Skąd my się znamy? Wywiad z Dorotą Kolak

Do teatru przyjechała komunikacją miejską, bo – jak sama mówi – jest kobietą nowoczesną i nie ma prawa jazdy. Woli wstać o świecie i popływać w jeziorze niż wpatrywać się w ekran telefonu. Uspokaja ją natomiast patrzenie w horyzont i w oczy drugiego człowieka. Dlatego lubi spotkania ze swoimi widzami, także te przypadkowe, na gdańskich uliczkach i w tramwajach.

 

Iga Herłazińska: Dokładnie dwa miesiące temu – 20 czerwca – obchodziła Pani swoje 60 urodziny. Pamięta Pani marzenie, jakie wypowiedziała, zdmuchując świeczki na torcie?

Dorota Kolak: Paradoks polegał na tym, że spędziłam te urodziny nietypowo. Najpierw w pociągu. Jechałam z pracy, z Warszawy, bardzo wcześnie rano, prosto na egzaminy do Akademii Muzycznej w Gdańsku. Nie było świeczek, ale koledzy zaśpiewali mi sto lat. I wtedy pomyślałam sobie, że to cudowne, że kończę 60 lat i nie mam nawet kiedy obejść tych urodzin. Znalazłam jednak chwilę czasu na szybki obiad z mężem, a tuż po nim pobiegłam do kina, ponieważ moja córka zamówiła nam bilety na przeniesienie Kto się boi Virginii Woolf? z Londynu, które bardzo chciałam zobaczyć. Po 23 wróciliśmy z mężem do domu, wypiliśmy lampkę szampana i padłam ze zmęczenia. Zmęczona, ale szczęśliwa.

IH: A zeszłoroczną nagrodę, którą otrzymała Pani na Festiwalu Filmowym w Gdyni za drugoplanową rolę w Zjednoczonych stanach miłości można uznać za spełnienie marzeń?

DK: Nie do końca, bo była to moja druga już nagroda, jaką otrzymałam w Gdyni, zresztą także za rolę drugoplanową. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc jeśli o marzeniach mowa, to marzy mi się nagroda za rolę pierwszoplanową. Natomiast rok temu bardzo ucieszyłam się z tego wyróżnienia, bo dostałam je za rolę, która mogła zostać kompletnie zignorowana, można było ją przemilczeć za karę. Poza tym, sama byłam kiedyś w jury i wiem, jak szalenie trudne jest nagradzanie, podejmowanie wyboru. Czasem tak wielu aktorów zasługuje na bycie docenionym, a trzeba wybrać tylko jednego.

IH: Patrząc na Pani filmografię, trudno nie zauważyć, że każdy film był spotkaniem z ciekawym reżyserem. Grzegorzek, Pieprzyca, Wasilewski – którąś współpracę wspomina Pani szczególnie?

DK: Nie umiem tego wartościować. Zacznijmy od tego, że to kompletnie różni twórcy, których różni także pokolenie. Spotkanie z każdym z nich było ważnym dla mnie etapem zawodowym. Choć niezaprzeczalnie istotna było praca z Maćkiem Pieprzycą, u którego zagrałam pierwszy teatr telewizji, a który następnie obsadził mnie w swoim filmie – Chce się żyć. Z kolei Mariusz Grzegorzek kojarzy mi się z moją pierwszą większą rolą filmową, która wymagała ode mnie przekroczenia pewnych granic i która przyniosła mi moją pierwszą nagrodę filmową. Tomek Wasilewski mógłby być moim synem i piękne jest to, że ja z tym młodym twórcą potrafię się dogadać i ani on w stosunku do mnie nie jest protekcjonalny, ani ja w stosunku do niego.

Mila Fringee: Oscylując jeszcze wokół marzeń, jesteśmy ciekawi, czy ma Pani takiego wymarzonego reżysera – z Polski lub zagranicy – u którego chciałaby Pani zagrać?

DK: Rozczaruję Panią – ja marzę jako człowiek, natomiast jako twórca staram się nie marzyć, bo dzięki temu unikam rozczarowań. To wszystko, co dostaję od losu, to jest prezent. W jakimś sensie moje teatralne marzenie się spełniło, bo spotkałam się z Krzysztofem Warlikowskim. Z kinem mam coś wspólnego tak naprawdę od niedawna, przez co nie mam też dużego rozeznania. Szykują się ciekawe spotkania, życie przynosi mi wiele dobrego. Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, spotkam się z Borysem Lankoszem, z Marcinem Krzyształowiczem, kolejny raz z Tomkiem Wasilewskim, kończę film z Bartkiem Prokopowiczem oraz dwa filmy z Kingą Dębską. Lubię reżyserów, którzy potrafią pracować z aktorem i chcą wspólnie z nim tworzyć role nieoczywiste, niejednoznaczne.

IH: Szczególnie bliski jest Pani teatr. Czy teatralna publiczność warszawska różni się od tej nadmorskiej?

DK: Zdecydowanie. Wydaje mi się, że w Warszawie publiczność jest odważniejsza, gotowa na więcej, mniej skrępowana. Wynika to zapewne z łatwiejszego dostępu do różnego rodzaju gatunków teatralnych. Obserwuję to na przykładzie granych tutaj w stolicy komedii – widzowie szybciej wchodzą w tę grę z nami – aktorami, spontanicznie reagują. W Gdańsku złapanie tej nici porozumienia zajmuje nam więcej czasu, choć przecież mamy tam z Mirkiem Baką – moim partnerem ze sceny – duży kredyt zaufania wśród widzów.

IH: Prawda jest jednak taka, że różnie z tą odwagą bywa. Na przykład, gdy na scenie pojawia się nagość, na widowni często można wyczuć pewien rodzaj konsternacji.

DK: Ciało było obszarem moich zainteresowań od bardzo dawna. Przez długi czas zajmowałam się plastyką ruchu scenicznego w teatrze. Zrozumiałam, że ciało jest pranarzędziem. W związku z tym, zarówno w swoich rolach, jak w i tym, co napisałam – bo ten właśnie temat poruszałam w mojej pracy habilitacyjnej – starałam się i staram wciąż odkrywać wiedzę na temat cielesności w teatrze. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego sztuce aktorskiej próbuje się bardzo często zabrać to, co przynależy innym sztukom w sposób naturalny. Mam tu na myśli malarstwo, taniec, film, gdzie bardzo wcześniej zaczęto sięgać właśnie po ten środek przekazu. Dlaczego więc teatr nie ma prawa go używać? Jeśli tylko ta nagość jest uzasadniona, nikt nie powinien mieć z nią problemu. Co innego, jeśli widz czuje, że jest to jedynie środek, z którego pragnie się zrobić narzędzie reklamy.

W teatrze nagość ma też szczególne funkcje. Jesteśmy nadzy, bezbronni wobec drugiego człowieka. Tam nie ma, tak jak w filmie, ekranu, który oddziela nad od widza. Poza tym, w filmie rozbieramy się tylko raz, natomiast w teatrze – aktor każdego wieczoru staje przed tym samym wyzwaniem, musi zmierzyć się ze swoim wstydem, kompleksami.

Nagi człowiek rzadko kłamie, mówi się przecież, że prawda jest naga. Nagi aktor staje się bezbronny, a to jaki sposób jego bezbronność i wrażliwość zostanie użyta, to już jest sprawa reżysera. Warlikowski na przykład – choć w jego spektaklach jest dużo nagości – wie dokładnie, kiedy jej użyć, wie po co jej używa, robi to całkowicie świadomie.

fot. Michał Szlaga

MF: A gdy po spektaklu ktoś do Pani podchodzi, dziękuje, opowiada – czy to jest dla Pani ważne?

DK: Tak, bardzo. Brawa nic przecież tak naprawdę nie znaczą, nie możemy zmierzyć ich natężenia. Możemy wyciągać wnioski, obserwując ilość ludzi na widowni, ale tak naprawdę dopiero bezpośrednie spotkanie z drugim człowiekiem przynosi jakąś informację. Kiedy kobiety w moim wieku czy młodsze, zaczepiają mnie na ulicy i mówią, że któraś z moich ról szczególnie zapadła im w pamięć, to jest to ważny dla mnie sygnał. W Gdańsku czasem ktoś czeka na mnie przy wejściu do teatru, żeby po prostu podziękować mi, powiedzieć o tym, jak emocjonalnie było to dla niego istotne przedstawienie. Nie rozmawiamy długo, nie idziemy przecież na piwo. To są minuty, czasem sekundy – ale bardzo ważne sekundy.

IH: Pamięta Pani moment, w którym najbardziej odczuła Pani swoją popularność?

DK: Po emisji pierwszych odcinków serialu Przepis na życie. Obserwowałam z odcinka na odcinek rosnące reakcje przechodniów, przypadkowo spotkanych ludzi. Nic w tym zresztą dziwnego, bo serial odniósł duży sukces, głównie dzięki temu, że trafiał do każdego – poruszany był wątek młodzieżowy, wątek czterdziestolatków, jak również emerytów. Agnieszka Pilaszewska napisała fantastyczną scenę, w której moja bohaterka – Irka – przygotowuje się na randkę. Nagle siada i mówi: Czyś ty oszalała? W tym wieku to chustka na głowę, barchany i druty do roboty. To była nie tylko zabawna, ale też ważna scena, która pokazywała stereotypowość w myśleniu o wieku.

MF: Możemy oglądać Panią także w Barwach szczęścia i Przyjaciółkach. Co liczy się najbardziej podczas pracy nad rolą serialową?

DK: Przede wszystkim trzeba pamiętać, kim są te bohaterki, rozróżniać je, nie pozwolić by wymieszały się ich cechy. Stefa z Przyjaciółek mówi powoli, ma w głosie taki rodzaj ironicznego cynizmu. Natomiast Annę z Barw szczęścia gram powyżej skali mojego głosu, jaśniej.

Wracając jeszcze do tematu popularności, paradoksem jest fakt, że zauważyłam jej wzrost po Przepisie na życie, chociaż już wcześniej grałam przecież kilka lat właśnie w Barwach szczęścia. Zresztą ja wciąż jestem aktorką, którą się zna, ale nie zna się jej z nazwiska. Często bywa tak, że ktoś przypatruje mi się w tramwaju, w końcu podchodzi i zadaje pytanie: Przepraszam, skąd my się znamy? I ja mam na to już gotową, zawsze tę samą odpowiedź. Wie pani co? Chyba ze ślubu Zdzisia.

MF: I to rzeczywiście działa?

DK: Zazwyczaj jest taki moment zamyślenia. Ślub Zdzisia, ślub Zdzisia, czy był taki ślub? A potem uśmiech. To są najczęściej gdańskie spotkania.

IH: Udało się Pani pokochać ten Gdańsk? Pomimo kawałka serca zostawionego w Krakowie, mieście rodzinnym.

DK: Po pierwsze – Kraków już nie jest tym samym miastem, którym był, gdy z niego wyjeżdżałam – przeszło dwadzieścia lat temu. Może więcej się w nim dzieje, może jest bardziej kolorowe, ale nie czuje się już tej bohemy, tego ducha rynku z Piwnicą pod Baranami. Teraz jest to miasto turystyczne. Gdańsk oczywiście też, ale tylko przez dwa miesiące. A potem wraca ten mój mały grajdołek, bo tak go nazywam.

IH: Bliskość morza uspokaja?

DK: Bardzo. Nasz teatr – Teatr Wybrzeże – ma scenę w Sopocie i zdarza mi się bardzo często po próbie pobiec nad morze. Lubię stanąć na brzegu, pomoczyć nogi i wpatrywać się w horyzont, daleko, daleko… Wtedy odpoczywają nie tylko oczy, zmęczone od technologii, ale także umysł.

MF: Tylko nad morzem potrafi się Pani tak zrelaksować?

DK: Kocham Kaszuby. Potrafimy wstać z moim mężem bardzo wcześnie, byleby na jeziorze nie było nikogo i byle można było się wykąpać, chłonąc ciszę. Co to jest za uczucie – mieć taki basen tylko dla siebie! Można zwariować ze szczęścia, zanurzając się w wodzie, od której odbija się światło wschodzącego słońca.

IH: Jakiej słucha Pani muzyki w tych chwilach wytchnienia?

DK: Może zabrzmi to górnolotnie, ale to muzyka poważna jest czymś, co mnie uspokaja, ale także stymuluje. Nawet włączając telewizję, często zatrzymuję się na kanale Mezzo, żeby po prostu posłuchać klasyki. Mam jeszcze takie przemyślenie, nawiązujące do muzyki, że najgorszy gust muzyczny mają taksówkarze, którzy na domiar złego – nie wiedzieć czemu – uważają, że pasażerowie są zobowiązani słuchać tej samej muzyki, co oni. W związku z tym przyjęłam strategię, że tuż po wejściu do samochodu i podaniu adresu, proszę o wyłączenie radia. Nie lubię słuchać łupaniny – muzycznej, ale także słownej.

MF: Ważniejsza jest dla Pani w piosence muzyka czy tekst?

DK: Idąc za moim doświadczeniem z nauczania w Akademii Muzycznej, wiem, że mając potencjał w tekście, jest mi łatwiej zrobić ze studentem na przykład etiudę. Muzyka może być nieco prostsza, nie musi być wyrafinowana. Robiłam na przykład piosenkę podwórkową, w której muzyką jest zazwyczaj polka. Nic szczególnego, mogłoby się wydawać. Ale w połączeniu z tekstem – mimo że też często bardzo prostym, ale jednak opowiadającym jakąś historię – nabiera to sensu, ma konkretny wydźwięk. Więc zdecydowanie słowo.

IH: A kawa – też jest dla Pani synonimem szczęścia?

DK: Po pierwsze kawa jest dla mnie synonimem rodziny, bo tę pierwszą, o poranku, wypijam zawsze z mężem i to jest takie cztery i pół minuty tylko dla nas. Druga kawa jest przyjemnością, chwilą dla siebie, piję ją zazwyczaj, robiąc makijaż. W jednej ręce – tusz do rzęs, w drugiej – filiżanka. Potem kolejna kawa – w teatrze – zwana kawą towarzyską, będącą pretekstem do spotkania z kolegami przed próbą. I w końcu kawa napędzająca, czyli ta tuż przed przedstawieniem.

MF: Takie małe przyjemności w ciągu dnia.

DK: Niezwykle potrzebne, szczególnie teraz, gdy pracuję bardzo dużo. Kończę pracę na planie, reżyseruję spektakl muzyczny, gram… Tyle się dzieje, czas szybko biegnie, że dzisiaj na przykład zadzwoniłam jak gdyby nigdy nic do sekretarki mojego męża i zapytałam: Mąż już w pracy?, na co usłyszałam odpowiedź: Pani Dorotko, ale dziś jest niedziela… Na szczęście zaraz wrzesień, pora w końcu wybrać się na Kaszuby i złapać oddech.

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany