza), po zaproszenie do współpracy młodych, acz znanych już na świecie aktorów. Na ekranie zobaczymy, miedzy innymi Douglasa Bootha i Saoirse Ronan, dla których połączenie standardowego aktorstwa z animacją było wyjątkowo trudnym, zawodowym wyzwaniem. Mimo warstw farby olejnej, widzowie wciąż mogą dostrzec ich, całkiem udane, aktorskie wysiłki.

Film to przede wszystkim widowisko, które koniecznie trzeba obejrzeć na dużym ekranie, wszakże to pierwsza w historii, pełnometrażowa animacja, od początku do końca namalowana na płótnie. Rozedrgane kadry (autorem zdjęć jest nominowany do Oscara Łukasz Żal), każdy odtworzony ręcznie farbą olejną, robią piorunujące wrażenie. Sam scenariusz stanowi tu zagadnienie drugoplanowe. Nieprzypadkowe może okazać się tu skojarzenie z Obywatelem Kanem, głównie ze względu na retrospektywną narrację, prowadzoną z różnych punktów widzenia. Vincentowi można zarzucić stosunkową powolność w rozwoju akcji, z drugiej strony – decyzja o takim kształcie scenariusza, w moim odczuciu, miała na celu nieodciaganie uwagi od – bądź co bądź – eksperymentalnej formy. Mimo powolnej akcji, Vincent jest zgrabną kryminalną historią, która w razie przesycenia wrażeniami estetycznymi, nie pozwala się nudzić.

Główny bohater, zagadkowy Armand Roulin, syn listonosza przybywa do Auvers, miasteczka, w którym Vincent van Gogh przebywał do czasu swej – domniemanej – samobójczej śmierci. Mężczyzna spotyka postaci znane z obrazów artysty, poznaje ich punkt widzenia dotyczący ostatnich godzin życia van Gogha. Tajemnicze okoliczności śmierci artysty prowokują Roulina do podjęcia śledztwa na własną rękę.
Postaci, które pojawiają się w historii istniały naprawdę, a ich kreacje to próba odtworzenia ich charakteru i osobowości, dziś znanej tylko z malarstwa, czy korespondencji. Pod tym względem twórcy filmu wspięli się na szczyt możliwości poszukiwawczych, by jak najlepiej odtworzyć realia schyłku XIX wieku.

Film Loving Vincent pochłania się wzrokiem, a każda minuta zachwyca bliźniaczymi nawiązaniami do dzieł van Gogha. Dzieło jest przede wszystkim portretem wielkiego geniuszu i wrażliwości, jakimi dysponował artysta, którego talentu nie doceniono wystarczająco za jego życia. Film jest gratką dla estetów, ceniących malarskość i wizualność w kinie, a także dla tych, którzy szukają niecodziennej pozycji w świecie animacji.

Zosia Wierzcholska

Kino ją wzrusza, a pisanie o nim – porządkuje emocje. Myśli, że znajomość całej listy dialogowej z Titanica czyni ją prawdziwym filmoznawcą. W życiu, jak i w filmie, szuka prawdy, dlatego tak bardzo fascynuje ją kino dokumentalne. Kiedy nie nuci piosenek z musicali, marzy o życiu w zatłoczonym Tokio.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany