Muzyczne podsumowanie sierpnia

Wraz z sierpniem umknęło lato. Na szczęście muzyka jest z nami zawsze, bez względu na porę roku. Dziś jeszcze kilka zdań o tym, co działo się na rynku muzycznym w drugim miesiącu wakacji.

 

Lana Del Rey – Lust For Life

Lanę Del Rey śmiało można nazwać wokalistką, która zrewolucjonizowała współczesny pop. Odżegnując się od wszechobecnego plastiku, garściami czerpiąc z hippisowskiej muzyki lat 60., wprowadziła nową jakość, jeśli chodzi o melodyjne piosenki. Jej utwory dotychczas skupiały się na temacie nieszczęśliwej miłości, narkotykach czy depresji. Wystarczy być młodym i zakochanym śpiewa Lana Del Rey w singlowym utworze Love. Jednak nie powinna nas zmylić ta pozorna infantylność. Lana wyraźnie dojrzała i poszła krok naprzód, jeśli chodzi o swoje dokonania muzyczne. Przede wszystkim w swoich lirykach mniej zagłębia się wewnątrz siebie, a wreszcie dostrzega otaczający ją zewnętrzny świat, podejmując tematy chociażby kondycji politycznej USA czy sytuacji kobiet. Ponadto otworzyła się na nowe gatunki (hip hop) i nawiązała współpracę z innymi artystami (The Weeknd, A$AP Rocky). Jednak jedno pozostało niezmienne – Del Rey nadal czaruje zniewalająco głębokim głosem.

 

Queens of The Stone Age – Villains

Już monumentalne intro otwierającego album numeru Feet Don’t Fail Me zwiastuje, że najnowsze dziecko formacji Queens of The Stone Age jest albumem totalnym. Całość jest diabelnie dynamiczna i pełna pierwotnej, rockowej energii, przy czym równocześnie brzmi szalenie świeżo. Za produkcję odpowiedzialny był Mark Ronson, specjalista od popowych bestsellerów, przez co krążek jest nadzwyczaj klarowny, ale pozbawiony choć odrobiny garażowego brudu, którego obecność pewnie by Villains nie zaszkodziła. Każdy kawałek jest jak oddzielna historia, ale łączy je pewna cecha wspólna – wszystkie brzmią jak gotowe przeboje. W Fortress czy Villains of Circumstance Josh Homme uwodzi zmysłowym wokalem, ale moim faworytem jest hałaśliwy The Evil Has Landed z wdzierającą się w umysł gitarową solówką.

 

Muzyka Końca Lata – Złoty Krążek

Chociaż okładkę albumu stanowi rysunkowa wersja najpopularniejszej pozy na instagramowych fotkach, to pod względem muzycznym Złoty Krążek jest bardzo niedzisiejszy w jak najlepszym tego słowa znaczeniu. Zespół z Mińska Mazowieckiego zafascynowany jest czasami polskiego big beatu, do których mocno nawiązuje w swoich melodiach. Muzyka Końca Lata pokazuje, że siła tkwi w prostocie. Pełne wdzięku teksty opowiadają o urokach życia w niedużym mieście, małych rzeczach, którymi można cieszyć się z ukochaną osobą, czy po prostu prozaicznych czynnościach składających się na naszą codzienność w taki sposób, że momentalnie rośnie serce. Jak sama nazwa zespołu wskazuje, jest to idealna propozycja na zbliżający się wielkimi krokami przełom lata i jesieni.

 

Iron & Wine – Beast Epic

Występujący pod pseudonimem Iron & Wine amerykański piosenkarz Sam Beam jest dla mnie ucieleśnieniem miłości do muzyki. Artysta przez długi czas sam nagrywał i produkował swoje piosenki w domowym zaciszu. Być może dzięki temu w jego utworach tkwi ten szczególny rodzaj ciepła i bliskości. Nie inaczej jest w przypadku jego najnowszego albumu o jakże przekornie niepasującym tytule Beast Epic. Płynące z niego dźwięki są niczym balsam dla uszu, serca i skołatanych nerwów. Przepiękne, minimalistyczne pozycje skonstruowane w oparciu o gitarę akustyczną są tak bardzo w opozycji do współczesnego rynku muzycznego, nasyconego elektroniką, że wprost zniewalają, ale jednocześnie koją, otulają i wlewają w słuchacza szczególny rodzaj otuchy.

 

Grizzly Bear – Painted Ruins

Jeden z najważniejszych zespołów alternatywnych minionego dwudziestolecia powrócił z nowym wydawnictwem po długiej, pięcioletniej przerwie. Uwielbiani przez rozpływających się w zachwytach krytyków, bliżej nieznani szerszej publiczności – idealna laurka dla undergroundowego bandu, prawda? Panowie z Brooklynu zawsze słynęli z nieoczywistych muzycznych rozwiązań i tym razem także eksplorują nieznane dotąd dźwiękowe lądy. Elementem najbardziej przykuwającym uwagę są warstwy rytmiczne ze względu na pokręcone linie perkusji autorstwa Christophera Beara. Grizzly Bear wzięli swoje osobiste ruiny – wewnętrzne rozterki, kłopoty miłosne, otaczający ich chaos – i pomalowali je pełnymi przepychu nutami, jednak żadna z nich nie jest zbędna czy przypadkowa. Słychać, że cały album to wypadkowa inspiracji i intensywnej pracy wszystkich członków kapeli.

Karolina Kozłowska

Muzyka daje jej wolność, a ulubione kawałki są jak najlepsi przyjaciele. Będąc na koncercie czuje, że znajduje się we właściwym miejscu i czasie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany